
Bea uznała, że niemowlę stanie się jej najpotężniejszą bronią w walce o Cihana i majątek rodziny Dervelioğlu.
Szybko jednak okazuje się, że kobieta zupełnie nie potrafi poradzić sobie z rolą troskliwej matki.
Zniecierpliwiona płaczem dziecka traci panowanie nad sobą, a dopiero powrót Nüsreta ratuje sytuację.
Mężczyzna nie tylko uspokaja malucha, lecz także bezlitośnie przypomina Bei, że najmniejszy błąd może ujawnić ich wielkie oszustwo.
Nüsret przedstawia jej kolejny etap intrygi. Bea ma udawać idealną matkę, wzbudzić współczucie Cihana i przekonać go, by zabrał ją wraz z dzieckiem do rezydencji.
Dla niej nagrodą ma być miłość mężczyzny. Dla Nüsreta zaś ogromna fortuna.
Wszystko wydaje się zmierzać zgodnie z planem, dopóki Bea nie wykonuje najważniejszego telefonu.
Cihan nie odbiera.
Nie dlatego jednak, że nie słyszy dzwonka.
Siedząc w samochodzie, świadomie ignoruje połączenie, ponieważ całą uwagę skupia na Hanser, którą potajemnie obserwuje na zamglonej ulicy.
Dlaczego śledzi kobietę wchodzącą do punktu kurierskiego?
Co Hanser zamierza wysłać lub odebrać?
I co stanie się z planem Bei, gdy odkryje, że nawet dziecko nie zdołało wymazać jej rywalki z serca Cihana?
Dziecko jako klucz do fortuny
Poranek w rezydencji był dziwnie cichy, lecz cisza ta nie miała w sobie niczego kojącego.
Przeciwnie, wydawała się napięta, ciężka i złowroga, jakby cały dom wstrzymywał oddech, czekając na kolejne kłamstwo, które miało zostać wypowiedziane pod jego dachem.
Elegancki salon połączony z nowoczesną kuchnią lśnił w bladym świetle wpadającym przez ogromne okna.
Marmurowe blaty, jasne meble i starannie dobrane dekoracje tworzyły obraz luksusu, o jakim większość ludzi mogła jedynie marzyć.
Jednak pośrodku tego perfekcyjnego wnętrza stała Bea, która ani trochę nie pasowała do harmonijnego otoczenia.
Jej włosy były niedbale związane.
Pod oczami widniały ciemne cienie, a na twarzy malowało się skrajne wyczerpanie.
W ramionach trzymała niemowlę owinięte w błękitny kocyk.
Dziecko płakało głośno i rozpaczliwie, raz po raz zaciskając maleńkie dłonie.
Jego krzyk rozchodził się po przestronnym pomieszczeniu, odbijał od wysokiego sufitu i zdawał się doprowadzać Beę na granicę wytrzymałości.
Kobieta próbowała kołysać malucha, ale robiła to nerwowo i niezdarnie.
Jej ruchy nie miały w sobie delikatności.
Były szybkie, gwałtowne i pełne zniecierpliwienia.
— Przestań już! — syknęła, patrząc na czerwoną od płaczu twarz dziecka.
— Słyszysz mnie? Przestań płakać!
Niemowlę odpowiedziało jeszcze głośniejszym krzykiem.
Bea przymknęła oczy i zacisnęła usta.
Przez chwilę próbowała się opanować, lecz po kilku sekundach jej cierpliwość całkowicie się wyczerpała.
— Dość! Naprawdę mam już dość.
— Nie chcesz jeść, to nie jedz.
— Nie będę cię błagać.
— Nie mam siły męczyć się z tobą przez cały dzień i całą noc.
Dziecko poruszyło główką, jakby szukało ciepła i bezpieczeństwa, których nie znajdowało w ramionach Bei.
— Niech ktoś sprawi, żeby to dziecko wreszcie zamilkło! — krzyknęła kobieta, rozglądając się bezradnie.
— Gdzie wszyscy są?
— Kiedy są potrzebni?
— Dlaczego wszystko zawsze spada na mnie?
Jej głos zabrzmiał tak, jakby niemowlę celowo próbowało pokrzyżować jej plany.
Nie widziała w nim bezbronnego człowieka, zależnego od jej opieki.
Widziała jedynie problem.
Kolejną przeszkodę na drodze do zdobycia Cihana i miejsca w rodzinie Dervelioğlu.
Właśnie wtedy na schodach pojawił się Nüsret.
Mężczyzna schodził powoli, ciągnąc za sobą niewielką walizkę.
Zatrzymał się na jednym ze stopni, gdy usłyszał krzyk Bei.
Przez krótką chwilę obserwował ją w milczeniu.
W jego oczach pojawiło się niezadowolenie, ale także cień cynicznego rozbawienia.
Nie był zaskoczony tym, co zobaczył.
Od początku wiedział, że Bea nie ma ani cierpliwości, ani instynktu potrzebnego do zajmowania się dzieckiem.
Liczył jednak, że strach przed utratą Cihana zmusi ją do większego wysiłku.
Bea dostrzegła go dopiero, gdy zszedł na ostatni stopień.
— Wreszcie jesteś! — zawołała. — Zrób coś z nim. Płacze bez przerwy.
Nüsret uniósł brew.
— Z nim? — powtórzył. — Mówisz o tym dziecku tak, jakby było zepsutym urządzeniem, które trzeba wyłączyć.
— Nie zaczynaj — odpowiedziała ostro. — Nie spałam przez całą noc.
— Czyżby? — zapytał kpiąco. — A ja myślałem, że macierzyństwo to największe szczęście w twoim życiu. Przynajmniej tak zamierzasz przedstawić to Cihanowi.
Bea spojrzała na niego ze złością.
— Nie musisz teraz ze mnie drwić. Pomóż mi.
Nüsret zostawił walizkę obok schodów i podszedł bliżej.
Dziecko nie przestawało płakać.
Mężczyzna wyciągnął ręce i powiedział stanowczo:
— Daj mi je.
Bea nie protestowała.
Niemal natychmiast przekazała mu niemowlę, jakby z ulgą pozbywała się ciężaru.
Nüsret przejął dziecko pewnym ruchem, uważnie podtrzymując jego główkę.
Potem przytulił je do piersi i zaczął powoli kołysać.
— Cicho… spokojnie… już dobrze… — szepnął łagodnie.
Z jego ust wydobyło się ciche, miarowe syczenie.
Nüsret poruszał się po salonie powoli, wykonując niewielkie kroki.
Jego zachowanie kontrastowało z nerwowością Bei.
Nie szarpał dzieckiem, nie podnosił głosu i nie próbował z nim walczyć.
Ku zdumieniu kobiety płacz zaczął słabnąć.
Najpierw rozpaczliwy krzyk zmienił się w ciche kwilenie.
Potem niemowlę westchnęło, przymknęło oczy i uspokoiło się zupełnie.
Bea patrzyła na tę scenę z niedowierzaniem.
— Jak to zrobiłeś?
Nüsret spojrzał na nią z ironią.
— Nie zrobiłem niczego niezwykłego. Po prostu nie krzyczałem mu prosto w twarz.
— Ja też nie krzyczałam.
Mężczyzna zatrzymał się i przeszył ją wymownym spojrzeniem.
— Słyszałem cię z góry.
— Byłam zdenerwowana.
— To dziecko także było zdenerwowane, tyle że ono ma do tego powód.
— Jest głodne, zagubione i nie rozumie, dlaczego osoba trzymająca je na rękach traktuje je jak największe nieszczęście.
Bea odwróciła wzrok.
— Nie wiedziałam, że to będzie takie trudne.
— A czego się spodziewałaś? — zapytał Nüsret.
— Że niemowlę będzie leżało nieruchomo w łóżeczku, uśmiechało się na zawołanie i płakało tylko wtedy, gdy będzie to pasować do naszego planu?
— Myślałam, że będzie więcej spało.
— Więcej spało? — powtórzył z niedowierzaniem. — To nie dekoracja do twojego nowego życia.
— To żywe dziecko.
Bea zacisnęła ramiona na piersi.
— Nie jestem jego prawdziwą matką.
— Nie możesz oczekiwać, że nagle poczuję z nim jakąś niezwykłą więź.
Nüsret spojrzał na śpiące niemowlę, po czym przeniósł wzrok na kobietę.
— Nie oczekuję od ciebie uczuć.
— Oczekuję rozsądku.
— To powinno być dla ciebie prostsze, bo od początku chodziło o grę.
— Masz grać matkę, Beo, i masz robić to tak przekonująco, żeby nikt nie zadał ani jednego niewygodnego pytania.
— Staram się.
— Nie. Ty narzekasz.
— Łatwo ci mówić.
— Nie siedziałeś z nim przez całą noc.
— Co chwilę się budziło, płakało, wierciło się, nie chciało jeść.
— Nie wiedziałam, czego potrzebuje.
— Właśnie dlatego powinnaś była obudzić Gülsüm.
Bea parsknęła.
— A potem co?
— Miałabym jej powiedzieć, że nie potrafię nakarmić własnego dziecka?
— Przecież od razu zaczęłaby coś podejrzewać.
— Gülsüm podejrzewa wszystkich i wszystko — odpowiedział chłodno Nüsret. — To nie ma znaczenia.
— Ważne, żeby nie zobaczyła, że odpychasz dziecko i krzyczysz, aby zamilkło.
Mężczyzna podszedł do kanapy i ostrożnie usiadł.
Nadal trzymał niemowlę blisko piersi.
Dziecko spało spokojnie, jakby jego wcześniejsza rozpacz nigdy nie miała miejsca.
Bea spojrzała na nie z mieszaniną ulgi i zazdrości.
— Przy tobie uspokoiło się od razu — powiedziała cicho.
— Bo wyczuwa napięcie.
— Chcesz powiedzieć, że mnie nie lubi?
— Chcę powiedzieć, że nie jesteś centrum świata każdego człowieka, Beo.
— Nawet tak małego.
Kobieta zmrużyła oczy.