

— Powinienem był zostać przy niej — wyszeptał do siebie.
Podniósł filiżankę, ale nie napił się kawy. Postawił ją z powrotem na blacie i przetarł dłonią twarz.
— Dlaczego nic nie powiedziałaś, Hancer? Dlaczego zawsze próbujesz cierpieć sama?
Zrobił kilka kroków w stronę schodów, po czym zatrzymał się. Nie chciał narzucać swojej obecności. Wiedział, że Hancer była na niego zła. Miała do tego prawo. Przez jego decyzje, błędy oraz lęk przed prawdą ich życie zmieniło się w niekończące się pasmo cierpienia. Ostatecznie Cihan opuścił salon i wyszedł przed rezydencję. Potrzebował powietrza. Potrzebował choć na chwilę uwolnić się od ścian domu, w którym każda rozmowa kończyła się awanturą, oskarżeniami albo kolejnym sekretem. Nie wiedział, że zaledwie piętro wyżej Hancer właśnie rozpoczynała najtrudniejszą walkę swojego życia.
W ciemnym pokoju panowała duszna cisza. Hancer leżała na łóżku, zwinięta w kłębek. Miała na sobie bordową sukienkę, a jej ciemne włosy rozsypały się po poduszce. Jedną dłonią zaciskała prześcieradło, drugą trzymała się za podbrzusze. Ból pojawił się nagle. Początkowo próbowała wmówić sobie, że to tylko chwilowy skurcz. Lekarz ostrzegał ją, że powinna unikać stresu, odpoczywać i nie przemęczać się. Tymczasem od kilku dni praktycznie nie spała. Kłótnie z Beyzą, niepewność dotycząca przyszłości, gniew Cemila i ciągły lęk o dziecko nie pozwalały jej spokojnie oddychać.
Kolejny skurcz przeszył jej ciało. Hancer gwałtownie nabrała powietrza.
— Nie, proszę… — jęknęła. — Tylko nie teraz.
Spróbowała usiąść. W chwili, gdy oparła stopy o podłogę, zakręciło jej się w głowie. Chwyciła się krawędzi łóżka, czekając, aż ciemność przed oczami ustąpi.
— Muszę znaleźć lekarstwo, cokolwiek…
Z trudem wstała. Każdy krok kosztował ją ogromny wysiłek. Opierając się o ścianę, dotarła do komody. Otworzyła pierwszą szufladę, lecz znajdowały się w niej tylko dokumenty i chusteczki. W drugiej znalazła kilka pudełek leków. Drżącymi rękami zaczęła je przeglądać.
— Przeciwbólowe, rozkurczowe… Które mogę wziąć? — szeptała gorączkowo.
Wyciągnęła ulotkę i próbowała przeczytać drobny druk. Litery jednak zlewały się przed jej oczami: „Nie stosować w ciąży bez konsultacji z lekarzem”. Zamarła.
— Nie mogę ryzykować. Nie mogę zaszkodzić dziecku.
Upuściła ulotkę i przycisnęła obie dłonie do brzucha.
— Słyszysz mnie, maleństwo? Zostań ze mną. Proszę cię, mama cię ochroni.
Przez chwilę ból osłabł. Hancer pomyślała, że może najgorsze minęło. Sięgnęła po telefon i spróbowała wybrać numer, ale kolejny skurcz był tak silny, że aż ugięły się pod nią kolana.
— Cihan… — wyszeptała, a telefon wypadł jej z dłoni.
Kobieta próbowała dojść do drzwi. W korytarzu złapała się oparcia kanapy, ale ręce przestały ją słuchać. Z jej ust wyrwał się cichy krzyk. Nagle poczuła coś ciepłego spływającego po nodze. Spojrzała w dół. Na jasnym materiale sukienki pojawiła się ciemna plama. Jej twarz pobladła jeszcze bardziej.
— Nie… moje dziecko…
Chciała zawołać pomoc, lecz zabrakło jej sił. Zachwiała się i osunęła na biały dywan. Obok niej upadły lekarstwa, ulotka oraz telefon. Hancer próbowała sięgnąć po komórkę. Jej palce znajdowały się zaledwie kilka centymetrów od urządzenia, lecz nie była w stanie przesunąć ręki.
— Cihan… — wyszeptała ostatni raz. Jej powieki powoli się zamknęły.
Cihan spacerował przed rezydencją, raz po raz spoglądając na okna piętra. Czuł narastający ucisk w klatce piersiowej. Nie potrafił wyjaśnić, dlaczego właśnie teraz ogarnął go tak silny lęk. Zatrzymał się na środku podjazdu. W oknie pokoju Hancer nie było światła.
— Powinienem sprawdzić, czy wszystko w porządku.
Wrócił do domu, wszedł do salonu i spojrzał na nietkniętą kawę. Po chwili ruszył po schodach. Im wyżej się znajdował, tym szybciej biło jego serce.
— Hancer! — zawołał cicho. Nie usłyszał odpowiedzi.
Kiedy dotarł na piętro, zobaczył rozrzucone na podłodze pudełka leków. Kilka kroków dalej leżał telefon, a potem dostrzegł Hancer. Cihan rzucił się w jej stronę, upadł na kolana, delikatnie uniósł jej głowę i przyłożył dłoń do policzka.
— Hancer, otwórz oczy. Słyszysz mnie? — Kobieta nie reagowała. — Nie rób mi tego. Błagam cię, otwórz oczy.
Poklepał ją lekko po twarzy. Z przerażeniem zauważył, że jej skóra jest zimna.
— Hancer!
Jej powieki poruszyły się. Kobieta spróbowała nabrać powietrza.
— Cihan… — Jestem tutaj. Jestem przy tobie. — Dziecko… — Nic nie mów. Zabiorę cię do szpitala.
Dopiero wtedy Cihan zauważył krew na dywanie. Zamarł. Przez ułamek sekundy nie był w stanie się poruszyć. Całe jego ciało ogarnęło przerażenie.
— Nie, nie, nie, nie…
Hancer spojrzała na niego nieprzytomnym wzrokiem.
— Ja nie chcę go stracić… — Nie stracisz. Słyszysz mnie? Nie pozwolę na to.
Cihan wsunął rękę pod jej plecy i kolana, po czym ostrożnie uniósł ją z podłogi. Hancer jęknęła i przycisnęła twarz do jego piersi.
— Wytrzymaj jeszcze chwilę — mówił drżącym głosem. — Zawiozę cię do lekarza. Wszystko będzie dobrze.
Zbiegł z nią po schodach.
— Osman! — krzyknął. — Osman, natychmiast przygotuj samochód!
Jego głos rozszedł się po całej rezydencji. Drzwi jednego z pokoi otworzyły się gwałtownie. Na korytarz wybiegła Beyza, a zaraz za nią Aysu.
— Co się dzieje? — zapytała Aysu.
Beyza zobaczyła Hancer w ramionach Cihana.
— Dokąd ją zabierasz?
Cihan na nią nie spojrzał.
— Osman, gdzie jesteś?
Pracownik wybiegł przed dom i otworzył drzwi samochodu.
— Panie Cihan, co się stało? — Hancer krwawi. Otwieraj samochód!
Cihan ułożył nieprzytomną kobietę na tylnym siedzeniu, po czym usiadł za kierownicą. Przed rezydencję wyszły również Mukadder i Fadime. Starsza kobieta podtrzymywała się poręczy, próbując zrozumieć sytuację.
— Cihan! — zawołała. — Co się stało? — Hancer… Nie mam czasu. Jadę do szpitala!
Silnik zawył. Samochód ruszył z piskie m opon i po kilku sekundach zniknął za bramą. Aysu zasłoniła usta dłonią.
— Ona była cała blada. Czy ktoś widział krew? — zapytała Fadime.
Osman skinął głową.
— Pan Cihan znalazł ją na piętrze. Słyszałem, jak mówił, że pani Hancer krwawi.
Beyza zacisnęła szczęki.
— Znalazł ją na piętrze… w tej rezydencji… w środku nocy… — Beyza, teraz najważniejsze jest jej zdrowie — powiedziała Mukadder. — Jej zdrowie?! — krzyknęła kobieta. — Mój mąż właśnie wybiegł z domu, niosąc inną kobietę na rękach! A wy każecie mi się uspokoić?!
Wbiegła do środka. W salonie jej wzrok padł na fotografie stojące na stoliku. Na jednej Cihan i Hancer patrzyli na siebie z czasów, kiedy jeszcze wierzyli, że ich małżeństwo może przetrwać. Beyza podeszła do stolika i uderzyła w niego z całej siły. Ramki przewróciły się twarzą do dołu.
— Nienawidzę jej! — wrzasnęła. — Słyszycie?! Nienawidzę! — Opanuj się — Mukadder podeszła bliżej. — Ona zabrała mi wszystko! Najpierw jego serce, potem jego uwagę, a teraz jeszcze robi z siebie ofiarę! — Kobieta została zabrana do szpitala — odezwała się Fadime. — To nie jest przedstawienie. — Oczywiście, że jej bronisz! Wy wszystkie jej bronicie!
Beyza chwyciła kolejną ramkę, ale Aysu złapała ją za nadgarstek.
— Proszę, niech pani przestanie. — Puść mnie!
Beyza zaczęła szarpać się z kobietami, płacząc i krzycząc:
— On nigdy nie patrzył na mnie tak, jak patrzy na nią! Nigdy nie bał się o mnie w taki sposób!
Mukadder odpowiedziała chłodno:
— Miłości nie zdobywa się krzykiem i nie utrzymuje się jej przemocą.
Słowa te zabolały Beyzę bardziej niż policzek. Odsunęła się od pozostałych kobiet i otarła łzy.
— Jeszcze zobaczycie. Ta noc wszystko zmieni.
W skromnym mieszkaniu Cemila i Deryi również nie było spokojnie. Derya, ubrana w czerwony golf, przyniosła do salonu tacę z herbatą. Na podłodze leżały ubrania, kartony i czarne worki. Mieszkanie wyglądało tak, jakby ktoś przygotowywał się do przeprowadzki albo próbował wyrzucić wszystkie rzeczy przypominające o przeszłości. Derya postawiła tacę na stole i usiadła na kanapie. Wtedy dostrzegła leżący na dywanie mały błękitny bucik niemowlęcy. Podniosła go i przez chwilę obracała w dłoniach.
Cemil wszedł do pokoju. Wyglądał na skrajnie zmęczonego. Pod oczami miał ciemne cienie, a jego ramiona były przygarbione.
— Co znowu? — Znalazłam to.
Cemil spojrzał na bucik. Na jego twarzy pojawił się ból.
— Skąd to masz? — Leżało na podłodze. Pewnie wypadło z worka. Miałeś wyrzucić te rzeczy. — Nie potrafiłam. — Powiedziałaś, że to zrobisz! A ty naprawdę sądzisz, że można włożyć wspomnienia do czarnego worka i wyrzucić je jak śmieci?!
Cemil wyrwał jej bucik z ręki.
— To są tylko ubrania! — Nie! — krzyknęła Derya. — To są rzeczy, które kupowaliśmy dla dziecka! Każdy sweterek, każdy bucik i każda czapeczka przypominają mi o tym, czego nie mieliśmy!
Cemil podszedł do worka i zaczął gwałtownie wyciągać z niego dziecięce ubranka.
— W takim razie patrz, patrz na nie wszystkie! — Przestań! — Chciałaś wspomnień? Proszę bardzo! — Wyciągnął niebieski, ręcznie dziergany sweterek. — Ten kupiłaś, zanim lekarz cokolwiek potwierdził, a potem przez tygodnie udawałaś, że wszystko będzie dobrze!
Derya złapała worek i próbowała mu go odebrać.
— Nie mów tak! — Dlaczego? Bo prawda boli?! — Ty też marzyłeś o tym dziecku! — Właśnie dlatego nie mogę już na to patrzeć! — Cemil cisnął sweterek na kanapę.
Derya przytuliła bucik do twarzy i wybuchnęła płaczem.
— Myślałam, że pewnego dnia założę mu ten bucik… — wyszeptała. — Myślałam, że będziemy rodziną. — Byliśmy rodziną. — Nie zachowujesz się jak mój mąż. Zachowujesz się jak człowiek, który chce zniszczyć wszystko, bo nie potrafi poradzić sobie ze swoim bólem.
Cemil podszedł do niej.
— A ty myślisz, że ja nie cierpię?! Że dlatego, iż nie płaczę każdego dnia, nic nie czuję?! — Nigdy ze mną o tym nie rozmawiałeś! Bo za każdym razem, gdy próbowałem, patrzyłaś na mnie tak, jakbym to ja był winny! — Nie obwiniałam cię! — Obwiniałaś cały świat! Lekarzy, mnie, siebie, Hancer, wszystkich!
Derya podniosła głowę.
— Nie wciągaj w to Hancer! — To przez jej problemy całe nasze życie się rozsypało! — Ona jest twoją siostrą! — Wiem! I przez całe życie próbuję ją chronić! Ale kto ochroni mnie?!
Krzyk Cemila urwał się nagle. Mężczyzna złapał się za klatkę piersiową i zaczął ciężko oddychać. Cofnął się i osunął na kanapę.
— Nie mogę… oddychać…
Derya natychmiast odłożyła bucik.
— Spójrz na mnie. Oddychaj powoli.
Pobiegła do stołu, nalała wody do szklanki i przyłożyła ją do jego ust.
— Pij małymi łykami. — Serce mi pęka… — To przez nerwy. Uspokój się. — Gładziła go po klatce piersiowej, choć sama drżała ze strachu. — Nie zostawiaj mnie… — wyszeptała.
Cemil zamknął oczy.
— Nie wiem już, jak mamy dalej żyć.
Derya przytuliła jego głowę do swojej piersi.
— Razem. Nawet jeśli teraz siebie nie rozumiemy, musimy spróbować razem.
W tym czasie samochód Cihana pędził pustymi ulicami.
— Wytrzymaj, Hancer! — mówił co kilka sekund, spoglądając w lusterko. — Jesteśmy prawie na miejscu.
Hancer leżała na tylnym siedzeniu. Jej oddech był płytki.
— Moje dziecko… — Będzie dobrze. Obiecaj…
Cihan zacisnął dłonie na kierownicy.
— Obiecuję ci, że uratujemy was oboje.
Pod szpitalem zahamował tak gwałtownie, że koła zapiszczały. Wysiadł, otworzył tylne drzwi i ponownie wziął Hancer na ręce.
— Pomocy! — krzyczał, wbiegając na izbę przyjęć. — Ona jest w ciąży, krwawi i straciła przytomność!
Pielęgniarki natychmiast przyprowadziły nosze.
— Od jak dawna krwawi? — Nie wiem! Znalazłem ją na podłodze! — Który to miesiąc ciąży?
Cihan zamarł. Nie potrafił odpowiedzieć. Hancer ukrywała przed nim ciążę przez długi czas. Dopiero niedawno dowiedział się prawdy.
— Trzeci, może czwarty — powiedział niepewnie. — Proszę się odsunąć.
Lekarze zabrali kobietę za drzwi sali zabiegowej. Cihan chciał wejść za nimi, ale pielęgniarka go zatrzymała.
— Musi pan poczekać na korytarzu. — Jestem jej mężem! — Teraz lekarze muszą zająć się pacjentką.
Drzwi zamknęły się przed jego twarzą. Cihan spojrzał przez niewielką szybę. Widział Hancer leżącą nieruchomo na łóżku. Pielęgniarki podłączały aparaturę, a lekarz wydawał szybkie polecenia. Mężczyzna oparł czoło o chłodną szybę.
— Proszę, nie zabierajcie mi ich…
Usiadł na krześle. Zegar na ścianie poruszał wskazówkami nieznośnie wolno. W jego pamięci pojawiła się rozmowa z Cemilem: „Trzymaj się z dala od mojej siostry. Przyniosłeś jej tylko cierpienie”. Potem zobaczył twarz Beyzy, jej gniew, zazdrość i przerażenie za każdym razem, gdy imię Hancer padało w rezydencji. Przypomniał sobie także samotny spacer przed domem. Był tak blisko. Wystarczyło wcześniej wejść na piętro. Wystarczyło nie wahać się przez kilkanaście minut.
— To moja wina — wyszeptał. — Znowu zostawiłem ją samą.
Wspomnienie znalezienia Hancer na podłodze powróciło z całą siłą: jej nieruchome ciało, krew na dywanie i ciche słowa: „Nie chcę stracić dziecka”. Cihan zakrył twarz dłońmi.
— Nie mogę jej stracić. Nie po tym wszystkim.
Po długim oczekiwaniu pielęgniarka wyszła z sali.
— Panie Cihan!
Mężczyzna natychmiast wstał.
— Co z nią? Co z dzieckiem? — Pacjentka odzyskuje świadomość. Lekarz za chwilę z panem porozmawia. — Dziecko żyje?
Pielęgniarka zawahała się.
— Proszę poczekać na lekarza.
Cihan spojrzał przez szybę. Hancer poruszyła głową. Pielęgniarka poprawiła jej poduszkę i powiedziała coś uspokajającym głosem. Ulga uderzyła w Cihana tak mocno, że musiał oprzeć się o ścianę. Żyje.
W innym domu mała Mine spała spokojnie, nieświadoma dramatów dorosłych. Obok jej łóżka siedziała Sinem bez hidżabu, z rozpuszczonymi włosami. Wyglądała na bezbronną i skrajnie zmęczoną. Zasłaniała usta dłonią, aby stłumić szloch. Próbowała płakać bezgłośnie, lecz jej ramiona drżały.
Mine otworzyła oczy.
— Mamo…
Sinem natychmiast odwróciła twarz.
— Śpij, kochanie. — Dlaczego płaczesz? — Nie płaczę.
Dziewczynka usiadła.
— Widzę łzy.
Sinem otarła policzki.
— Coś wpadło mi do oka. — W oba oczy?
Mimo bólu kobieta uśmiechnęła się słabo.
— Jesteś bardzo spostrzegawcza.
Mine objęła matkę.
— Czy pan Melih zrobił ci coś złego?
Sinem zesztywniała.
— Dlaczego pytasz o Meliha? — Bo kiedy jesteś smutna, patrzysz na jego zdjęcie.
Sinem przytuliła córkę jeszcze mocniej.
— Czasami dorośli bardzo się kochają, ale nie potrafią znaleźć drogi do siebie. — To niech zapytają kogoś o drogę.
Kobieta zamknęła oczy. Gdyby to było takie proste… Ułożyła Mine z powrotem na poduszce i przykryła ją kołdrą.
— Śpij. Mama jest przy tobie.
Kiedy oddech dziewczynki stał się spokojny, Sinem ponownie zakryła usta i rozpłakała się.
Melih siedział samotnie w niewielkim pomieszczeniu przypominającym kontener mieszkalny. Na ścianie wisiał czarny garnitur, na stole leżała złota obrączka. Mężczyzna długo wpatrywał się w pierścień. W pamięci słyszał głos Sinem: „Nie wystarczy powiedzieć, że mnie kochasz. Miłość powinna dawać bezpieczeństwo, a nie kolejny powód do strachu”. Przypomniał sobie również rozmowę w salonie. Sinem przeszła obok niego, nie patrząc mu w oczy. Kiedy wyszła, Nusret wstał z kanapy.
— Myślałeś, że możesz przyjść do tego domu i zabrać ją bez pytania? — zapytał ostro.
Melih milczał.
— Kobieta z dzieckiem nie potrzebuje marzyciela. Potrzebuje mężczyzny, który zapewni jej dach nad głową. — Pracuję. — Jeździsz taksówką i śpisz w kontenerze. — To się zmieni. — Kiedy? Po ślubie, po narodzinach kolejnych problemów?
Melih zacisnął pięści.
— Kocham ją. — Sama miłość nie nakarmi dziecka.
Po tej rozmowie wyszedł z domu ze spuszczoną głową. Na podwórku zatrzymała go starsza kobieta w hidżabie. Wyciągnęła dłoń, w której znajdowała się obrączka.
— Zostawiłeś ją — powiedziała. — Nie potrafiłem jej założyć. — Obrączka nie jest winna temu, że się boisz.
Melih wziął pierścień. Teraz, siedząc samotnie, wsunął go na palec.
— Sinem, ja się nie poddam — wyszeptał. — Nawet jeśli wszyscy uważają, że nie jestem ciebie wart.
Następnego ranka przed budynkiem Palmiye Taxi stała żółta taksówka udekorowana kwiatami. Dwóch kierowców powitało Meliha głośnymi brawami.
— Pan młody idzie! — zawołał starszy taksówkarz. — Kiedy wesele?
Melih zmarszczył brwi.
— Nie ma żadnego wesela. — A kwiaty na samochodzie? — To dla klienta. — A garnitur? — Przestańcie.
Wszedł do małego biura i zamknął drzwi. Wyciągnął z czarnego plecaka dwie obrączki, położył je obok siebie i spojrzał na wiszący na ścianie garnitur.
— Jedna dla mnie, jedna dla niej — powiedział cicho. — Tylko czy ona jeszcze przyjdzie?
Tymczasem Engin siedział za kierownicą innej odświętnie udekorowanej taksówki. Na masce znajdował się bukiet białych kwiatów, a na tablicy widniał napis Evleniyoruz. Mężczyzna poprawił czarny krawat i wybrał numer Sinem.
W sypialni Sinem oraz Gülsüm ścieliły łóżko. Telefon leżący na szafce zaczął dzwonić. Sinem spojrzała na ekran: Engin. Odrzuciła połączenie. Gülsüm westchnęła.
— Jak długo będziesz uciekać? — Nie uciekam. — Właśnie odrzuciłaś jego telefon. — Nie mogę z nim rozmawiać. — Nie możesz czy nie chcesz?
Sinem schowała telefon do kieszeni.
— To nie ma znaczenia.
W taksówce Engin patrzył na wygaszony ekran.
— Bałaś się odebrać? — powiedział do siebie. — Rozumiem. Po tym wszystkim masz prawo się bać, ale dzisiaj chciałem ci pokazać, że nie żartuję.
Otworzył schowek, wyjął kartkę i niebieski długopis. Trzymając skuwkę w zębach, napisał kilka zdań: „Sinem, będę czekał przed urzędem stanu cywilnego. Nie proszę, żebyś zapomniała o strachu. Proszę tylko, żebyś zaufała mi na jeden dzień. Jeśli nie przyjdziesz, zrozumiem, ale będę czekał do końca”.
Wysiadł z samochodu i ruszył chodnikiem. Przy wysokim żywopłocie zobaczył Mine. Dziewczynka spojrzała na niego nieufnie. Engin kucnął.
— Potrzebuję twojej pomocy. — Mama mówi, że dzieci nie powinny mieć sekretów przed rodzicami. — To nie jest zły sekret. To niespodzianka. — Wręczył jej złożoną kartkę. — Daj to Sinem. Ale nikomu innemu. A jeśli zapyta od kogo, powiedz prawdę, że ode mnie.
Mine schowała list do kieszeni.
— Dobrze. — To bardzo ważne.
Później, kiedy Sinem niespodziewanie weszła do pokoju z praniem, dziewczynka w panice ukryła list w fioletowej szkatułce zamykanej na małą kłódkę.
— Co robisz? — zapytała Sinem. — Nic… Wszystko w porządku — Mine uśmiechnęła się niewinnie. — Tak, mamo.
Sinem położyła ubrania na łóżku, nieświadoma, że list znajduje się zaledwie kilka centymetrów od jej dłoni. Engin w tym czasie czekał przed urzędem stanu cywilnego. Spacerował po czerwonym dywanie, poprawiał mankiety koszuli i co chwilę spoglądał na ulicę. Mijały kolejne minuty. Nikt nie nadchodził. W końcu oparł się o framugę drzwi.
— Nie przeczytała listu… — wyszeptał. — Albo przeczytała i wybrała życie bez mnie.
W kuchni rezydencji Fadime kroiła warzywa, a Aysu układała produkty na półkach. Nagle do środka wpadła Beyza.
— Jak mogłyście do tego dopuścić?!
Fadime odłożyła nóż.
— Do czego? — Hancer opuściła dom z Cihanem! Nikt jej nie pilnował! — Ona nie uciekła — odpowiedziała Fadime. — Została zabrana do szpitala. — Nie zmieniaj tematu! — Beyza wskazała palcem na Aysu. — Ty widziałaś, jak poruszała się po domu! — Ja nic nie wiedziałam — odpowiedziała dziewczyna. — Oczywiście! W tym domu nikt niczego nie wie! Może Hancer odleciała helikopterem?! — Wszyscy jesteśmy w równym stopniu zaskoczeni — powiedziała Fadime. — Nie jesteście zaskoczeni! Wy jej pomagacie!
Młoda służka spuściła głowę.
— Pani Beyzo, naprawdę niczego nie zauważyłyśmy.
Aysu drgnęła.
— Nie musi pani na nią krzyczeć.
Beyza odwróciła się w jej stronę.
— Zaczynasz mnie pouczać?! — Nie, ale ona nie jest niczemu winna. — Wszystkie jesteście winne! Przez was Cihan kolejny raz pobiegł ratować tamtą kobietę!
Kilka godzin później Beyza szła ze służką przez ogród. Weszły do rezydencji i skierowały się na piętro. Na białym dywanie Beyza zauważyła krople zaschniętej krwi. Zatrzymała się.
— Co to jest?
Służka pobladła.
— To chyba krew…
Beyza podeszła bliżej. Obok plam leżała zmięta ulotka. Podniosła ją i rozwinęła. Jej wzrok zatrzymał się na ostrzeżeniu dotyczącym stosowania leków w ciąży. Przejrzała pozostałe pudełka. Wśród nich znalazła dokument z gabinetu lekarskiego. Jej dłonie zaczęły drżeć.
— Co się stało? — zapytała służka.
Beyza przeczytała nazwisko pacjentki oraz informacje o ciąży.
— Ona jest w ciąży… — Kto?
Beyza uniosła wzrok.
— Hancer jest w ciąży.
W jej oczach pojawiło się przerażenie. W jednej chwili zrozumiała, dlaczego Cihan był tak zrozpaczony, dlaczego nie pozwalał nikomu zbliżyć się do Hancer, dlaczego wyniósł ją z domu tak, jakby niósł cały swój świat.
— To jego dziecko… — wyszeptała.
W sali szpitalnej Hancer powoli otworzyła oczy. Pierwsze, co poczuła, to ciężar w ramieniu i chłód kroplówki. Potem usłyszała cichy dźwięk aparatury. Odwróciła głowę. Cihan spał w fotelu ze skrzyżowanymi ramionami. Jego twarz była blada, a oczy opuchnięte od płaczu i zmęczenia. Hancer poruszyła dłonią. Cihan natychmiast się obudził. Wstał i pochylił się nad łóżkiem.
— Jak się czujesz? Boli cię coś? Zawołać lekarza? — Dziecko… — Jest bezpieczne, naprawdę. — Położył dłoń na jej ramieniu, a potem ostrożnie zbliżył ją do jej brzucha. — Lekarz powiedział, że serce bije. Krwawienie udało się zatrzymać.
Hancer zamknęła oczy. Po jej policzku spłynęła łza.
— Myślałam, że je straciłam. — Ja też.
Przez chwilę żadne z nich się nie odzywało. Cihan usiadł na krześle.
— Dlaczego mnie nie zawołałaś? — Chciałam. Twój telefon leżał obok ciebie. — Nie zdążyłam. — Mogłaś powiedzieć wcześniej, że źle się czujesz.
Hancer spojrzała na niego chłodno.
— Kiedy miałam ti powiedzieć? Między jedną awanturą Beyzy a kolejnymi oskarżeniami twojej rodziny? — To nie jest tylko twoje dziecko. — Wiem. — W takim razie nie możesz podejmować wszystkich decyzji sama. — A ty możesz? — zapytała. — Możesz decydować, gdzie mam mieszkać, komu mam ufać i czego mam się bać?
Cihan spuścił wzrok.
— Masz rację. — Nie oczekiwałam, że to powiesz. — Prawie cię straciłem. Nie mam już siły udawać, że zawsze wiem, co robię.
Do sali wszedł lekarz. Cihan natychmiast wstał.
— Jak ona się czuje? — Stan pacjentki jest stabilny. Krwawienie ustało, ale ciąża jest zagrożona.
Hancer pobladła.
— Co to znaczy? — Musi pani bezwzględnie odpoczywać. Żadnego wysiłku, silnych emocji ani stresu. Przez najbliższe dni zostanie pani pod obserwacją. — Dziecko przeżyje? — zapytał Cihan. — W tej chwili nie widzimy bezpośredniego zagrożenia. Serce płodu bije prawidłowo. Jednak podobny epizod może się powtórzyć. — Co mam zrobić?
Lekarz spojrzał na Cihana.
— Zapewnić pacjentce spokój.
Po wyjściu lekarza Cihan usiadł. Przez kilka sekund próbował zapanować nad emocjami, ale w końcu zakrył twarz dłońmi i wybuchnął płaczem.
— Myślałem, że umierasz… — powiedział. — Trzymałem cię na rękach i nie wiedziałem, czy jeszcze oddychasz.
Hancer patrzyła na niego w milczeniu.
— Wszystko, czego dotknę, zamienia się w cierpienie — mówił dalej. — Chciałem cię chronić, a sprawiłem, że zacząłaś się mnie bać. Chciałem zbudować rodzinę, a zamieniłem nasz dom w więzienie.
Łza spłynęła po policzku Hancer.
— Twoje łzy nie zmienią przeszłości. — Wiem. — Nie cofną wszystkich słów, które usłyszałam. — Wiem. — Nie sprawią, że od razu ti zaufam.
Cihan uniósł głowę.
— Nie proszę, żebyś zapomniała. Proszę tylko, żebyś pozwoliła mi być przy naszym dziecku.
Hancer długo patrzyła mu w oczy.
— Boisz się o dziecko czy o mnie? — Oboje jesteście całym moim światem. Hancer, kiedy lekarz pozwoli ci wyjść, nie wrócimy do rezydencji.
Hancer zmarszczyła brwi.
— Co powiedziałeś? — Nie zabiorę cię z powrotem do miejsca, w którym każdego dnia ktoś cię atakuje, oskarża albo poniża. — A twoja matka? Beyza? Twoja rodzina? — Tym razem wybieram ciebie i dziecko. — To nie takie proste. — Wiem, ale już raz pozwoliłem, żeby inni decydowali za mnie. Więcej tego nie zrobię. — Przysunął krzesło bliżej łóżka. — Pojedziemy do własnego domu. Nie do rezydencji, nie do Cemila, do miejsca, w którym nikt nie będzie miał kluczy oprócz nas. — Myślisz, że możesz odciąć się od wszystkich problemów? — Nie, ale mogę stanąć między nimi a tobą. — Nie potrzebuję strażnika. — Wiem. Potrzebujesz człowieka, który będzie cię słuchał.
Hancer odwróciła twarz w stronę okna.
— Obiecujesz teraz bardzo wiele, bo prawie było za późno.
Delikatnie ujął jej dłoń. Początkowo chciała ją cofnąć, ale nie miała siły. Po chwili jej palce lekko zacisnęły się wokół jego dłoni. Cihan pochylił głowę.
— Przysięgam ti, Hancer. Będę chronił ciebie i nasze dziecko przed całym światem. Nawet jeśli tym światem okaże się moja własna rodzina. — A jeśli znowu mnie zranisz? — Wtedy odejdziesz i nie będę miał prawa cię zatrzymać.
Hanser spojrzała na niego ze zdumieniem.
— Naprawdę pozwoliłbyś mi odejść?
Cihan odpowiedział po długiej chwili:
— Wolę widzieć cię bezpieczną daleko ode mnie niż martwą w moich ramionach.
W oczach Hancer pojawiły się nowe łzy.
— Nasze dziecko żyje — wyszeptała. — Tak. To jedyne, co teraz ma znaczenie. — Dla mnie ty również masz znaczenie.
Przez kilka chwil patrzyli na siebie bez słów. Między nimi nadal znajdował się mur zbudowany z kłamstw, strachu i dawnych ran, lecz po raz pierwszy od bardzo dawna pojawiła się w nim niewielka szczelina. Cihan ostrożnie dotknął dłonią brzucha Hancer.
— Już nigdy nie zostawię was samych.
Hanser nie odpowiedziała, nie odsunęła jednak jego ręki. Za oknem zaczynał się nowy dzień. Pierwsze promienie światła wpadały do sali, rozjaśniając twarze dwojga ludzi, którzy niemal stracili wszystko.
W rezydencji Beyza trzymała w dłoniach dowód ciąży Hancer. W pokoju Mine nadal ukryty był list, który mógł odmienić życie Sinem. Melih wpatrywał się w obrączkę, nie wiedząc, czy kiedykolwiek będzie mógł wsunąć drugą na palec ukochanej. Engin czekał samotnie przed urzędem stanu cywilnego. Cemil i Derya siedzieli pośród rozsypanych dziecięcych ubrań, próbując posklejać własne małżeństwo. A Cihan pochylony przy szpitalnym łóżku po raz pierwszy naprawdę rozumiał, że miłość nie polega na posiadaniu drugiego człowieka. Polega na tym, by nie odejść, kiedy ten człowiek najbardziej potrzebuje ratunku.