
W weekend w sieci pojawiła się informacja, że ktoś widział kobietę, która mogła być Emilią na placu zabaw w miejscowości Jezierzany. Miała zachowywać się dziwnie. Policja nie potwierdzała tej plotki. Jednak brat Emilii postanowił pojechać tam i sprawdzić ten sygnał. — Spędziłem tam cały dzień. Znalazłem ludzi, którzy publikowali te informacje. Ostatecznie pojawiła się też ta kobieta, ale to nie była moja siostra. Ten wątek jest zamknięty — mówi “Faktowi” pan Jerzy.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Pan Jerzy nie chce odnosić się do sugestii, że mąż Emilii może mieć coś wspólnego z jej zaginięciem. Zdradza jedynie, że para od dwóch miesięcy nie mieszkała razem. — My jako rodzina nie chcemy mieć z nim nic wspólnego i nie mamy z nim kontaktu — mówi.
Nie chcemy spekulować, co się stało, tylko ją odnaleźć. Nie było nas tam, gdy zaginęła. Trudno więc wyrokować, dlaczego i jak zniknęła. Sprawdzamy każdy trop. Chcemy tylko, by ktoś nam pomógł ją odnaleźć. Jest wielu ludzi z dobrym sercem, którzy nie tylko szukają z nami, ale też proponują nam ciepłe napoje czy obiad. Doceniamy to bardzo
— mówi nam pan Jerzy.
Brat zaginionej Emilii zdradza też, że nie brakuje ludzi, którzy żerują na ich dramacie. — Zgłaszają się do nas różni wróżbici i wróżbitki. Chcą 400 zł za informacje, gdzie jest Emilka. Ja mówię, że dam im 10 razy więcej, ale najpierw niech wskażą miejsce. Wtedy rozmowa się urywa — opowiada.
Nie podoba mu się również sensacyjny ton wypowiedzi Krzysztofa Rutkowskiego. — Włączył się w te poszukiwania trochę przypadkiem. My się chwytamy każdej szansy, ale nie można formułować tez bez poparcia w faktach. To psuje nam poszukiwania — podsumowuje pan Jerzy.
Taksówkarz wiózł zaginioną Emilię. Ujawnia, jak się zachowywała
Ojciec Krzysztofa Dymińskiego ma wątpliwości w sprawie nagrań z synem