Hancer miała tylko milczeć. Miała stać z boku, znosić upokorzenie i udawać, że nie słyszy tych słów, które cięły mocniej niż nóż. Ale tej nocy jedno pytanie wystarczyło, by przy jednym stole pękła cała maskarada.
Beyza patrzyła na nią z pogardą, Cihan z bólem, Melih z napięciem, a wszyscy wokół czekali, aż prawda wreszcie wyjdzie na światło dzienne.
— No powiedz coś, piękności z biednej dzielnicy — padła prowokacja. — Najpierw skłócasz ze sobą dwóch mężczyzn, a potem stoisz z boku, jakby nic się nie stało.
I wtedy padło pytanie, które całkowicie zamroziło atmosferę: „Kiedy wyznaliście sobie miłość?”.
Witajcie kochani, jestem Nikodem. Dziś opowiem wam historię z serialu Gelin, w której miłość przestaje być tylko pięknym uczuciem, a staje się głęboką raną, mroczną tajemnicą i niebezpieczną grą o życie nienarodzonego dziecka. Bo tej nocy Hancer nie walczy już tylko o siebie – ona walczy o resztki godności, o swoje poranione serce i o maleństwo, które nosi pod sercem.
Hancer przez chwilę milczy. W jej spojrzeniu nie ma już tej naiwnej nadziei, którą kiedyś miała przy Cihanie. Jest skrajne zmęczenie, jest ból, jest pełna świadomość, że każde słowo może ją bezpowrotnie zdradzić. A jednak odpowiada: „Miłość chyba tak naprawdę nie istnieje. Jest troska, jest wsparcie, jest codzienny wysiłek, jest uczciwość i bycie obok. I to wszystko jest miliard razy cenniejsze niż miłość, bo małżeństwa nie trzyma przy życiu ślepe uczucie, tylko właśnie to”. Te słowa brzmią na zewnątrz jako twarda obrona jej nowego statusu, ale dla Cihana są czymś znacznie więcej. On słyszy między wierszami coś, czego Hancer nie chce za nic wypowiedzieć na głos: słyszy rozpaczliwą ucieczkę, słyszy kłamstwo, słyszy kobietę, która próbuje na siłę przekonać całe otoczenie, że już nic do niego nie czuje, choć jej oczy krzyczą zupełnie coś innego. I nagle w tej gęstej atmosferze pada zimne zdanie: „Chyba gra się skończyła”.
Scena I: Mroczny spisek Beyzy i narzędzie zbrodni w cukrze pudrze
Po tym koszmarnym wieczorze Hancer zostaje sama z chaosem, którego nie da się już w żaden sposób posprzątać. Kobieta nie może dojść do siebie – potwornie żałuje, że w ogóle ulegli presji i zgodzili się na tę kolację. Chcieli za wszelką cenę udowodnić Cihanowi, że ich nowe życie jest prawdziwe, a skończyło się to bezwzględnym publicznym upokorzeniem. Najbardziej boli ją jednak twarz bliskich, ich głębokie rozczarowanie i ten wzrok, którego nie będzie umiała wymazać z pamięci. „Jak ja im teraz spojrzę w oczy?” – pyta sama siebie w rozpaczy.
Tymczasem w rezydencji Develioglu Beyza nie potrafi ukryć wściekłości. Opowiada z jadowitym uniesieniem Mukadder, że Cihan wcale nie zabrał jej na eleganckie, biznesowe wyjście, lecz celowo zaciągnął ją do domu Hancer, by konfrontować się z jej nową rzeczywistością. Beyza czuje się śmiertelnie ośmieszona i zraniona w swojej dumie. Dla niej tow nie była zwykła kolacja, lecz zaplanowana, publiczna zniewaga. Mukadder jednak zbyt dobrze zna swojego rodzonego syna. Mówi ze spokojem, że jeśli Cihan zdecydował się na tak drastyczny krok, musiał mieć ku temu potężny, ukryty powód – jej syn pod żadnym pozorem nie jest człowiekiem, który poniżałby samego siebie bez wyższego celu.
Ale Beyza nie ma już ochoty szukać logicznego sensu. Jej cierpliwość ostatecznie pęka i właśnie wtedy w jej głowie rodzi się pomysł tak potworny i ciemny, że ona sama na moment ścisza głos w pustym pokoju. „Ta rana zrobiła się jak gangrena. Trzeba ją bezwzględnie odciąć” – sygnie do siebie. Dla Beyzy tą niszczycielską raną jest Hancer – kobieta, która mimo rozwodu, mimo wielkiego skandalu i formalnego rozstania, nadal trzyma Cihana przy sobie niewidzialną, nierozerwalną nicią. Beyza postanawia więc uderzyć tam, gdzie ból okaże się absolutnie zabójczy: nie w serce Hancer, nie w jej dumną godność, ale bezpośrednio w nienarodzone dziecko.
Wzywa do siebie zastraszoną Gülsüm. Ta biedna służąca i tak znajduje się już na skraju przepaści – miała zostać z hukiem wyrzucona z rezynencji, nie ma dokąd pójść, nie ma grosza przy duszy ani siły, by zaczynać wszystko od nowa w obcym mieście. Błaga Beyzę na kolanach, by pozwoliła jej zostać za wszelką cenę.
— Zrobię wszystko, o co pani poprosi! — łka Gülsüm. — Powiedzcie mi: umrzyj, tow umrę! Ale błagam, nie każcie mi odbierać komuś niewinnego życia! Nawet największemu wrogowi nie mogłabym tego zrobić!
I właśnie wtedy Beyza zrzuca maskę i pokazuje swoją prawdziwą, potworną twarz:
— A kto ci, idiotko, powiedział, że masz zabić Hancer? Ja chcę śmierci tego bachora w jej brzuchu! Chcę, żeby zniknął raz na zawsze!
Gülsüm całkowicie zamiera z przerażenia. Rozumie, że tow już nie jest zwykła, salonowa intryga, ale śmiertelny grzech, którego niki na świecie nie zdoła zmyć z ich sumień. Ale Beyza bezlitośnie naciska, chwytając ją mocno za ramię:
— Obiecuję ci, że niki niczego nie odkryje. Vszystko ma być zrobione czysto, cicho, bez żadnych śladów medycznych – jakbyś wyciągnęła jeden włos z masła.
Następnego ranka Gülsüm, tłumiąc paraliżujący strach, udaje przed resztą służby v rezydencji, że wszystko wróciło do normy. Mówi fałszywie, że Beyza bardzo żałowała swojej dawnej złości, prosiła ją o pozostanie, a nawet mały Cihangur patrzył na nią tak czule, jakby mówił: „Nie odchodź, Gülsüm Abla”. Mukadder i reszta domowników przyjmują te rewelacje bez cienia podejrzeń. V rezydencji rozpoczyna się zwyczajny, spokojny poranek – śniadanie, ciche rozmowy, drobne obowiązki domowe. Jednak pod tą fasadą normalności krąży śmiertelna trucizna.
Do rezynencji przychodzi kurier z zamówieniem. Gülsüm drżącymi rękami odbiera paczkę i kłamie głośno przed Fadik, że tow tylko świeży berek z cukrem pudrem, bo po tych wszystkich stresach z ostatnich dni po prostu mustiała zjeść coś słodkiego. Nikt z domowników nie ma zielonego pojęcia, że w jej dłoniach znajduje się właśnie bezwzględne narzędzie zbrodni. Beyza wydaje jej instrukcje szeptem, z lodowatym spokojem:
— Otwórz pakunek wyjątkowo ostrożnie, żeby nie rozsypać proszku. Vsyp zawartość łyżką bezpośrednio na ciasto. Potem dokładnie przykryj wszystko grubą, podwójną warstwą cukru pudru, żeby absolutnie nic nie było widać na powierzchni.
Gülsüm wykonuje polecenie w ukryciu. Ręce trzęsą jej się tak mocno, że mało nie rozsypuje trucizny, a her sumienie krzyczy wniebogłosy. Viedy patrzy na gotowe, opruszone cukrem ciasto, szepcze z przerażeniem:
— Oby tow tylko nie wybuchło nam wszystkim w rękach… Ale zapamiętaj sobie, Beyza: jeśli ja przez tow spłonę i trafię do więzienia, ciebie też pociągnę za sobą na samo dno!
Nagły telefon od Beyzy przerywa her monolog.
— Gotowe? Zrobiłaś?
— Tak… Vszystko zrobiłam dokładnie tak, jak pani kazała.









