Noc zapadła nad Stambułem cicho, niemal niezauważalnie. Nad Bosforem unosiła się delikatna mgła, a światła samochodów przesuwały się po moście jak niekończący się sznur świetlistych punktów. Miasto w wciąż żyło, lecz w odległych, bogatych dzielnicach panował już spokój. Wielkie rezydencje tonęły w półmroku, strzeżone przez wysokie mury, kamery i zamknięte bramy.
Jedną z nich była posiadłość rodziny Develioglu. Z zewnątrz wszystko wyglądało spokojnie. W oknach paliło się zaledwie kilka lamp. Ochroniarz siedzący w budce przy bramie przeglądał coś w telefonie, od czasu do czasu zerkając na ekrany monitoringu. W ogrodzie poruszały się gałęzie drzew, a wiatr szarpał liśćmi, tworząc szelest, który mógł zagłuszyć czyjeś ostrożne kroki.
Właśnie na to liczyła Yonca. Stała po drugiej stronie ulicy, ukryta w cieniu wysokiego muru. Miała na sobie czarną bluzę z kapturem, ciemne spodnie i sportowe buty. Włosy schowała tak dokładnie, jak tylko potrafiła. Z daleka mogła wyglądać jak przypadkowa osoba wracająca nocą do domu, ale jej napięta sylwetka zdradzała, że nie znalazła się tutaj przypadkiem.
Przez dłuższą chwilę nie potrafiła zrobić nawet jednego kroku. Patrzyła na rezydencję, w której znajdował się jej syn. Jej dziecko, chłopiec, którego nie mogła przytulić, nakarmić ani uspokoić, kiedy płakał. Chłopiec, którego Beyza przedstawiała całemu światu jako własnego syna i dziedzica Cihana Develioglu. Chłopiec noszący imię Cihan Gurur, choć nie był biologicznym synem mężczyzny, który uważał się za jego ojca.
Yonca zacisnęła dłonie.
— Jestem tutaj, synku! — szepnęła, choć między nią a dzieckiem znajdowały się mur, ogród i dziesiątki metrów eleganckich korytarzy. — Mama przyszła. Nie zostawiłam cię.
Jej głos zadrżał. Każdego dnia powtarzano jej, że powinna zapomnieć, że dla własnego bezpieczeństwa musi pogodzić się z utratą dziecka. Nusret jasno dał jej do zrozumienia, że jeśli spróbuje ujawnić prawdę, zniknie na zawsze. Beyza natomiast nie musiała nawet wypowiadać gróźb. Wystarczało jedno chłodne spojrzenie, by Yonca wiedziała, że ta kobieta zrobi wszystko, żeby zachować małego Cihana przy sobie.
Dziecko było dla Beyzy czymś więcej niż synem. Było zabezpieczeniem, gwarancją, że Cihan jej nie odrzuci. Łańcuchem, którym przywiązała go do siebie i do małżeństwa pozbawionego prawdziwej miłości.
Yonca wiedziała o tym aż za dobrze. Mimo to nie potrafiła przestać myśleć o chłopcu. Budziła się w środku nocy. Wydawało jej się, że słyszy jego płacz. Odruchowo wyciągała ręce, po czym przypominała sobie, że obok niej nie ma kołyski. Nie było maleńkiego ciała owiniętego w kocyk. Nie było zapachu dziecięcej skóry ani cichego oddechu. Była tylko pustka. Pustka tak bolesna, że Yonca nie potrafiła już normalnie oddychać.
Spojrzała na zegarek. Ochroniarz za kilka minut powinien obejść fragment ogrodu po przeciwnej stronie posesji. Yonca znała ten rytm. Nie była tu pierwszy raz. Przez ostatnie dni obserwowała rezydencję z oddali, próbując zapamiętać momenty, w których kamery nie obejmowały całego ogrodzenia. Nie chciała nikogo skrzywdzić. Nie planowała włamania dla pieniędzy. Chciała jedynie zobaczyć własne dziecko.
Przynajmniej tak sobie powtarzała. Gdzieś w głębi serca pojawiała się jednak jeszcze jedna myśl — coraz bardziej niebezpieczna i kusząca. Mogła zabrać syna. Mogła wynieść go z rezydencji, zanim ktokolwiek się zorientuje. Mogła uciec daleko od Nusreta, Beyzy i wszystkich ludzi, którzy zamienili jej życie w koszmar. Mogła rozpocząć nowe życie w innym mieście, może nawet w innym kraju. Wystarczyłoby wziąć dziecko na ręce i nie odkładać go już do kołyski.
— Nie — powiedziała cicho do samej siebie. — Najpierw go zobaczę, tylko zobaczę.

Ale jej oczy mówiły coś zupełnie innego.
Gdy ochroniarz podniósł się z krzesła i ruszył w stronę bocznej części ogrodu, Yonca wybiegła z ukrycia. Przemknęła wzdłuż muru, po czym dotarła do miejsca, w którym gałęzie wysokiego drzewa zwisały nad ogrodzeniem. Znała tę drogę. Drżącymi rękami chwyciła się metalowych elementów i zaczęła się wspinać. Serce biło jej tak mocno, że była pewna, iż jego odgłos usłyszy cała rezydencja.
Gdy znalazła się na szczycie, zatrzymała się i spojrzała w dół.
— Dla ciebie, synku — wyszeptała.
Zeskoczyła na trawę. Przez moment ból przeszył jej kostkę, ale nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Przyklękła za krzewami i rozejrzała się. W ogrodzie nie było nikogo. Ruszyła w stronę bocznego wejścia dla służby. Drzwi powinny być zamknięte, lecz Yonca wiedziała, że wieczorami Fadime często wychodziła tędy, by wyrzucić śmieci lub przynieść coś z pomieszczenia gospodarczego.
Kilka dni wcześniej Yonca zauważyła, że zamek nie zawsze zatrzaskuje się prawidłowo. Teraz nacisnęła klamkę. Drzwi ustąpiły. Kobieta zamknęła oczy i wypuściła powietrze.
— Dziękuję — szepnęła i weszła do środka.
W rezydencji panowała cisza. W wąskim korytarzu prowadzącym od kuchni świeciła jedynie mała lampka. Marmurowa podłoga odbijała jej sylwetkę, dlatego Yonca trzymała się blisko ściany. Każdy krok stawiała bardzo ostrożnie. Znała rozkład domu. Doskonale wiedziała, gdzie znajduje się sypialnia Beyzy i gdzie ustawiono kołyskę małego Cihana. Wiedziała również, że Beyza rzadko spała z dzieckiem w jednym pokoju. Narzekała, że płacz chłopca budzi ją w nocy i źle wpływa na jej wygląd. Często zostawiała synka pod opieką Fadime, choć przed Cihanem udawała troskliwą, wyczerpaną matkę.
Yonca nie potrafiła zrozumieć, jak kobieta, która dostała tak wielki dar, mogła traktować dziecko jak ciężar.
Przystanęła przy schodach. Z góry dobiegł cichy odgłos zamykanych drzwi. Yonca natychmiast cofnęła się w cień, przycisnęła plecy do ściany, zasłoniła usta dłonią i czekała. Po chwili na korytarzu pojawiła się Fadime. Kobieta niosła pustą butelkę po mleku. Wyglądała na zmęczoną. Schodząc po schodach, mruczała pod nosem:
— Biedne maleństwo. Znowu prawie nic nie zjadło. A pani Beyza nawet nie przyszła zobaczyć, dlaczego płacze.
Yonca poczuła ucisk w gardle. Fadime minęła ją zaledwie kilka metrów dalej, nie zauważając sylwetki ukrytej za wysoką dekoracyjną rośliną.
— Gdyby pan Cihan wiedział, jak to naprawdę wygląda — dodała służąca. — Myśli, że jego żona siedzi przy dziecku przez całą noc.
Yonca zacisnęła powieki. “Jego żona”, “jego dziecko”. Każde z tych słów było kłamstwem, które wbijało się w jej serce jak ostrze.
Kiedy Fadime weszła do kuchni, Yonca ruszyła po schodach. Trzymała się poręczy, bo nogi drżały jej tak mocno, że bała się upadku. Na piętrze zatrzymała się przed sypialnią Beyzy. Drzwi były lekko uchylone, z wnętrza dochodziło ciche kwilenie dziecka.
Yonca poczuła, że całe jej ciało ogarnia gorąco. To był on, jej syn. Stała tak blisko, że wystarczyło wyciągnąć rękę i pchnąć drzwi. Przez kilka sekund nie potrafiła tego zrobić. Bała się, że kiedy zobaczy dziecko, straci resztki rozsądku. Bała się również, że zastanie pustą kołyskę, że Beyza przeniosła chłopca albo że wszystko było jedynie okrutnym snem.
Dziecko zakwiliło ponownie. Yonca weszła do środka.
Pokój tonął w delikatnym niebieskim świetle nocnej lampki. Na komodzie stały drogie kosmetyki dla niemowląt, ozdobne pudełka i srebrne ramki ze zdjęciami. Wszystko wyglądało idealnie, zbyt idealnie, jak dekoracja przygotowana na pokaz.
W rogu pomieszczenia stała biała kołyska. Yonca ruszyła w jej stronę. Każdy krok wydawał się trwać wieczność. Kiedy wreszcie spojrzała do środka, zamarła.
Mały Cihan Gurur leżał owinięty w jasny kocyk. Miał lekko zaczerwienione policzki i zaciśnięte piąstki. Jego usta drżały, jakby za chwilę miał rozpłakać się głośniej.
Yonca zasłoniła usta dłonią. Łzy natychmiast napłynęły jej do oczu.
— Mój synku — wyszeptała. — Moje maleństwo.
Dziecko poruszyło główką. Yonca pochyliła się nad kołyską. Przez moment jedynie patrzyła. Chciała zapamiętać każdy szczegół: linie małego noska, delikatne rzęsy, drobne uszy i kosmyki ciemnych włosów.
— Jak bardzo urosłeś… — powiedziała przez łzy. — Mama nie mogła tego zobaczyć. Nie mogłam być przy tobie, kiedy pierwszy raz otworzyłeś oczy. Nie mogłam cię uspokoić, kiedy bolał cię brzuszek. Nie mogłam nawet sprawdzić, czy jest ti ciepło.
Wyciągnęła rękę, lecz zawahała się tuż nad twarzą dziecka. Bała się go dotknąć. Bała się, że to jedno dotknięcie zniszczy barierę, dzięki której wciąż potrafiła nad sobą panować.
Chłopiec otworzył oczy. Yonca wstrzymała oddech. Przez chwilę patrzyli na siebie. Oczywiście dziecko nie mogło jej rozpoznać, a jednak kobiecie wydało się, że w jego spojrzeniu pojawił się spokój.
— Poznajesz mnie? — zapytała cicho. — Czujesz, że jestem twoją mamą?
Chłopiec poruszył rączką. Yonca wsunęła palec w jego dłoń. Maleńkie palce zacisnęły się wokół niego. Wtedy kobieta nie wytrzymała. Cichy szloch wyrwał się z jej piersi.
— Nie puścisz mnie, prawda? — wyszeptała. — Ty jeden mnie nie odrzucisz. Ty jeden nie nazwiesz mnie kłamczuchą ani złodziejką. To ciebie ukradziono mnie. To ja powinnam być przy tobie.
Ostrożnie wsunęła ręce pod ciało dziecka i podniosła je z kołyski. Mały Cihan poruszył się niespokojnie, lecz po chwili wtulił głowę w jej pierś.
Yonca zamknęła oczy. Świat przestał istnieć. Nie było Beyzy, Nusreta, rezydencji ani niebezpieczeństwa. Nie było gróźb i kłamstw. Była tylko ona i jej syn.
— Tak powinno być od początku — mówiła, kołysząc dziecko. — Powinieneś zasypiać w moich ramionach. Powinnam budzić się przy tobie każdego ranka. Powinnam wiedzieć, kiedy jesteś głodny, kiedy jest ti zimno i kiedy czegoś się boisz.
Chłopiec zaczął cicho popłakiwać. Yonca przytuliła go mocniej.
— Cicho, mama jest tutaj. Już dobrze, nic ci się nie stanie.
Zaczęła powoli spacerować po pokoju. Każdy jej ruch był pełen ostrożności i czułości. Instynktownie podtrzymywała główkę dziecka, jakby robiła to każdego dnia. Po chwili zaczęła śpiewać. Jej głos był cichy, łamiący się od łez, ale melodyjny:
— Śpij, moje małe serce, śpij, mój najdroższy skarbie. Noc otuli cię ciszą, a mama będzie obok…
Chłopiec uspokoił się. Yonca uśmiechnęła się przez łzy.
— Pamiętasz tę melodię? Śpiewałam ci ją, kiedy byłeś jeszcze pod moim sercem. Wtedy nikt nie mógł nas rozdzielić. Byłeś tylko mój.
Jej wzrok padł na drzwi. Wystarczyło wyjść. Mogła zejść tym samym korytarzem, opuścić rezydencję bocznym wejściem i zniknąć w ciemności.
Spojrzała na dziecko.
— Zabiorę cię stąd — wyszeptała. — Nie pozwolę, żebyś dorastał wśród kłamstw. Nie pozwolę, by Beyza nazywała się twoją matką.
Ruszyła w stronę drzwi. Po dwóch krokach zatrzymała się. Co zrobi później? Dokąd pójdzie? Nusret miał ludzi w całym mieście. Beyza natychmiast zaalarmowałaby policję. Cihan, przekonany, że porwano jego syna, poruszyłby niebo i ziemię, żeby go odnaleźć. Yonca zostałaby uznana za niebezpieczną porywaczkę, a kiedyby ją znaleźli, mogłaby już nigdy nie zobaczyć dziecka.
— Nie wiem, co robić — wyszeptała bezradnie. — Powiedz mi, synku, mam cię zabrać? Mam zostawić cię tutaj i umrzeć z tęsknoty?
Dziecko poruszyło ustami, wtulając się mocniej w jej bluzę. Yonca przycisnęła policzek do jego główki.
— Nie mogę cię stracić drugi raz.
W tym samym czasie piętro wyżej Cihan siedział w swoim gabinecie. Na biurku leżały dokumenty, których od kilkunastu minut nawet nie próbował czytać. Był zmęczony, ale nie chciał jeszcze iść spać.
W rezydencji panowała ciężka atmosfera. Beyza zamknęła się w swojej sypialni po kolejnej sprzeczce. Mukadder czuła się słabo, a mały Cihan od kilku dni był wyjątkowo niespokojny.
Cihan odchylił się w fotelu i przetarł twarz dłońmi. Przez ostatnie tygodnie coraz częściej miał wrażenie, że żyje w domu wypełnionym tajemnicami. Każdy coś przed nim ukrywał. Beyza reagowała nerwowo na najprostsze pytania. Nusret pojawiał się i znikał, zawsze zostawiając po sobie napięcie. Mukadder unikała z nim szczerych rozmów, a on sam nie potrafił uwolnić się od myśli o Hancer.
Nawet teraz, kiedy powinien myśleć o żonie i synu, przed oczami pojawiała mu się twarz byłej ukochanej. Jej smutne oczy, sposób, w jaki odwracała wzrok, i słowa, których nigdy nie zdążyli sobie powiedzieć.
Cihan zacisnął szczękę.
— Dosyć — mruknął. — Muszę skupić się na dziecku.
Sięgnął po elektroniczną nianię stojącą na biurku. Urządzenie miało niewielki ekran i głośnik. Beyza nalegała, żeby kupić najdroższy model, choć sama prawie nigdy z niego nie korzystała.
Cihan włączył monitor. Przez chwilę ekran pozostawał ciemny. Potem pojawił się obraz fragmentu sypialni i białej kołyski. Kąt kamery nie obejmował całego pokoju.
Z głośnika dobiegła cicha melodia. Cihan zmarszczył brwi. Ktoś śpiewał dziecku kołysankę. Głos był delikatny, pełen emocji. Kobieta śpiewała tak cicho, że trudno było zrozumieć wszystkie słowa.
— Fadime — powiedział do siebie. To musiałaby być ona. Beyza nigdy nie śpiewała dziecku. Twierdziła, że nie zna żadnych kołysanek.
Mimo to coś zaniepokoiło Cihana. Głos nie przypominał głosu Fadime. Był młodszy, drżał, jakby śpiewająca kobieta płakała.
Cihan zwiększył głośność.
— Mama będzie obok. Nikt już nas nie rozdzieli…
Mężczyzna wyprostował się. “Mama”? Spojrzał uważniej na ekran. Kołyska była pusta. Obraz nie obejmował miejsca, z którego dochodził śpiew.
Cihan gwałtownie wstał. Przez moment próbował znaleźć rozsądne wyjaśnienie. Może Fadime wzięła dziecko na ręce. Może Beyza jednak postanowiła je uspokoić. Ale dlaczego słowa kołysanki brzmiały jak wyznanie? Dlaczego kobieta mówiła, że nikt ich już nie rozdzieli?
Coś ścisnęło go w żołądku. Cihan odłożył urządzenie i wyszedł z gabinetu. Szedł szybko, lecz starał się nie hałasować. Z każdym krokiem jego niepokój narastał. Gdy schodził po schodach, znów usłyszał cichy kobiecy głos, tym razem dochodzący już bezpośrednio z dolnego piętra.
Yonca nadal kołysała syna. Nie wiedziała, że jej śpiew obudził czujność człowieka, przed którym najbardziej chciała się ukryć.
— Zabrałabym cię bardzo daleko — mówiła do dziecka. — Znaleźlibyśmy mały dom, w którym nikt by nas nie znał. Sama przygotowywałabym ci mleko, sama kąpałabym cię każdego wieczoru. Nie mielibyśmy drogich ubrań ani służby, ale miałbyś mamę.
Nagle usłyszała odgłos kroków. Zamarła. Ktoś szedł korytarzem. Ciężkie, zdecydowane kroki mężczyzny.
Yonca natychmiast rozpoznała ten sposób poruszania się. Widziała Cihana wiele razy. Nawet nie musiała go zobaczyć, żeby wiedzieć, że to on.
Jej twarz pobladła.
— Nie… — wyszeptała.
Spojrzała na otwarte drzwi i później na dziecko. Miała zaledwie kilka sekund. Przez moment pomyślała, by uciec z chłopcem. Mogła przycisnąć go do piersi i pobiec w stronę schodów, ale Cihan stał już zbyt blisko. Gdyby dziecko zaczęło płakać, natychmiast by ją zauważył.
— Wybacz mi! — powiedziała drżącym głosem.
Podeszła do kołyski i bardzo ostrożnie ułożyła w niej syna. Maleństwo natychmiast poruszyło się niespokojnie, jakby poczuło, że ciepłe ramiona matki nagle zniknęły.
— Cicho, nie płacz, mama wróci. — Yonca pocałowała dziecko w czoło. — Przysięgam, że cię nie zostawię. Znajdę sposób. Jeszcze będziemy razem.
Kroki były coraz bliżej. Yonca rozejrzała się rozpaczliwie po pokoju. Nie mogła wyjść głównymi drzwiami, bo spotkałaby Cihana na korytarzu. Okno prowadziło na balkon, ale znajdował się on wysoko nad ziemią.
Dostrzegła niewielkie drzwi do garderoby Beyzy. Za garderobą znajdowało się drugie przejście prowadzące do łazienki, a z niej można było dostać się do bocznego korytarza.
Yonca rzuciła ostatnie spojrzenie na syna i wbiegła do garderoby.
W tej samej chwili Cihan dotarł na korytarz. Zatrzymał się. Drzwi sypialni Beyzy były uchylone. Z wnętrza nie dochodził już śpiew. Słychać było jedynie ciche kwilenie dziecka.
Cihan ruszył w tamtą stronę.
Yonca stała po drugiej stronie cienkich drzwi, zasłaniając usta dłonią. Próbowała oddychać jak najciszej. Usłyszała, jak Cihan zbliża się do klamki. Jeszcze jeden krok. Jeszcze sekunda. Była pewna, że za chwilę drzwi się otworzą i Cihan zobaczy poruszające się ubrania w garderobie albo dostrzeże ją w lustrze.
Mężczyzna wyciągnął rękę.
Nagle z sąsiedniego pokoju dobiegł stłumiony jęk.
— Cihan! — rozległ się słaby głos Mukadder. — Synu!
Cihan natychmiast odwrócił głowę. Drzwi do sypialni jego matki znajdowały się tuż obok. To właśnie stamtąd dochodziło wołanie.
Mukadder jęknęła ponownie. Cihan bez wahania ruszył do jej pokoju. Chwycił klamkę i gwałtownie otworzył drzwi.
— Mamo, co się stało?
Yonca zamknęła oczy. Los dał jej jeszcze jedną szansę. Nie czekała ani chwili. Przemknęła przez garderobę, dostała się do łazienki i otworzyła drugie drzwi. Znalazła się w wąskim korytarzu prowadzącym do tylnej klatki schodowej.
W pokoju Mukadder Cihan pochylił się nad matką. Starsza kobieta siedziała na łóżku, trzymając się za pierś.
— Nie mogłam złapać oddechu — powiedziała. — Nagle poczułam silny ucisk.
— Powinniśmy jechać do szpitala.
— Nie, to minie.
— Mamo, nie będę ryzykował.
Cihan sięgnął po telefon, lecz jego uwagę zwrócił dźwięk dobiegający z korytarza. Ciche skrzypnięcie. Jakby ktoś ostrożnie zamknął drzwi.
— Kto tam jest? — zawołał.
Yonca była już na schodach. Kiedy usłyszała głos Cihana, przyspieszyła. Niemal potknęła się o ostatni stopień. Przytrzymała się ściany i pobiegła w stronę kuchni.
Fadime stała przy blacie, odwrócona plecami. Przygotowywała nową butelkę z mlekiem. Yonca schowała się za filarem.
— Coś dzisiaj wszyscy są niespokojni — mówiła Fadime do siebie. — Najpierw dziecko, teraz pani Mukadder.
Gdy służąca wyszła z kuchni, Yonca rzuciła się w stronę bocznego wejścia. Nacisnęła klamkę i wybiegła do ogrodu. Zimne powietrze uderzyło ją w twarz. Nie zatrzymywała się. Biegła przez trawnik, kryjąc się za krzewami.
Z oddali zobaczyła światło latarki ochroniarza. Mężczyzna właśnie wracał w stronę budki. Yonca przywarła do ziemi. Jej oddech był urywany, a łzy wciąż spływały po policzkach. W głowie słyszała kwilenie syna. Każdy instynkt podpowiadał jej, by zawróciła.
“Zostawiłaś go. Znowu go zostawiłaś.”
— Nie miałam wyboru — wyszeptała. — Wrócę po ciebie.
Ochroniarz przeszedł kilka metrów dalej. Gdy zniknął za budynkiem gospodarczym, Yonca podbiegła do muru. Wspięła się z trudem, rozcinając dłoń o ostry fragment metalu. Nie zwróciła uwagi na krew, zeskoczyła po drugiej stronie i pobiegła w ciemną ulicę.
Dopiero kilka przecznic dalej zatrzymała się za opuszczonym budynkiem, oparła plecy o ścianę i osunęła się na ziemię. Całe jej ciało drżało. Przycisnęła dłonie do twarzy i rozpłakała się.
— Był w moich ramionach — powtarzała. — Trzymałam go, czułam jego oddech, a potem znowu go zostawiłam.
Przez chwilę płakała bezgłośnie, nie mając już siły nawet na szloch. W końcu uniosła głowę. W jej oczach obok rozpaczy pojawiła się determinacja.
— To się nie skończyło — powiedziała. — Beyza nie wygrała. Nusret mnie nie uciszy. Cihan pozna prawdę. Wszyscy ją poznają.
W rezydencji Cihan upewnił się, że stan Mukadder się poprawił, po czym wezwał Fadime.
— Zostań przy mojej matce — polecił. — Jeśli znów poczuje ból, natychmiast do mnie zadzwoń.
— Oczywiście, proszę pana.
Cihan wyszedł na korytarz. Przypomniał sobie kołysankę, ruszył do sypialni Beyzy i otworzył drzwi. W pokoju nikogo nie było. Dziecko leżało w kołysce, miało otwarte oczy i poruszało rączkami.
Cihan podszedł bliżej.
— Kto był przy tobie, mały człowieku? — zapytał cicho.
Rozejrzał się. Drzwi garderoby były lekko uchylone. Na podłodze dostrzegł niewielki ciemny ślad. Przykucnął i dotknął go palcem. To była kropla krwi.
Cihan wyprostował się gwałtownie.
— Fadime! — zawołał.
Służąca pojawiła się po chwili.
— Tak, proszę pana.
— Byłaś przed chwilą przy dziecku?
— Byłam wcześniej. Nakarmiłam je, ale później zeszłam do kuchni.
— Śpiewałaś mu kołysankę?
Fadime spojrzała na niego zaskoczona.
— Nie, proszę pana, nigdy nie śpiewam. Dziecko zwykle uspokaja się, kiedy je kołyszę.
Cihan poczuł chłód na karku.
— Czy Beyza była tutaj?
— Pani Beyza zamknęła się w swojej sypialni na drugim końcu korytarza. Powiedziała, żeby jej nie przeszkadzać.
Mężczyzna ponownie spojrzał na kroplę krwi. Ktoś obcy znalazł się w pokoju jego syna. Ktoś trzymał dziecko na rękach i śpiewał mu kołysankę.
Cihan podszedł do kołyski i ostrożnie uniósł chłopca.
— Nic ti nie jest? — zapytał, choć dziecko nie mogło mu odpowiedzieć.
Mały Cihan Gurur zacisnął dłoń na palcu mężczyzny. Cihan przytulił go do piersi, ale jego spojrzenie pozostawało skupione na otwartych drzwiach garderoby.
— Sprawdź wszystkie wejścia — rozkazał Fadime. — Obudź ochronę. Chcę zobaczyć nagrania z każdej kamery.
— Myśli pan, że ktoś włamał się do domu?
— Ktoś tutaj był, ale niczego nie zabrano. — Cihan spojrzał na dziecko. — Może właśnie próbował zabrać jego.
W tym momencie do pokoju weszła Beyza. Miała na sobie jedwabny szlafrok, a na jej twarzy widać było irytację.
— Dlaczego wszyscy hałasują? — zapytała. — Obudziliście mnie.
Cihan powoli odwrócił się w jej stronę.
— Ktoś był przy dziecku.
Beyza znieruchomiała.
— Co?
— Słyszałem kobiecy głos przez elektroniczną nianię. Ktoś śpiewał mu kołysankę.
— To na pewno Fadime.
— Fadime mówi, że to nie ona.
Przez twarz Beyzy przemknął cień strachu. Natychmiast pomyślała o Yonce. Tylko ona mogła zaryzykować tak wiele, żeby zobaczyć dziecko. Tylko ona znała prawdę i uważała chłopca za swojego syna.
— Może ti się przesłyszało? — powiedziała, próbując zachować spokój. — Byłeś zmęczony.
— Nie przesłyszało mi się. — Cihan wskazał kroplę krwi na podłodze. — To również jest wynikiem mojego zmęczenia?
Beyza zbladła.
— Musimy wezwać policję — stwierdziła, ale jej głos nie brzmiał przekonująco.
— Najpierw obejrzę monitoring.
— Nie! — wyrwało jej się zbyt gwałtownie.
Cihan zmrużył oczy.
— Dlaczego nie?
— Chodzi mi o to, że najpierw powinniśmy upewnić się, że z dzieckiem wszystko jest dobrze. Obcy człowiek mógł zrobić mu krzywdę.
— To była kobieta.
— Skąd możesz mieć pewność?
— Słyszałem jej głos.
Beyza spuściła wzrok. Wiedziała, że jeśli kamery zarejestrowały Yoncę, Cihan zacznie zadawać pytania. Dlaczego obca kobieta ryzykowałaby życie, by wejść do pokoju dziecka? Dlaczego śpiewałaby mu o matce i rozłące? Najgorsze było jednak to, że Yonca mogła zostać schwytana, a przerażona Yonca mogła powiedzieć prawdę.
Beyza podeszła do męża.
— Daj mi go — powiedziała, wyciągając ręce.
Cihan nie oddał jej dziecka.
— Zostanie dziś ze mną.
— Jestem jego matką.
— W takim razie powinnaś była być przy nim, zamiast spać po drugiej stronie domu.
Beyza cofnęła się, jakby ją uderzył.
— Zarzucasz mi, że jestem złą matką?
— Zadaję sobie pytanie, dlaczego ktoś obcy był przy naszym dziecku, a ty niczego nie usłyszałaś?
— Nie jestem strażnikiem. W tym domu jest ochrona i służba.
— Nie potrzebuję ochroniarza. Potrzebuję rodziców.
Słowa Cihana zabolały ją bardziej, niż chciała pokazać. Beyza zacisnęła dłonie.
— Porozmawiam z Nusretem. Zwiększymy ochronę.
— Nie potrzebuję pomocy twojego ojca.
— Ale on potrafi znaleźć człowieka, który się tutaj włamał.
— A skąd wiesz, że to człowiek, którego trzeba szukać za pośrednictwem Nusreta?
Beyza spojrzała mu prosto w oczy. Przez krótką chwilę oboje milczeli. Cihan poczuł, że żona coś ukrywa. Beyza zrozumiała, że zareagowała zbyt nerwowo.
— Martwię się o naszego syna — powiedziała ciszej. — Tylko tyle.
— Ja również — Cihan spojrzał na śpiące już dziecko. — Dlatego dowiem się, kto tutaj był i dlaczego mówił mu, że jest jego matką.
Beyza poczuła, jak grunt usuwa jej się spod nóg.
— Powiedziała coś takiego?
— Słyszałem fragment kołysanki.
— Może źle zrozumiałeś.
— Być może. Dlatego sprawdzę nagrania.
Cihan wyszedł z pokoju z dzieckiem na rękach.
Beyza została sama. Przez moment stała nieruchomo, po czym natychmiast zamknęła drzwi i wyjęła telefon. Wybrała numer Nusreta. Mężczyzna odebrał dopiero po kilku sygnałach.
— Wiesz, która jest godzina? — zapytał zaspanym, zirytowanym głosem.
— Yonca była w rezydencji.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Co powiedziałaś?
— Weszła do pokoju dziecka. Cihan słyszał przez elektroniczną nianię, jak śpiewa kołysankę. Nie widział jej, uciekła, ale znalazł kroplę krwi i chce sprawdzić monitoring.
Nusret zaklął pod nosem.
— Mówiłem ci, że trzeba było rozwiązać ten problem wcześniej.
— To ty zapewniałeś, że masz ją pod kontrolą. Najwyraźniej nikt nie jest w stanie kontrolować kobiety, której odebrano dziecko.
— Co zrobimy? — Beyza ściszyła głos.
— Ty nic. Zachowuj się tak, jakbyś nie wiedziała, kto się włamał.
— A monitoring?
— Zajmę się nim.
— Jak?
— To już moja sprawa.
Beyza podeszła do okna. W ogrodzie zapalały się kolejne światła, a ochroniarze sprawdzali teren.
— Ona wróci — powiedziała. — Dzisiaj nie zabrała dziecka, ale następnym razem może to zrobić.
— Następnego razu nie będzie — w głosie Nusreta pojawił się chłód.
Beyza zrozumiała znaczenie tych słów.
— Nie możesz jej skrzywdzić — powiedziała, choć nie brzmiało to jak szczery protest. — Jeżeli coś jej się stanie, ktoś może połączyć to z nami.
— Martwisz się o nią czy o siebie?
Beyza nie odpowiedziała. Nusret westchnął.
— Dopóki Yonca żyje i chodzi po mieście, stanowi zagrożenie. Dla ciebie, dla mnie i dla wszystkiego, co zbudowaliśmy. A dziecko… dziecko zostanie tam, gdzie jest. Przy Cihanie.
Beyza zakończyła rozmowę.
Tymczasem Yonca dotarła do niewielkiego mieszkania, w którym ukrywała się od kilku dni. Zamknęła drzwi, zsunęła kaptur i spojrzała na zakrwawioną dłoń. Nie czuła bólu. Wciąż miała wrażenie, że trzyma syna w ramionach.
Usiadła na podłodze obok łóżka i wyjęła z kieszeni drobny przedmiot. Była to niewielka niebieska skarpetka. Musiała zaczepić się o jej rękaw, kiedy odkładała dziecko do kołyski.
Yonca przycisnęła ją do ust i zamknęła oczy.
— Wrócę po ciebie — wyszeptała. — Ale następnym razem nie odejdę sama.
Jej twarz stwardniała. Wcześniej kierowała nią jedynie tęsknota. Teraz wiedziała już, że nie potrafi dłużej żyć bez syna. Cihan mógł uważać się za jego ojca. Beyza mogła odgrywać rolę idealnej matki. Nusret mógł grozić i wysyłać za nią swoich ludzi.
Ale Yonca była kobietą, która nosiła to dziecko pod sercem. To ona czuła jego pierwszy ruch. To ona przeżyła ból porodu. To ona każdego dnia umierała z tęsknoty. I właśnie dlatego była gotowa zrobić wszystko: nawet wejść ponownie do rezydencji, nawet powiedzieć Cihanowi całą prawdę, nawet odebrać Beyzie chłopca na oczach wszystkich.
W posiadłości Develioglu Cihan siedział w gabinecie ochrony i oglądał kolejne nagrania. Na jednym z ekranów dostrzegł poruszający się cień przy bocznym wejściu. Postać miała czarny kaptur. Twarzy nie dało się rozpoznać.
— Zatrzymaj — polecił ochroniarzowi.
Obraz znieruchomiał. Cihan pochylił się bliżej monitora. Tajemnicza kobieta trzymała jedną rękę przy piersi, jakby coś ściskała albo próbowała ukryć emocje. Nawet na niewyraźnym nagraniu widać było jej rozpaczliwy pośpiech.
— Powiększ obraz.
Ochroniarz wykonał polecenie. Twarz nadal pozostawała ukryta. Cihan patrzył na sylwetkę, czując dziwne, trudne do wyjaśnienia wrażenie. Jakby już kiedyś widział tę kobietę, jakby jej sposób poruszania się nie był mu całkowicie obcy.
— Kim jesteś? — zapytał cicho. — I dlaczego ryzykowałaś wszystko, żeby dostać się do mojego syna?
Nie znał jeszcze odpowiedzi. Nie wiedział, że chłopiec śpiący tej nocy w jego ramionach nie był jego biologicznym dzieckiem. Nie wiedział, że prawdziwa matka właśnie przysięgła, iż po niego wróci. Nie wiedział również, że kołysanka, którą usłyszał przez elektroniczną nianię, była pierwszą rysą na murze kłamstw zbudowanym przez Beyzę i Nusreta. Rysą, która wkrótce miała zamienić się w pęknięcie. A kiedy cała prawda wyjdzie na jaw, nic w rezydencji Develioglu nie pozostanie takie samo.