“I jak długo ciężarna kobieta wytrzyma samotność, poczucie winy oraz świadomość, że każdy dźwięk za drzwiami może oznaczać koniec jej ucieczki?
Dramatyczna noc w kryjówce i rozmowa z Melihem
Salon był przestronny, elegancki i niemal nienaturalnie jasny. Światło płynące z wysokich lamp odbijało się w wypolerowanej podłodze, jasnych ścianach i szklanym stoliku stojącym przed kanapą. W innych okolicznościach pomieszczenie mogłoby sprawiać wrażenie spokojnego i bezpiecznego. Tej nocy jednak każdy przedmiot rzucał długi, niepokojący cień, a cisza zdawała się przygniatać Hancer bardziej niż jakiekolwiek wypowiedziane słowa.
Kobieta siedziała na samym brzegu kanapy. Jej ciało było napięte, ramiona drżały, a dłonie zaciskały się na materiale sukienki tak mocno, jakby próbowała w ten sposób powstrzymać samą siebie przed całkowitym załamaniem. Po policzkach spływały jej łzy. Nie ocierała ich. Nie miała już siły udawać, że potrafi nad sobą panować. Od chwili, gdy przekroczyła próg tego domu, jej serce biło z nieustannym lękiem. Każdy odgłos dochodzący z korytarza wydawał jej się krokiem Cihana. Każdy szmer za oknem brzmiał jak głosy ludzi, którzy właśnie odnaleźli jej kryjówkę. Nawet własny oddech wydawał jej się zbyt głośny.
Melih stał kilka kroków dalej i uważnie ją obserwował. Nie wiedział, czy powinien podejść, czy pozwolić jej przez chwilę pobyć samej ze swoimi myślami. Znał Hancer jako kobietę spokojną, cierpliwą i gotową znieść więcej, niż ktokolwiek miałby prawo od niej wymagać. Teraz jednak widział przed sobą kogoś znajdującego się na granicy wytrzymałości.
Hancer uniosła głowę. Jej zaczerwienione oczy zatrzymały się na Melihu:
— Muszę stąd odejść — powiedziała nagle. Jej głos był cichy, lecz przepełniony tak wielką desperacją, że Melih natychmiast się wyprostował. — Hancer, nie mogę tu zostać — powtórzyła, tym razem szybciej. — Tak nie może być. Nie powinnam była tu przychodzić. Popełniłam błąd, ogromny błąd.
Podniosła się gwałtownie, lecz niemal od razu zakręciło jej się w głowie. Zachwiała się i oparła dłoń o oparcie kanapy. Melih natychmiast podszedł, gotowy ją podtrzymać:
— Usiądź — nakazał. — Proszę cię, nie wykonuj żadnych gwałtownych ruchów. — Nie każ mi siadać! — zaprotestowała. — Nie rozumiesz? Jeśli ktoś się dowie, że tutaj jestem, wszystko się skończy. Cihan przyjedzie. Jego ludzie otoczą ten dom, a wtedy już nigdzie nie ucieknę.
Melih delikatnie, lecz stanowczo położył dłonie na jej ramionach:
— Właśnie dlatego nie możesz teraz wyjść. — Wolę odejść, niż narażać innych. — Dokąd?

To jedno pytanie zatrzymało ją skuteczniej niż jakikolwiek rozkaz. Hancer rozchyliła usta, ale nie odpowiedziała. Melih odsunął dłonie i wskazał kanapę:
— Usiądźmy i porozmawiajmy spokojnie. — Nie potrafię być spokojna. — Wiem, ale musisz spróbować. Nie tylko dla siebie.
Jego spojrzenie przesunęło się na jej brzuch. Hancer instynktownie położyła na nim obie dłonie. Ten odruch był natychmiastowy, niemal bezwarunkowy. Choć strach odbierał jej zdolność logicznego myślenia, pamięć o dziecku wciąż pozostawała silniejsza od wszystkiego. Powoli usiadła. Melih zajął miejsce obok niej, pozostawiając między nimi niewielki odstęp. Przez kilka sekund żadne z nich się nie odzywało.
— Posłuchaj mnie — zaczął Melih. — Nie będę cię okłamywał. To, co zrobiłaś, było ryzykowne. — Wiedziałam… — Uciekłaś bez przygotowania. Nie miałaś planu, pieniędzy, bezpiecznego miejsca ani nawet pewności, czy ktoś za tobą nie jedzie. To nie był najlepszy pomysł. — Chcesz powiedzieć, że był szalony? — Trochę tak. Właściwie bardziej niż trochę.
Na twarzy Hancer pojawił się bolesny grymas:
— Nie miałam wyboru. — Wiem. — Nie, nie wiesz — wyszeptała. — Nie wiesz, jak to jest budzić się każdego ranka i zastanawiać, kto dziś spróbuje odebrać ti dziecko. Nie wiesz, jak to jest patrzeć na ludzi, którzy uśmiechają się do ciebie, a jednocześnie planują, jak cię uciszyć. Ja już nikomu nie ufam, Melih. Nikomu. — Mnie zaufałaś.
Hancer spuściła wzrok:
— Może właśnie przez to sprowadzę na ciebie nieszczęście… — Zaufałaś mi, bo wiedziałaś, że nie oddam cię w ich ręce. — A jeśli przez pomaganie mi stracisz wszystko? — Wtedy będzie to moja decyzja. Nie masz prawa tak mówić. Mam dokładnie takie samo prawo jak ty, gdy postanowiłaś uciec, aby ochronić swoje dziecko.
Hancer potrząsnęła głową:
— To nie jest to samo. — Jest. Ty walczysz o kogoś, kto nie może się jeszcze bronić. Ja pomagam komuś, kto został pozostawiony sam przeciwko ludziom mającym pieniądze, wpływy i władzę.
Melih mówił spokojnie, ale w jego głosie pobrzmiewała złość — nie była skierowana przeciwko Hancer. Gniewała go sytuacja, w której się znalazła. Gniewało go, że kobieta w ciąży musiała uciekać nocą i szukać schronienia niczym przestępczyni.
— Pomyśl logicznie — ciągnął. — Uciekasz przed własnym mężem, nosząc pod sercem jego dziecko. Gdyby to była zwykła małżeńska kłótnia, kazałbym ti wrócić i porozmawiać. Ale oboje wiemy, że nie o kłótnię tutaj chodzi.
Hancer zamknęła oczy. Przed jej oczami stanęła twarz Cihana — nie ten Cihan, którego kiedyś kochała, nie mężczyzna, który potrafił spojrzeć na nią z czułością, objąć ją i sprawić, że przez krótką chwilę wierzyła w szczęśliwą przyszłość. Widziała człowieka rozdartego pomiędzy uczuciami, rodziną, gniewem i manipulacjami otaczających go osób — człowieka, któremu nie mogła już bezgranicznie ufać.
— Hotel! — mówił Melih. — Pensjonat również. Wszędzie zażądają od ciebie dowodu tożsamości. Twoje dane trafią do systemu albo przynajmniej zostaną zapisane przez pracownika recepcji. — Mogłabym podać inne nazwisko. — I co dalej? Poproszą o dokument. Jeśli go nie pokażesz, wzbudzisz podejrzenia. Jeśli pokażesz prawdziwy, szybko do ciebie dotrze. — Może wcale mnie nie szuka…
Melih spojrzał na nią z niedowierzaniem:
— Sama w to nie wierzysz. — Nie odpowiedziała. — W tej chwili zapewne sprawdza każdy hotel, dworzec, szpital i adres, pod którym mogłabyś się pojawić — kontynuował. — Jego ludzie mogą wypytywać taksówkarzy, pracowników stacji, właścicieli pensjonatów. Cihan ma wystarczająco dużo pieniędzy, by zdobyć informacje, których zwykły człowiek nigdy by nie otrzymał. — Właśnie dlatego muszę się przemieszczać! — Nie, właśnie dlatego musisz zniknąć.
Hancer otworzyła oczy:
— A jeśli znajdą mnie tutaj? — To miejsce jest bezpieczniejsze niż wszystko, co mogłabyś znaleźć sama. — Bezpieczniejsze? — powtórzyła gorzko. — td4729 Jestem w domu należącym do ojca mojego dziecka. W miejscu związanym z Cihanem. Czy istnieje bardziej oczywista kryjówka? — Właśnie dlatego nikt od razu nie pomyśli, że ukrywasz się tutaj. — To brzmi jak szaleństwo. — Cała ta sytuacja jest szalona. — Melih pochylił się w jej stronę. — Cihan będzie szukał cię u Cemila, u Deryi, w agencji pracy, w szpitalach, u wszystkich ludzi, których znasz. Będzie zakładał, że uciekłaś jak najdalej od niego. Nie przyjdzie mu do głowy, że pozostałaś praktycznie pod jego nosem.
Hancer zacisnęła usta:
— A jeśli Aysu komuś powie? — Nie powie. — Skąd możesz być tego pewien? — Bo zna stawkę. Wie, że chodzi o twoje życie i przyszłość dziecka. — Ludzie czasem zdradzają tajemnice przypadkiem… Jedno słowo, jedno niezręczne pytanie… — Dlatego ograniczymy ryzyko. Nikt więcej nie może się dowiedzieć.
Hancer rozejrzała się po salonie. Jeszcze niedawno to pomieszczenie mogło symbolizować dom, rodzinę i bezpieczeństwo. Teraz przypominało klatkę.
— Co się stanie, jeśli ktoś zobaczy mnie przez okno? — zapytała. — Albo jeśli przyjdzie służąca, sąsiad, ktoś z rodziny? — Zasłony pozostaną zamknięte. Światła na górze nie będziesz zapalała bez potrzeby. Aysu będzie sprawdzać, czy nikt nie kręci się w pobliżu. — Mam więc siedzieć tutaj w ciemności? Tylko przez jakiś czas? Jak złodziejka?
To słowo zabrzmiało w salonie wyjątkowo boleśnie. Hancer wytarła policzki dłonią:
— Czuję się jak przestępczyni — wyznała. — Jakbym to ja zrobiła coś złego. Ukrywam się, boję się własnego nazwiska. Nie mogę wyjść na ulicę. Nawet powietrza nie mogę zaczerpnąć bez sprawdzania, czy ktoś mnie nie obserwuje. — Nie jesteś złodziejką. — Więc kim jestem? — Matką, która próbuje ochronić swoje dziecko. — Jeszcze nawet go nie urodziłam… — Ale już jesteś jego matką. Każda twoja decyzja od tej chwili dotyczy również jego.
Hancer spojrzała na brzuch, przesunęła po nim drżącymi palcami, jakby chciała przeprosić dziecko za strach, który mu przekazywała.
— Przebywasz w domu ojca swojego dziecka — dodał Melih. — Bez względu na to, co wydarzyło się pomiędzy tobą i Cihanem, masz większe prawo tu być niż wielu ludzi, którzy zachowują się tak, jakby wszystko należało wyłącznie do nich. — Nie chcę niczego, co należy do Cihana. — Nie mówię o majątku. — Ja też nie — głos Hancer załamał się. — Uciekłam, bo nie chciałam już nigdy więcej patrzeć mu w twarz.
Melih znieruchomiał. Hancer wypowiedziała te słowa z taką pewnością, jakby wcześniej powtarzała je sobie setki razy. Jednak gdy zabrzmiały na głos, sprawiły jej jeszcze większy ból.
— Naprawdę tego chcesz? — td4729 zapytał ostrożnie. — Muszę. — To nie jest odpowiedź. — Nie wiem, czego chcę — przyznała, ponownie zalewając się łzami. — Wiem tylko, czego nie mogę dłużej znosić. Nie mogę patrzeć, jak w jednej chwili próbuje mnie chronić, a w następnej pozwala innym decydować o moim życiu. Nie mogę zastanawiać się, czy gdy dowie się o dziecku, przytuli mnie, czy odbierze mi je, bo uzna, że jego rodzina zapewni mu lepszą przyszłość. — Cihan nie powinien odebrać ti dziecka. — „Nie powinien” nie oznacza, że tego nie zrobi.
Melih spuścił wzrok. Nie mógł jej zapewnić, że obawy są bezpodstawne. Zbyt wiele razy widział, jak bogaci i wpływowi ludzie potrafili zmienić prawdę w coś wygodnego dla siebie.
— Chciałam tylko spokoju — mówiła dalej Hancer. — Małego pokoju, zwykłej pracy, możliwości kupienia dziecku łóżeczka. Chciałam budzić się rano bez strachu. Czy proszę o zbyt wiele? — Nie. — A jednak za każdym razem, gdy próbuję zacząć od nowa, oni mnie odnajdują. Cihan pojawia się przede mną, a wraz z nim wracają wszystkie kłamstwa, oskarżenia i cierpienie. Dlatego tym razem muszę zniknąć naprawdę. — I znikniesz — zapewnił Melih. — Ale nie dzisiaj.
Hancer spojrzała na niego pytająco:
— To rozwiązanie tymczasowe — wyjaśnił. — Poczekamy, aż sytuacja trochę się uspokoi. Kiedy Cihan przestanie sprawdzać każdą ulicę, znajdziemy inne miejsce — takie, które nie będzie kojarzyło się ani z tobą, ani ze mną. — Gdzie? — Jeszcze nie wiem. Może poza miastem, może u kogoś, komu można zaufać. — Nie chcę, żeby kolejna osoba ryzykowała przeze mnie. — Najpierw musimy przetrwać najbliższe dni, potem będziemy myśleć o reszcie. — A jeśli te dni zamienią się w tygodnie? — Wtedy będziemy podejmować kolejne decyzje.
Hancer pokręciła głową:
— Łatwo ti mówić. — Masz rację. To ty będziesz siedziała tutaj sama — w jego głosie pojawiło się poczucie winy. — Ale nie całkiem sama — dodał. — Będę przychodził. — Nie możesz! Jeśli ktoś zacznie cię śledzić… — Znajdę powód. — Jaki? — Aysu. — Hancer zmarszczyła brwi. — Powiem, że ją odwiedzam. Nikt nie uzna tego za coś podejrzanego. Jestem jej bratem. Mam prawo przyjdź, zapytać, czego potrzebuje, przynieść zakupy. — A jeśli przyjdziesz zbyt często? — Nie będę przychodził codziennie o tej samej porze. Raz rano, raz wieczorem, czasem tylko zostawię torbę przy wejściu. — To nadal niebezpieczne. — Wszystko jest teraz niebezpieczne. — Melih spojrzał jej prosto w oczy. — Będę przynosił ti jedzenie, wodę i wszystko, czego potrzebujesz. Jeżeli zabraknie ti lekarstw albo źle się poczujesz, zadzwonisz do mnie. — Nie chcę być ciężarem. — Przestań tak mówić. — Ale to prawda… td4729 — Nie. Ciężarem jest osoba, która krzywdzi innych i oczekuje, że wszyscy będą za nią sprzątać. Ty prosisz o pomoc, bo nie masz innego wyjścia. — A jeśli przez tę pomoc Sinem dowie się, że ją okłamujesz? Jeśli Aysu będzie miała problemy? Jeśli Cihan… — Hancer — Melih wypowiedział jej imię stanowczo. — Nie możesz brać odpowiedzialności za każdą rzecz, która może się wydarzyć. Masz dość własnych problemów. — Zawsze tak robiłam. — Wiem. Dlatego wszyscy przyzwyczaili się, że mogą zrzucać na ciebie swoje winy.
Hancer nie odpowiedziała. W salonie znów zapadła cisza. Tym razem nie była jednak całkowita. Gdzieś w głębi domu zegar odmierzał kolejne sekundy. Każde tyknięcie przypominało, że noc mija, a wraz z nią maleje czas, zanim ktoś zauważy wszystkie ślady pozostawione podczas ucieczki.
Błąd ze starym telefonem
Melih spojrzał na zegarek, potem sięgnął do kieszeni kurtki:
— Mam coś dla ciebie.
Hancer obserwowała, jak wyciąga niewielki telefon komórkowy. Urządzenie wyglądało na używane, ale sprawne. Nie było w nim żadnych zapisanych kontaktów ani wiadomości.
— Zapasowy telefon — wyjaśnił Melih. — Zdobyłem nową kartę SIM.
Hancer wzięła urządzenie, lecz jej palce wciąż drżały:
— Numer nie jest zarejestrowany na ciebie? — Nie, postarałem się, żeby nie prowadził bezpośrednio do żadnego z nas. — Czy to wystarczy? — Nie daje stuprocentowego bezpieczeństwa, ale jest znacznie lepsze niż korzystanie z twojego starego numeru.
Melih uruchomił telefon i pokazał jej zapisany kontakt:
— Tutaj jest mój numer. Zapamiętaj go, ale nie zapisuj pod moim imieniem, gdybyśmy musieli zmienić kartę. Dzwoń tylko wtedy, kiedy naprawdę będziesz mnie potrzebowała. — A jeśli nie odbierzesz? — Oddzwonię. — A jeśli będziesz przy Cihanie? — Wtedy poczekam, aż będę sam. — Melih, nie powinieneś zbliżać się do niego. — Nie zawsze będę miał wybór. On może już coś podejrzewać. — Dlaczego miałby?…
Hancer spojrzała na telefon. Nagle jej twarz pobladła. Myśl, która pojawiła się w jej głowie, była tak przerażająca, że przez moment nie potrafiła nabrać powietrza.
— Nie… — wyszeptała. — Co się stało? — Hancer nie odpowiedziała. — Hancer!
Jej dłonie zacisnęły się wokół telefonu. Po chwili gwałtownie odłożyła go na kanapę, jakby urządzenie zaczęło ją parzyć:
— Nie, nie, nie… — zakryła twarz obiema dłońmi.
Melih natychmiast przesunął się bliżej:
— Spójrz na mnie! Co sobie przypomniałaś? — Jestem głupia… — Co zrobiłaś? — Jak mogłam o tym zapomnieć?! — Hancer, uspokój się i powiedz mi, o co chodzi! — Stary telefon…
Melih zesztywniał:
— Co z nim?
Hancer opuściła dłonie. td4729 W jej oczach pojawiła się czysta panika:
— Kiedy do ciebie zadzwoniłam, kiedy prosiłam, żebyś po mnie przyjechał, zrobiłam to ze swojego starego telefonu. — Wiem. — Ale nie usunęłam numeru!
Twarz Meliha natychmiast spoważniała:
— Jesteś pewna? — Tak, pamiętam! Rozłączyłam się, schowałam telefon i zaczęłam pakować rzeczy. Potem usłyszałam hałas. Przestraszyłam się, że ktoś idzie, i wybiegłam. Nie usunęłam połączenia z historii!
Melih odwrócił wzrok. Przez kilka sekund nie powiedział ani słowa. Hancer obserwowała go, a każda sekunda milczenia zwiększała jej przerażenie:
— Powiedz coś… Gdzie jest ten telefon? — Zostawiłam go. — Gdzie dokładnie? — W pokoju… Chyba na łóżku albo na stoliku, nie pamiętam. — Czy był zablokowany? — Tak, ale Cihan zna mój kod.
Melih poderwał się z kanapy:
— Dlaczego zna kod?! — Kiedyś nie miałam przed nim tajemnic… — Teraz właśnie ten brak tajemnic może nas pogrążyć!
Hancer skuliła ramiona:
— Przepraszam…
Melih przeszedł kilka kroków po salonie, zacisnął dłonie, próbując szybko przeanalizować sytuację.
— Może jeszcze go nie znalazł… — powiedziała Hancer. — Jeśli zauważył twoje zniknięcie, pierwszą rzeczą, jaką zrobił, było przeszukanie pokoju. — Może telefon się rozładował? — To nie ma znaczenia, wystarczy go podłączyć. — Może nie sprawdzi historii połączeń?
Melih spojrzał na nią. Oboje wiedzieli, że była to próżna nadzieja. Cihan nie należał do ludzi, którzy pozostawiali takie rzeczy przypadkowi. Jeśli naprawdę szukał Hancer, sprawdziłby każdą wiadomość, każde połączenie i każdą aplikację.
— Zniszczyłam wszystko… — wyszeptała. — Jeszcze nie. — Przeze mnie dowie się, że rozmawialiśmy! — To nie dowodzi, że ti pomogłem. — Po co miałabym dzwonić do ciebie tuż przed zniknięciem? — Możemy znaleźć wyjaśnienie. — Jakie?
Melih nie odpowiedział od razu. Hancer ponownie zaczęła płakać:
— Naraziłam cię… Naraziłam Aysu… Byłam tak przerażona, że nie pomyślałam o najprostszej rzeczy. Jak mogłam być tak głupia?! — Nie nazywaj się głupią. — Ale zachowałam się jak idiotka! — Uciekałaś w panice. Myślałaś o dziecku, o tym, czy ktoś cię zatrzyma, czy zdążysz wyjść. W takich chwilach ludzie popełniają błędy. — Ten błąd może zniszczyć twoje życie!
Melih przykucnął przed nią:
— Posłuchaj mnie bardzo uważnie. — Hancer spojrzała mu w oczy. — Od tej chwili musimy zakładać, że Cihan znajdzie numer — powiedział. — Nie możemy liczyć na szczęście. — Co zrobimy? — Ja zajmę się sobą. Ty musisz zadbać o to, żeby nikt nie wyciągnął od ciebie prawdy. — td4729 Jeśli mnie znajdą, wszystko im powiem! Nie, nie pozwolę, żeby skrzywdzili cię za coś, co zrobiłam! — Właśnie tego nie wolno ti zrobić! — Dlaczego? — Bo jeśli przyznasz, że ti pomogłem, natychmiast połączą mnie z tym miejscem. Zaczną śledzić Aysu, sprawdzać każdy mój krok, każdy zakup i każde połączenie. — Ale przecież już mogą to zrobić… — Mogą. Dlatego musimy zachować ostrożność. Jeżeli ktokolwiek zapyta, dlaczego do mnie dzwoniłaś, powiesz, że chciałaś porozmawiać o Sinem. Albo że pytałaś o pracę — cokolwiek, co nie ma związku z twoją ucieczką. — Cihan nie uwierzy. — Nie musi od razu uwierzyć. Wystarczy, że nie będzie miał dowodu.
Hancer ścisnęła jego dłoń:
— Boję się. — Masz prawo się bać. — Nie tylko Cihana… — Melih zacisnął szczękę. Wiedział, kogo miała na myśli: — Beyza — powiedział. — Na dźwięk tego imienia Hancer pobladła jeszcze bardziej. — Ona nie zatrzyma się przed niczym — wyszeptała. — Jeśli dowie się o dziecku… — Dlatego nie może się dowiedzieć. — Czasem mam wrażenie, że już wie… Patrzyła na mnie tak, jakby znała wszystkie moje tajemnice. — Beyza wykorzystuje strach ludzi. Nawet jeśli czegoś nie wie, zachowuje się tak, jakby wiedziała. — Ona przekona wszystkich, że jestem niebezpieczna. — Właśnie dlatego nie możesz wyjść z ukrycia. — Ton Meliha stał się surowszy. — Musisz zrozumieć, z kim mamy do czynienia. Ci ludzie nie będą walczyć uczciwie. Jeżeli wpadniesz w ich ręce, nie pozwolą ti spokojnie opowiedzieć własnej wersji wydarzeń. — Hancer słuchała nieruchomo. — Mogą wmówić wszystkim, że chciałaś kogoś skrzywdzić — ciągnął. — Mogą znaleźć fałszywego świadka, stworzyć dowody, zrobić z ciebie morderczynię. — Nie mów tak! — Muszę, bo inaczej znów pomyślisz, że najlepszym rozwiązaniem jest wyjście na ulicę i poddanie się! — Cihan nie pozwoliłby wsadzić mnie do więzienia za coś, czego nie zrobiłam!
Melih spojrzał na nią ze smutkiem:
— Jesteś tego pewna? — Hancer odwróciła twarz. Nie była. — A jeśli więzienie okaże się dla nich zbyt risky? — dodał Melih. — Spróbują przekonać wszystkich, że jesteś niestabilna, że ciąża wpłynęła na twoją psychikę, że uciekłaś, bo masz urojenia… — Mogliby zamknąć mnie w szpitalu… — Mogliby spróbować umieścić cię w zakładzie psychiatrycznym. Tam odebraliby ti możliwość decydowania o sobie. Potem wystarczyłoby powiedzieć, że nie jesteś zdolna wychowywać dziecka.
Hancer objęła brzuch ramionami:
— Nie pozwolę im go zabrać! — Więc mnie posłuchaj. — Melih wstał i usiadł ponownie obok niej. — Nie otwierasz nikomu drzwi. Nieważne, czy ktoś powie, że jest policjantem, lekarzem, dostawcą czy znajomym Aysu. Nie podchodzisz do okna. Nie zapalasz wszystkich świateł. Nie dzwonisz z tego telefonu do nikogo poza mną. — A do Cemila? — On będzie się o mnie martwił. Właśnie dlatego może popełnić błąd. Jeśli dowie się, gdzie jesteś, przyjedzie tutaj natychmiast, a jeśli ktoś będzie go obserwował, przyprowadzi ich prosto do ciebie. — Derya pewnie mnie przeklina… — Możliwe, ale lepiej, żeby była zła, niż żeby zdradziła cię przez przypadek.
Hancer otarła twarz:
— Nie chcę już kłamać. — To nie jest zwykłe kłamstwo. To ochrona. — Tak samo mówią wszyscy, którzy coś przede mną ukrywają.
Melih umilkł:
— Masz rację — przyznał. — Nie potrafię sprawić, żeby to wszystko stało się dobre. Mogę tylko pomóc ti przetrwać.
Hancer przez chwilę wpatrywała się w niego bez słowa:
— Dlaczego to robisz? — zapytała w końcu. — td4729 Naprawdę? Bo tak trzeba. — To nie jest odpowiedź.
Melih westchnął:
— Bo widziałem, ile wycierpiałaś. Bo wiem, że nikt nie powinien być zmuszony do walki w taki sposób. I dlatego, że nie chcę kiedyś spojrzeć na twoje dziecko i pomyśleć, że mogłem pomóc jego matce, ale zabrakło mi odwagi.
Hancer przymknęła oczy:
— Ja nie czuję się odważna. — A kim jesteś? Przerażoną kobietą, która uciekła bez planu i zostawiła numer w telefonie? Nie, jesteś kobietą, która wiedząc, że może stracić wszystko, zaryzykowała, aby ratować swoje dziecko. — Każda matka zrobiłaby to samo. — Jesteś pewna? — Melih zawahał się tylko przez moment. — Myślisz, że Beyza zdobyłaby się na coś takiego? Że zostawiłaby pieniądze, pozycję, wygodę i ochronę rodziny, gdyby chodziło wyłącznie o dobro dziecka?
Hancer drgnęła:
— Nie chcę o niej rozmawiać. — Dobrze, ale przestań umniejszać temu, co zrobiłaś. Odwaga nie oznacza braku strachu. Odwaga to działanie mimo niego. — A jeśli moja odwaga zabije niewłaściwą osobę? — Nikt przez ciebie nie zginie. — Nie możesz tego obiecać. — Mogę obiecać, że nie pozwolę, abyś odpowiadała za okrucieństwo innych.
Instrukcje i zasady bezpieczeństwa
Melih wstał, spojrzał na schody prowadzące na niższy poziom, a następnie na zegarek:
— Muszę już iść.
Na twarzy Hancer ponownie pojawił się strach:
— Teraz? — Jeśli zostanę dłużej, zaczniesz się martwić jeszcze bardziej. Poza tym powinienem wrócić, zanim ktoś zauważy moją nieobecność. — Nie zostawiaj mnie samej! — Słowa wyrwały się z jej ust. Zanim zdołała je powstrzymać, Melih odwrócił się. Hancer natychmiast spuściła głowę: — Przepraszam… wyszeptała. — Wiem, że musisz iść.
Melih podszedł bliżej:
— Aysu jest niedaleko. Gdyby wydarzyło się coś naprawdę pilnego, przyjdzie do ciebie. Ja zadzwonię rano. — O której? — Jak tylko będę mógł bezpiecznie rozmawiać. — A jeśli nie zadzwonisz? — Zadzwonię. Hancer, spójrz na mnie. — Podniosła wzrok. — Musisz odpocząć. Dziecko potrzebuje, żebyś spała, jadła i nie doprowadzała się do całkowitego wyczerpania. — Jak mam spać, wiedząc, że Cihan może właśnie przeglądać mój telefon? — Nie masz wpływu na to, co robi Cihan. Masz wpływ na to, co zrobisz ty. — Będę słyszała każdy samochód… — Nie podchodź do okna. A jeśli ktoś zapuka, nie otwieraj. Nawet jeśli usłyszysz mój głos, najpierw zadzwonię z nowego numeru. Ustalimy hasło. — Jakie?
Melih rozejrzał się, jakby odpowiedź mogła znajdować się w salonie:
— Zapytam, czy Aysu zostawiła niebieski szal. — A jeśli ktoś zmusi cię, żebyś to powiedział? — Wtedy odpowiesz, że nie ma tu żadnego szala. Nie otworzysz, dopóki nie usłyszysz ode mnie dodatkowo słów: „Jutro będzie padać”. — Niebieski szal i deszcz — powtórzyła Hancer. — Zapamiętaj. — Zapamiętam.
Melih wskazał telefon leżący na kanapie:
— Trzymaj go przy sobie, ale wycisz dźwięk. Włącz tylko wibracje. Nie korzystaj z internetu. Nie loguj się do żadnych kont i nie wkładaj karty do innego urządzenia. td4729 — Dobrze. — Jedzenie jest w kuchni. Woda również. Na górze przygotowaliśmy ti pościel. — Nie wiem, czy dam radę wejść do sypialni. — Możesz zostać tutaj, ale nie śpij na siedząco. Plecy będą cię bolały. — Spróbuję.
Melih spojrzał na nią jeszcze raz. Wydawała się tak krucha, że każda część jego rozsądku protestowała przeciwko zostawianiu jej samej. Wiedział jednak, że pozostanie mogłoby narazić ich oboje.
— Rano wszystko będzie wyglądało trochę inaczej — powiedział. — Lepiej? — Tego nie wiem, ale będziemy mieli za sobą pierwszą noc.
Hancer uśmiechnęła się blado:
— Mówisz tak, jakbyśmy byli w więzieniu. — Nie, w więzieniu nie mielibyśmy możliwości zaplanowania ucieczki.
Te słowa nie poprawiły jej humoru, ale przynajmniej na moment odwróciły uwagę od paniki. Melih ruszył w stronę schodów. Zatrzymał się przy pierwszym stopniu:
— Hancer? — Tak? — Bez względu na to, co usłyszysz, nie wychodź. Nawet jeśli ktoś powie, że Cemil jest chory albo że Cihan miał wypadek.
Hancer znieruchomiała:
— Dlaczego mieliby mówić coś takiego? — Bo będą próbowali wykorzystać twoje słabości. Wiedzą, że nie potrafisz pozostać obojętna na cierpienie innych. Jeśli Cihanowi naprawdę coś się stanie, wtedy najpierw zadzwonisz do mnie. Sprawdzę to. — Dobrze. — Obiecaj. — Obiecuję.
Melih skinął głową i zaczął schodzić po schodach. Kiedy zniknął jej z oczu, salon natychmiast wydał się większy, zimniejszy i bardziej pusty.
Samotność i przerażająca niepewność
Hancer siedziała bez ruchu, nasłuchując oddalających się kroków. Po chwili usłyszała ciche otwarcie drzwi, a potem jeszcze cichsze kliknięcie zamka. Została sama.
Przez długi moment wpatrywała się w miejsce, w którym przed chwilą stał Melih. Następnie sięgnęła po telefon. Jego ekran rozświetlił jej twarz bladym światłem. Jeden nowy numer — jedna linia łącząca ją ze światem. A jednocześnie jeden zapomniany numer pozostawiony w starym telefonie mógł zniszczyć cały plan.
Hancer przycisnęła urządzenie do piersi:
— Maleństwo… — wyszeptała, kładąc drugą dłoń na brzuchu. — Nie wiem, dokąd nas prowadzę. Nie wiem, czy podejmuję dobre decyzje, ale przysięgam, że nie pozwolę im nas rozdzielić.
Zegar tykał nieubłaganie. Hancer spojrzała w stronę schodów, potem na zasłonięte okna. Wyobraźnia podsuwała jej obrazy Cihana stojącego w jej dawnym pokoju, podnoszącego telefon i przeglądającego historię połączeń. Widziała jego twarz, gdy natrafiał na numer Meliha. Widziała, jak jego oczy ciemniały, jak złość mieszała się z bólem i poczuciem zdrady.
Czy zadzwoniłby do Meliha natychmiast? Czy wysłałby ludzi, by go śledzili? A może sam wsiadłby do samochodu i ruszył na poszukiwania?
Hancer zacisnęła powieki, ale obraz Cihana nie znikał. W jej pamięci pojawiły się inne chwile: jego ramiona obejmujące ją z czułością, jego głos, gdy obiecywał, że jej nie opuści, spojrzenie, w którym kiedyś odnajdywała poczucie bezpieczeństwa. Teraz właśnie przed tym człowiekiem się ukrywała. Myśl ta bolała bardziej niż strach przed Beyzą, oskarżeniami czy utratą wolności.
— Musiałam odejść — powiedziała do pustego salonu. — Nie zostawiłeś mi wyboru.

Jej głos odbił się cichym echem od ścian. Hancer położyła się na kanapie i podciągnęła nogi. Nie zgasiła lampy — bała się ciemności, choć jednocześnie wiedziała, że światło może zdradzić jej obecność. Przykryła się kocem i położyła telefon obok głowy.
Każdy odgłos z ulicy sprawiał, że jej serce przyspieszało: samochód przejeżdżający w oddali, szczekanie psa, wiatr poruszający gałęziami, metaliczny trzask, który mógł być jedynie pracującą instalacją, td4729 lecz w jej uszach brzmiał jak dotknięcie klamki.
Hancer nie wiedziała, ile czasu minęło, gdy w końcu przymknęła oczy. Nie zasnęła jednak naprawdę. Pozostawała zawieszona pomiędzy snem a czuwaniem, przyciskając dłoń do brzucha i wsłuchując się w ciszę domu. W głębi serca czuła, że ta noc nie będzie jedynie początkiem jej ukrywania się. Była początkiem walki, w której każdy błąd mógł kosztować ją dziecko, wolność, a może nawet życie.
Tymczasem Melih, schodząc po słabo oświetlonych stopniach i opuszczając dom, nie potrafił przestać myśleć o numerze pozostawionym w telefonie Hancer. Wiedział, że od tej chwili nie chodziło już wyłącznie o bezpieczną kryjówkę. Wyścig z czasem właśnie się rozpoczął, a gdzieś daleko Cihan mógł już trzymać w dłoni telefon swojej żony i patrzeć na ostatnie połączenie, które prowadziło prosto do człowieka pomagającego jej zniknąć.”