
Sinem błaga Meliha o wybaczenie. Czy wspólny dom ocali ich miłość? Sinem przychodzi na postój taksówek z własnoręcznie przygotowanym borekiem, lecz jej prawdziwym celem pod żadnym pozorem nie jest zwykła wizyta.
Dręczona wyrzutami sumienia chce przeprosić Meliha za słowa, które zraniły go bardziej, niż mogła przypuszczać. W prowizorycznym pokoju mężczyzny zauważa jednak spakowany karton i zaczyna podejrzewać, że Melih planuje odejść bez pożegnania. Rozmowa przed kontenerem szybko zamienia się w bolesną konfrontację. Melih nie potrafi zapomnieć, że Sinem mogła uznać go za człowieka niezdolnego zapewnić jej wymarzonego życia. Ona zapewnia natomiast, że nie pragnie luksusowych willi, jachtów ani bogactwa. Pokochała go za dobre serce, uczciwość i poczucie bezpieczeństwa, które odnajduje tylko przy nim.
Kiedy wydaje się, że mur między nimi jest zbyt wysoki, Melih podejmuje niespodziewaną decyzję. Zgadza się zapomnieć o kłótni, a chwilę później przekazuje Sinem wiadomość, która może całkowicie odmienić ich przyszłość: znalazł dla nich wspólny dom. Dlaczego więc na jego twarzy zamiast czystej radości pojawia się zamyślone i niepokojące spojrzenie? Czy pojednanie naprawdę zakończyło ich problemy, czy też spakowany karton skrywa tajemnicę, o której Sinem jeszcze nie wie?
Scena I: Pretekst w białej reklamówce
Sinem i Melih. Przeprosiny, które mogły zmienić ich przyszłość. Słońce stało już wysoko nad miastem, ale poranek wciąż niósł ze sobą lekkie, przenikliwe zimno. Ulice powoli wypełniały się ludźmi spieszącymi do pracy, odgłosami silników i krótkimi sygnałami klaksonów. Po mokrym od nocnej wilgoci asfalcie przesuwały się samochody, a z niewielkich lokali przy drodze unosił się zapach świeżo zaparzonej herbaty i pieczonego chleba. Pośród tego codziennego zgiełku szła Sinem. V jednej dłoni trzymała białą reklamówkę, w której znajdowało się przygotowane przez nią jedzenie, a drugą ręką co jakiś czas poprawiała pasek torebki zsuwający się z ramienia. Jej kroki były ostrożne, niemal niepewne, jakby każda kolejna sekunda przybliżała ją do spotkania, którego z jednej strony pragnęła, a z drugiej bardzo się obawiała.
Nie chodziło tylko o zwykłe odwiedziny. Nie szła do Meliha wyłącznie po tow, aby przynieść mu borek z mięsem mielonym. Jedzenie było jedynie pretekstem – czymś, za czym mogła ukryć drżenie rąk i wstyd, który od poprzedniego wieczoru nie dawał jej spokoju. Przez całą noc przewracała się z boku na bok. Za każdym razem, gdy zamykała eyes, słyszała własny podniesiony głos. Pamiętała słowa, których pod żadnym pozorem nie powinna była wypowiedzieć. Vidziała twarz Meliha, kiedy zrozumiał je nie jako chwilowy wybuch złości, lecz jako wyrok na ich wspólną przyszłość. Najgorsze było tow, że nie próbował się bronić: nie krzyczał, nie obrażał jej i nie powiedział niczego, co mogłaby później wykorzystać przeciwko niemu. Po prostu zamilkł, a jego milczenie bolało Sinem znacznie bardziej niż najostrzejsze oskarżenia.
Kiedy wreszcie dostrzegła niebiesko-żółty kontener z napisem Palmiye Taksi Durağı, zwolniła. Postój taksówek znajdował się przy ruchliwej ulicy. Z zewnątrz wyglądał skromnie, niemal prowizorycznie: niebieskie drzwi, żółte obramowania, niewielkie schodki i kilka zaparkowanych obok samochodów zdradzały, że nie było tow miejsce stworzone dla wygody czy elegancji. Służyło ludziom, którzy pracowali od rana do późnej nocy, czekając na klientów, pijąc kolejne szklanki herbaty i drzemiąc pomiędzy kursami. Sinem zatrzymała się kilka kroków przed wejściem, spojrzała na reklamówkę. — Przynajmniej nie przyszłam z pustymi rękami — szepnęła do siebie.
Przez moment miała ochotę się wycofać. Mogła zostawić jedzenie przed drzwiami, mogła napisać wiadomość albo udawać, że zabrakło jej odwagi lub czasu. Ale wtedy wszystko pozostałoby między nimi nierozwiązane, a tego pod żadnym pozorem nie chciała. Vzięła głęboki oddech, weszła po schodkach i nacisnęła klamkę. Niebieskie drzwi ustąpiły z cichym skrzypnięciem. Sinem ostrożnie zajrzała do środka. — Melih?… — zawołała niepewnie. Niki nie odpowiedział.
V pomieszczeniu panował półmrok. Przez niewielkie okna wpadały wąskie smugi światła, rozcinając unoszący się w powietrzu kurz. Na pierwszym planie stało kilka krzeseł, biurko z radiotelefonem oraz mały stolik, na którym leżały kluczyki do samochodów, rachunki i puste szklanki po herbacie. Sinem weszła do środka i zamknęła za sobą drzwi. — Melih, jesteś tutaj? — Cisza.
Scena II: Spakowany karton za brązową kotarą
Zrobiła kilka kroków i wtedy zauważyła brązową kotarę oddzielającą główne pomieszczenie od niewielkiej przestrzeni z tyłu kontenera. Zawahała się. Wiedziała, że nie powinna zaglądać bez pozwolenia, jednak mogła sądzić, że Melih śpi albo nie usłyszał jej wołania. Odsunęła kotarę zaledwie na kilka centymetrów. — Melih?… — Ponownie brak odpowiedzi. Rozsunęła materiał szerzej i całkowicie znieruchomiała.
Za kotarą znajdował się prowizoryczny pokój socjalny, który najwyraźniej służył Melihowi zarówno jako miejsce odpoczynku, jak i tymczasowa sypialnia. Pomieszczenie było małe, ciasne i zdecydowanie niezbyt uporządkowane. Pod ścianą stało niepościelone łóżko: kołdra była zwinięta w nierówny kłąb, a poduszka leżała niemal na podłodze. Na oparciu krzesła wisiała koszula, na łóżku leżały spodnie i ręcznik, a na ścianie zawieszono czarną, dwurzędową marynarkę. Obok stał mały, drewniany stołek. Na nim znajdowała się niedopita szklanka herbaty, w której napój dawno już wystygł, oraz plastikowa butelka wody. Sinem spojrzała na ten bałagan z mieszaniną zdziwienia i rozbawienia. — Naprawdę, Melih? — mruknęła. — Człowiek mógłby pomyśleć, że przeszła tędy burza. Koszula tutaj, spodnie tam, marynarka na ścianie, a łóżko wygląda tak, jakbyś przed chwilą z niego uciekł.
Podeszła bliżej, lecz pod żadnym pozorem nie dotykała żadnej z rzeczy. Nie chciała naruszać jego prywatności bardziej, niż już tow zrobiła. Mimo tow czuła, że ten niewielki pokój mówił o Melihu więcej, niż on sam był gotów jej powiedzieć. To nie był prawdziwy dom – nie było tu rodzinnych zdjęć, pamiątek ani przedmiotów dających poczucie bezpieczeństwa. Vszystko sprawiało wrażenie tymczasowości, jakby Melich nie chciał przyzwyczajać się do żadnego miejsca, ponieważ wcześniej czy później i tak miał je opuścić. Sinem westchnęła. — Jest tu strasznie bałaganiarsko… — powiedziała pod nosem, po czym jej twarz złagodniała. — Ale niech tow będzie jego jedyna wada.
Vtedy jej uwagę przykuł duży karton stojący przy łóżku. Pudło było szczelnie zaklejone szeroką taśmą. Na pierwszy rzut oka wyglądało tak, jakby ktoś spakował do niego znaczną część swojego dobytku. Obok stała mniejsza torba, a na kartonie położono zwiniętą kurtkę. Radość i rozbawienie natychmiast zniknęły z twarzy Sinem. — Co tow jest?… — wyszeptała.
Podeszła o krok bliżej. Przez jej głowę przemknęła bolesna myśl, której bardzo nie chciała do siebie dopuścić: czy Melih planował nagły wyjazd? Czy po ich gwałtownej kłótni zdecydował, że nie ma sensu dłużej zostawać w tym mieście? A może wcześniej już myślał o odejściu i tylko jej o tym nie powiedział? Sinem poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku. — Nie… — powiedziała cicho. — Nie wyjechałby bez słowa.
Jednak sama nie była pewna, czy rzeczywiście znała go na tyle dobrze, by móc tow kategorycznie oświadczyć. Melih był mężczyną dumnym – pod żadnym pozorem nie prosił o pomoc i nie opowiadał o swoich problemach, dopóki nie został do tego zmuszony. Gdy cierpiał, zamykał się w sobie. Gdy czuł się poniżony, odchodził, zamiast walczyć o czyjeś zrozumienie. A poprzedniego wieczoru Sinem zraniła właśnie jego męską dumę. Spojrzała jeszcze raz na karton, a potem na reklamówkę z jedzeniem. Nagle poczuła się tak, jakby przygotowany przez nią borek był czymś śmiesznie małym wobec szkody, którą mogła wyrządzić swoimi słowami.
Usłyszała kroki przed kontenerem. Zaskoczona, szybko odsunęła się od łóżka i zasunęła brązową kotarę. Chwyciła mocniej reklamówkę i odwróciła się v stronę wejścia dokładnie w chwili, gdy drzwi się otworzyły. Do środka wszedł Melih. Miał na sobie ciemną kurtkę i spodnie. V jednej ręce trzymała kluczyki, a jego twarz zdradzała wyczerpanie po porannym kursie. Gdy zobaczył Sinem, zatrzymał się w progu. Przez kilka sekund patrzyli na siebie w milczeniu. — Sinem?… — odezwał się w końcu. — Co ty tutaj robisz?
V jego głosie pod żadnym pozorem nie było złości, nie było jednak także ciepła, którego Sinem tak bardzo w tej minucie potrzebowała. — Dzień dobry — powiedziała ostrożnie. — Dzień dobry. — Melih zamknął drzwi i schował kluczyki do kieszeni. — Nie spodziewałem się ciebie. — Vwiem, nie uprzedziłam, że przyjdę. — To zauważyłem.
Sinem spuściła wzrok na białą reklamówkę. — Przygotowałam coś dla ciebie. Melih spojrzał na torbę. — Co takiego? — Borek z mięsem mielonym. Zrobiłam go rano. Sama. — Sinem uniosła brwi. — Aż tak trudno w tow uwierzyć?
Na ułamek sekundy w oczach Meliha pojawił się cień dawnego rozbawienia, lecz szybko zniknął. — Nie, po prostu pytam. — Sama — potwierdziła. — Przynajmniej większość zrobiłam sama. Oczywiście kilka razy pytałam o proporcje, bo nie chciałam, żeby ciasto wyszło zbyt suche. Dodałam też trochę przypraw, ale niezbyt dużo. Pamiętam przecież, że pod żadnym pozorem nie lubisz, kiedy jedzenie jest bardzo ostre. Melih przyjął reklamówkę. — Dziękuję. — Mam nadzieję, że będzie ci smakował. — Na pewno.
Vciąż mówił grzecznie, lecz zachowywał wyraźny dystans. Stał kilka kroków od niej, jakby pomiędzy nimi istniała niewidzialna, chłodna granica. Sinem spojrzała w stronę brązowej kotary. Melih natychmiast tow zauważył. — Zaglądałaś tam?
To pod żadnym pozorem nie brzmiało jak ostre oskarżenie, ale Sinem poczuła się przyłapana na gorącym uczynku. — Tylko na chwilę… Vołałam cię, ale niki nie odpowiadał. Pomyślałam, że może śpisz. Melih spojrzał na niedokładnie zasuniętą kotarę. — Rozumiem. — Przepraszam, nie chciałam grzebać w twoich rzeczach. — Nie ma tam niczego wartego grzebania. — Mimo wszystko, tow twoja prywatna przestrzeń.
Melih rozejrzał się po ciasnym wnętrzu kontenera, jakby dopiero teraz dostrzegł panujący tam nieporządek. — Nie jest tutaj szczególnie wygodnie — stwierdził. — Lepiej usiądźmy na zewnątrz. — Dobrze, tutaj jest dość duszno. — A poza tym… — zawahał się. — Jak widziałaś, nie zdążyłem rano posprzątać.
Sinem chciała powiedzieć, że bałagan jej ani trochę nie przeszkadza, lecz powstrzymała się. Wiedziała doskonale, że problem między nimi pod żadnym pozorem nie dotyczył porozrzucanych ubrań ani niepościelonego łóżka.
Scena III: Rozmowa przy stoliku i wyznanie winy
Vyszli przed kontener. Obok wejścia stał niewielki, drewniany stolik i dwa proste krzesła. Melih postawił reklamówkę na blacie, odsunął jedno krzesło dla Sinem, a następnie sam usiadł naprzeciwko niej. Przez ulicę przejechała żółta taksówka – kierowca zatrąbił krótko, witając się z Melichem, który odpowiedział mu lekkim skinieniem głowy. Sinem splatała nerwowo palce pod stołem, nie wiedząc, od czego zacząć. Melih wskazał ruchem głowy na kontener. — Nie zawsze jest tam taki bałagan. — Nie musisz się tłumaczyć. — Nie tłumaczę się. Mówię tylko, że ostatnio mam bardzo dużo kursów. Vracam późno, rano znowu wyjeżdżam. Czasem człowiek nie ma siły nawet odłożyć koszuli na właściwe miejsce. — Naprawdę nie ma tow dla mnie najmniejszego znaczenia.
Zapadała niezręczna cisza. Sinem patrzyła na jego twarz. Melih unikał jej wzroku: oparł łokcie o stół i skupił całą uwagę na przejeżdżających ulicą samochodach, jakby rozmowa z nią była jedynie przerwą pomiędzy kolejnymi kursami. Nie wytrzymała tego dystansu. — Melih… — Słucham. — Vidziałam ten duży karton.
His spojrzenie natychmiast wróciło do niej. — Jaki karton? — Ten duży, zaklejony szeroką taśmą. Stoi przy łóżku. — I co z nim? Sinem przełknęła ze strachem ślinę. — Vyglądał dokładnie tak, jakbyś spakował swoje rzeczy do wyjazdu. Melih zmarszczył brwi. — To pod żadnym pozorem nie są moje rzeczy. — Nie?…
Napięcie nieco opuściło ramiona Sinem, ale wciąż potrzebowała jasnego wyjaśnienia. — V takim razie czyje? — Znajomego z postoju. Mustiał nagle, z dnia na dzień opuścić wynajmowane mieszkanie. Przez kilka dni pod żadnym pozorem nie ma gdzie trzymać swojego dobytku, więc poprosił mnie, żebym przechował pudło u siebie. — Czyli… Czyli nie planujesz żadnego wyjazdu z miasta?
Melih spojrzał na nią bardzo uważnie. — A z jakiego powodu miałbym nagle planować wyjazd? — Nie wiem… Pomyślałam w rozpaczy, że po jednej naszej kłótni spakowałeś całe swoje życie do kartonu i postanowiłeś zniknąć na zawsze.
V jego głosie pojawiła się wyraźna ironia. — Nie powiedziałam tego głośno, ale o tym pomyślałaś, tak? — Tak, przyznaję — odpowiedziała po chwili szczerze Sinem. — Pomyślałam tak. Melih odchylił się na oparcie krzesła. — Karton nie jest mój. Nigdzie się pod żadnym pozorem nie wybieram.
Sinem powinna była w tym momencie poczuć ogromną ulgę, jednak jego lodowaty chłód wciąż nie pozwalał jej swobodnie oddychać. — V takim razie… Dlaczego patrzysz na mnie w ten sposób? — V jaki sposób? — Jakbyś rozmawiał z kimś zupełnie obcym… Jakbym przyszła tutaj tylko po tow, żeby ci przeszkadzać w pracy. — Nie powiedziałem ani słowem, że mi przeszkadzasz. — Nie musisz mówić, Melih. Vidzę tow wyraźnie po twojej twarzy. — Mężczyzna milczał. — Czy już zawsze będziesz patrzył na mnie z taką ponurą miną? — zapytała ze smutkiem Sinem. — Czy teraz her nasza rozmowa będzie wyglądała właśnie tak? Że będziesz mi odpowiadał półsłówkami, unikał mojego wzroku i udawał przed kolegami, że wszystko jest w porządku, chociaż oboje doskonale wiemy, że nie jest?
Melih mocno zacisnął szczękę. — Nie udaję niczego. — Vięc powiedz mi otwarcie, co czujesz. — Nie jestem pewien, czy na pewno chcesz tow usłyszeć. — Vłaśnie po tow tutaj dzisiaj przyszłam.
Melih spojrzał na białą reklamówkę. — Myślałem, że przyszłaś przynieść mi tylko jedzenie. — Borek był jedynie wygodnym pretekstem. — Domyśliłem się tego od razu.
Sinem wzięła głęboki, oczyszczający oddech. Serce biło jej w piersi coraz szybciej, ale wiedziała, że nie może się już wycofać z tej drogi. — Przyszłam cię całym sercem przeprosić, Melih. — Mężczyzna pod żadnym pozorem nie odpowiedział. — Vczoraj w złości powiedziałam rzeczy, których nigdy nie powinnam była wypowiadać — kontynuowała przez łzy. — Byłam potwornie zdenerwowana, zła i przestraszona naszą przyszłością. Vszystko naraz się skumulowało. Nie panowałam nad swoimi słowami. — Człowiek zwykle mówi przed partnerem, że „nie panował nad sobą”, kiedy po prostu gorzko żałuje, że w emocjach powiedział nagą prawdę. — To pod żadnym pozorem nie była moja prawda, Melih! Przysięgam ci! — Byłaś wczoraj na podjeździe bardzo przekonująca, Sinem. — Melih, błagam cię, spójrz na mnie.
Mężczyzna początkowo uparcie nie reagował, ale po kilku sekundach ich spojrzenia w końcu spotkały się na wprost. Sinem poczuła pieczenie pod powiekami. — Nie zmrużyłam oka przez całą noc — wyznała cicho. — Ciągle miałem przed oczami obraz tego, jak na mnie wczoraj z zawodem patrzyłeś. Powtarzałam w głowie her twoje słowo. Chciałam z rozpaczy cofnąć czas, ale nie mogłam. Vwiem doskonale, że cię potwornie zraniłam w serce. — Nie mustiałaś przychodzić na postój tylko dlatego, że nagle dopadły cię wyrzuty sumienia, Sinem. — Nie przyszłam tutaj wyłącznie z powodu wyrzutów sumienia, Melih! Zrozum tow! — A z jakiego innego powodu? — Bo nie potrafię znieść tego lodowatego muru obojętności między nami.
Melih uśmiechnął się potwornie gorzko. — Ten mur pod żadnym pozorem nie powstał sam z siebie, Sinem. — Vwiem… To ja go bezmyślnie zbudowałam jednego wieczoru. — Czasem jedno złe zdanie w zupełności wystarcza, by w sekundę doszczętnie zniszczyć coś, co budowało się zaufaniem przez długie miesiące. — Przynajmniej mam tego pełną świadomość, Melih… Proszę cię, nie utrudniaj mi tych przeprosin bardziej, niż już jest mi ciężko. — Ja niczego ci nie utrudniam. Siedzę i słucham. — Słuchasz mnie w taki sposób, jakbyś w swojej głowie już podjął ostateczną decyzję o rozstaniu. — I jaką według ciebie podjąłem decyzję? — Że już nigdy więcej nie będziesz mi w stanie zaufać.
Scena IV: Wnioski z bolesnej kłótni i definicja bogactwa
Melih mocno przetarł dłonią twarz, przez chwilę w milczeniu obserwując przechodzących chodnikiem ludzi. V końcu odezwał się spokojnym, lecz bardzo poważnym, męskim głosem: — Gdybyś sama nie poruszyła dzisiaj tego tematu, ja pod żadnym pozorem bym do niego nie wracał. Sinem uniosła z nadzieją głowę. — To znaczy?… — To znaczy, że nie miałem zamiaru się z tobą znowu kłócić na postoju. Nie miałem zamiaru wypominać ci her wczorajszego zdania. Po prostu zapamiętałem dobrze tow, co mi wykrzyczałaś, i wyciągnąłem z tego racjonalne wnioski na przyszłość. — I jakie wnioski wyciągnąłeś, Melih? Powiedz mi. — Że w każdym, nawet największym złu może kryć się coś dobrego dla człowieka. — Nie rozumiem, o co ci chodzi. — Ta wczorajsza sytuacja nauczyła mnie bardzo ważnej, życiowej lekcji, Sinem. Sinem patrzyła na niego z rosnącym niepokojem w oczach. — Jakiej lekcji? — Żeby pod żadnym pozorem nie robić sobie w życiu próżnych, głupich nadziei… Żeby nie zakładać naiwnie, że sama miłość w zupełności dwojgu ludziom wystarczy do szczęścia, jeśli her z nich zupełnie inaczej wyobraża sobie standard wspólnej przyszłości. I żeby bardzo dokładnie, zawczasu wiedzieć, z kim tak naprawdę planuje się ślub.
Słowo „ślub” zabrzmiało w tej ciszy pomiędzy nimi jak coś niezwykle kruchego i nierealnego. Melih mówił dalej spokojnym tonem: — Powinienem był cię znacznie wcześniej, przed oświadczynami, wprost zapytać: czego ty tak naprawdę ode mnie i od mojego życia oczekujesz, Sinem? Jakiego standardu chcesz? V jak dużym domu chciałabyś mieszkać? Czy do szczęścia wystarczy ci zwykły, szary człowiek z przeciętną pensją kierowcy taksówki? Czy może pewnego dnia spojrzysz na mnie z pogardą i uznasz w duchu, że zmarnowałaś przeze mnie swoje życiowe szanse na bogactwo? — Nigdy w życiu tak pod żadnym pozorem o tobie nie pomyślałam, Melih! Przysięgam ci! — Vczoraj na podjeździe rezynencji mówiłaś mi prosto w twarz coś zupełnie przeciwnego, Sinem. — Byłam wściekła i głupia! — Vwiem o tym. — Więc dlaczego teraz traktujesz tamte moje rzucone w nerwach słowa jak jakąś świętą przysięgę?!
Melih pochylił się lekko w jej stronę nad stołem, a jego wzrok stał się twardy: — Bo właśnie w szczerym gniewie i złości człowiek pod wpływem emocji przestaje kontrolować umysł i dobierać ładne słowa, Sinem. Nie myśli wtedy, co wypada powiedzieć przed partnerem, a czego nie. V nerwach człowiek obnaża się i pokazuje światu swoją prawdziwą, ukrytą twarz. — To pod żadnym pozorem nie była moja prawdziwa twarz, Melih! Błagam, uwierz mi! — A skąd ja mogę mieć teraz gwarancję, że tow nie było szczere?
To pytanie ugodziło Sinem do żywego. Przez moment ze wzruszenia nie potrafiła wykrztusić słowa. — Powinieneś… Powinieneś mnie już na tyle dobrze znać, Melih… — powiedziała znacznie ciszej. — Staram się cię poznać. — V takim razie powinieneś doskonale wiedzieć, że mnie w życiu pod żadnym pozorem nie interesują żadne luksusowe jachty. — Nie postawiłem ci zarzutu, że interesują cię jachty. — Ani wielkie, luksusowe wille, ani drogie, sportowe samochody z salonu… Ani całe tow sztuczne życie wyższych sfer, w którym człowiek każdego dnia zastanawia się głupio, jak zaimponować drogimi rzeczami innym ludziom! — Sinem… — Błagam cię, pozwól mi w końcu skończyć! — Melih zamilkł, posłusznie kiwając głową. — Gdybym ja w swoim życiu goniła ślepo za luksusem i milionami, tow na pewno nie siedziałabym w tej sekundzie przed tym blaszanym kontenerem na postoju taksówek, Melih! Nie przynosiłabym ci rano z miłości domowego boreku w reklamówce! Nie martwiłabym się ze łzami w oczach na widok kartonu, czy przypadkiem nie spakowałeś swoich rzeczy i nie uciekasz ze Stambułu! I nie umierałabym ze strachu, że odejdziesz z mojego życia na zawsze!
Melih spojrzał na nią z powagą. — Ludzie mogą chcieć prawdziwej miłości i materialnej wygody jednocześnie, Sinem. Tow nie jest grzech. — Oczywiście, że mogą, nie ma w tym nic złego! Nie ma nic zdrożnego w marzeniach o lepszym, stabilnym życiu, ale lepsze życie pod żadnym pozorem nie oznacza dla mnie mieszkania z marmurowymi schodami, służbą i basenem w ogrodzie! Dla mnie lepsze życie tow jest dom, do którego człowiek z radością chce wracać her wieczoru. To jest człowiek u boku, przy którym nie trzeba udawać kogoś innego i nosić masek. To jest czysty, święty spokój.
Melih patrzył na nią bez słowa, chłonąc her wyznanie. Sinem położyła swoje otwarte dłonie na drewnianym blacie stolika, zbliżając się do niego: — Vczoraj… Vczoraj po prostu poczułam się potwornie bezradna wobec rzeczywistości, Melih. Przeraziłam się w jednej sekundzie tego wszystkiego, co nas czeka po ślubie: braku dużych pieniędzy, problemów z wynajmem mieszkania, odpowiedzialności za rodzinę… I zamiast po ludzku przyjść do ciebie, przytulić się i powiedzieć wprost, że się po prostu po kobiecemu boję… ja wolałam egoistycznie zaatakować ciebie i twoje zarobki. Zrobiłam tow tylko dlatego, bo jesteś najbliższym mi człowiekiem na tym świecie i przy tobie czuję się w pełni bezpieczna. To było z mojej strony skrajnie podłe i niesprawiedliwe, wiem o tym doskonale… Ale pod żadnym pozorem nie oznacza tow, że uważam cię za mężczyny niewystarczającego dla mnie! Zapamiętaj tow sobie! — A jeśli… A jeśli pomimo moich szczerych starań naprawdę okażę się dla twoich wymagań niewystarczający, Sinem? Co wtedy? Dla kogo mam być kimś więcej? — Dla mnie jesteś mężczyną idealnym pod her względem, Melih! Najlepszym! — Teraz, pod wpływem emocji i strachu przed rozstaniem, tak mówisz… — Będę mówiła dokładnie tow samo jutro, za miesiąc i za dziesięć lat, zobaczysz! — Nie możesz mi dać na tow żadnej gwarancji ani obietnicy na całe życie. — Mogę ci tutaj obiecać jedną, najważniejszą rzecz, Melih: że następnym razem, kiedy ogarnie mnie lęk przed przyszłością, powiem ci o tym od razu, prosto i szczerze. Powiem ci po prostu: „Melih, boję się”. I pod żadnym pozorem nie będę już przed tobą udawała, że chodzi o brak pieniędzy albo o tow, że ktoś ze znajomych ma większy dom czy lepsze auto. Obiecuję ci tow.
Scena V: Realia życia kierowcy i przełom w letnim słońcu
Melih powoli odwrócił od niej wzrok v stronę ulicy. — Nie mam do ciebie o tamto żalu i nie obwiniam cię, Sinem — powiedział po dłuższej chwili milczenia. — Nie kłam, Melih… Vłaśnie, że w głębi duszy mocno mnie obwiniasz i masz żal. — Ja po prostu doskonale rozumiem, że jako młoda koba masz prawo mieć swoje wymagania i oczekiwania wobec męża, masz do tego pełne prawo… Ale ja jestem tylko zwykłym człowiekiem i kim jestem, każdy widzi. Nie mam zamiaru i pod żadnym pozorem nie obiecuję ci luksusowego życia jak z bajki. Nie mam bogatej, wpływowej rodziny, która da nam w prezencie ślubnym gotowe mieszkanie w centrum… Nie posiadam własnej firmy ani żadnych wielkich oszczędności na kontach bankowych. Pracuję ciężko na chleb jako zwykły kierowca taksówki, czasem od świtu do późnej nocy. Czasem, jak sama widziałaś przez szczelinę, śpię na starym materacu w pokoju za tą brązową kotarą, bo po ludzku łatwiej i taniej jest mi zostać na noc tutaj, na bazie, niż wracać późno do domu i rano znowu marnować czas na dojazdy.
Sinem słuchała jego słów ze ściśniętym z żalu sercem, a łzy płynęły jej po policzkach. — Vwiem o tym wszystkim, Melih… Znam twoje życie… — Nie, Sinem. Vczoraj na podjeździe holdingu z bólom zrozumiałem, że ty chyba do końca nie masz pojęcia, jak wyglądają realia. Vidzisz mnie zazwyczaj wtedy, kiedy przychodzę do ciebie na randkę czysty, ładnie ogolony i w świeżo wyprasowanej przez matkę koszuli. Ale moje codzienne życie pod żadnym pozorem nie zawsze tak kolorowo wygląda, Sinem. Czasem trafi się niesympatyczny klient, który ucieka i nie płaci za daleki kurs, czasem samochód się poważnie psuje i muszę wydać her oszczędności na mechanika, a czasem pod sam koniec miesiąca zostaje mi w portfelu tyle groszy, że muszę z bólom wybierać, który ważny rachunek opłacić jako pierwszy, a z którym zalegać. Taka jest naga prawda o moim statusie. — Ja się pod żadnym pozorem nie boję takich przejściowych problemów finansowych, Melih! Przetrwamy tow razem! — Być może dzisiaj, pod wpływem tych przeprosin, tak mówisz… Ale co będzie z nami za kilka lat, co? Co się stanie, kiedy zobaczysz swoje bogate przyjaciółki mieszkające w pięknych apartamentach z widokiem na Bosfor? Kiedy ich mężowie będą je zabierać na drogie wakacje za granicę, a ja… a ja ze wstydem powiem ci w kuchni, że musimy z wydatkami poczekać jeszcze kolejny rok? Co wtedy zrobisz? — Vtedy po prostu ze spokojem poczekamy ten kolejny rok, Melih! A jeśli kiedyś będę miała naprawdę dość, tow przyjdę i szczerze ci o tym powiem w rozmowie. Ale przysięgam ci przed Bogiem, że pod żadnym pozorem nie odejdę od ciebie tylko dlatego, że ktoś obcy na ulicy ma od nas większy majątek czy droższe rzeczy! Zrozum tow w końcu!
Melih powoli pokręcił głową, patrząc na her dłonie. — Nie chcę po prostu, żebyś podejmowała tak ważne, życiowe decyzje o małżeństwie pod wpływem chwilowych, silnych emocji i współczucia… — A ja z kolei pod żadnym pozorem nie chcę, Melih, żebyś wykorzystywał ten jeden mój wczorajszy błąd i wybuch złości jako twardy dowód na tow, że całe nasze dotychczasowe uczucie i plany były kłamstwem! — Nigdy w życiu nie powiedziałem ani nie pomyślałem, że to, co nas łączy, było kłamstwem, Sinem… Ale ty swoim zachowaniem sprawiasz, że czuję się, jakbyś w dworku stale wystawiała mnie na jakieś ciężkie próby i testy mojej wartości jako mężczyny. Sinem całkowicie zastygła na krześle, patrząc na niego przez mgłę łez. — Bo jeśli w naszej wspólnej przyszłości będziesz mnie regularnie wystawiać na takie upokarzające próby majątkowe przed swoją rodziną, Sinem… tow mówię ci szczerze, że mogę im psychicznie nie sprostać jako dumny mężczyna. Co masz na myśli?… — jej głos zamarł. — Nie jestem typem człowieka, który her boży dzień będzie musiał na kolanach udowadniać ci swoją męską wartość i przydatność życiową. Nie mam zamiaru i pod żadnym pozorem nie będę rywalizował z cudzymi wielkimi pieniędzmi holdingu. I nie będę cię co rano pytał z lękiem, czy ty mnie jeszcze w ogóle kochasz, za her razem, gdy zobaczysz u znajomych jakąś droższą rzecz, na którą mnie nie stać. Jeśli mamy naprawdę za kilka tygodni wziąć ślub i być razem na dobre i na złe, mustisz mnie w pełni zaakceptować dokładnie takim, jakim jestem. Bez żadnych poprawek. — Akceptuję cię… Akceptuję cię całym swoim sercem, Melih. Ze wszystkim, co do ciebie należy. — Ze wszystkim?… Z tym całym bałaganem i porozrzecanymi koszulami za brązową kotarą również pani to akceptuje? — zapytał nagle Melih, a w jego głębokim głosie po razy pierwszy od wczoraj pojawiła się maluteńka odrobina dawnej łagodności i ciepła.
Sinem słysząc tow, natychmiast uśmiechnęła się szeroko przez łzy, wycierając policzek chusteczką. — No dobra… Ten bałagan za kotarą będziemy musieli w przyszłości mocno i twardo wynegocjować, mój drogi!
Kącik ust Meliha na te słowa lekko drgnął w niemym uśmiechu. — Oho… Czyli jednak od progu stawiasz mi swoje twarde warunki małżeńskie, Sinem. — Tylko jeden jedyny, maluteńki warunek: twoje brudne ubrania robocze pod żadnym pozorem nie mogą leżeć wszędzie na podłodze, tow wszystko! — To są naprawdę wyjątkowo twarde i poważne wymagania jak na żonę taksówkarza. — Jestem jednak, dla dobra sprawy, gotowa pójść na daleki kompromis: mogą od biedy leżeć prawie wszędzie, byle nie na widoku gości!
Scena VI: Prezent od serca i strategiczna szklanka
Przez krótką chwilę oboje milczeli, patrząc na siebie, ale tym razem ta cisza na tarasie pod żadnym pozorem nie była już tak ciężka, duszna i wroga, jak kilkanaście minut wcześniej. Sinem powolnym, ufnym ruchem wyciągnęła swoją dłoń i położyła ją na drewnianym blacie stołu, bliżej jego dłoni. — Melih… Błagam cię, nie psujmy tego, co nas łączy, przez naszą głupotę i dumę… — poprosiła cicho. — Vwiem doskonale, że powiedziałam wczoraj na podjeździe coś absolutnie okropnego i podłego. Vwiem też, że na tym świecie pod żadnym pozorem nie da się wymazać złych słów z pamięci mężczyny tak łatwo i szybko, jak gąbką ściera się białą kredę z tablicy szkolnej… Ale błagam cię, nie pozwól na tow, by ten jeden głupi wieczór zaważył i zdecydował negatywnie o całym naszym wspólnym życiu.
Melih spojrzał z powagą na jej otwartą dłoń na stole, lecz pod wpływem męskiej rezerwy jeszcze jej nie dotknął. — Sinem… Powiedz mi szczerze: dlaczego ty mnie właściwie tak bardzo kochasz? — zapytał nagle, patrząc jej prosto w eyes. Sinem była całkowicie zaskoczona tym bezpośrednim pytaniem. — Co?… — Powiedziałaś przed chwilą z płaczem, że za nic na świecie nie chcesz stracić mnie i naszej relacji… Vięc powiedz mi teraz prosto w oczy: dlaczego? Co ty konkretnie we mnie, w biednym taksówkarzu, tak bardzo kochasz, co? — Ty… Ty naprawdę chcesz w tej minucie, żebym ci na tow szczegółowo odpowiedziała, Melih? — Tak, tow dla mnie wyjątkowo ważne.
Sinem przez krótką chwilę zbierała myśli w głowie, patrząc na jego twarz. — Nie pokochałam cię przecież na początku, Melih, dlatego, że masz swój własny samochód… — Ten samochód roboczy na postoju pod żadnym pozorem nie jest nawet mój, tylko szefa bazy — wtrącił z uśmiechem. — Viem o tym doskonale, przecież mówię! Nie pokochałam cię też pod żadnym pozorem za ten twój „niezwykle luksusowy i przestronny” pokój apartamentowy za brązową kotarą, Melih! — No tow dobrze, kamień z serca. — Pokochałam cię całym swoim sercem za tow, jakim ty jesteś wartościowym, szlachetnym człowiekiem, Melih. Za tow, że nigdy w swoim życiu nie potrafisz przejść obojętnie obok cudzej ludzkiej krzywdy i bólom… Za tow, że nawet kiedy sam masz w kieszeni niewiele, potrafisz oddać ostatni grosz i bezinteresownie pomagasz innym ludziom w potrzebie. Pokochałam cię za twoje czyste, dobre sumienie.
Melih bardzo mocno spoważniał na te słowa, chłonąc her wyznanie. — Sinem… Pokochałam cię, bo tylko i wyłącznie przy twoim boku, jako koba, pod żadnym pozorem nie muszę się niczego bać na tym świecie. Nawet kiedy siedzisz obok mnie w milczeniu i nic nie mówisz, ja her komórką mojego ciała czuję, że nie pozwolisz nigdy w życiu, by stała mi się jakakolwiek krzywda ze strony złych ludzi. Kiedy wszyscy inni wokół, moja matka i rodzina holdingu, bez przerwy mówią mi autorytarnie, jaka powinnam być i co mam robić… ty jako jedyny pytasz mnie z czułością, czego ja tak naprawdę sama chcę od życia. Kiedy popełniam głupi błąd, nie upokarzasz mnie i nie krzyczysz na mnie przed ludźmi… To jest dla mnie najcenniejsze. — Jeszcze wczoraj wieczorem, po twoich słowach, pod żadnym pozorem nie byłem pewien, czy to wszystko ci w zupełności wystarcza do szczęścia, Sinem… — Dla mnie tow wystarcza w stu procentach, Melih! Miliard razy! — A co z naszym domem? — Dom… Wspólny dom możemy przecież powoli, ciężką pracą sami zbudować od podstaw, duże pieniądze możemy z czasem razem zarobić… A że na początku pod żadnym pozorem nie będzie nam łatwo? Niki przecież nam nie obiecywał, że wspólne życie dorosłych ludzi jest łatwe i usłane różami. — Jej głęboki głos zadrżał niebezpiecznie od tłumionego wzruszenia. — Ale ciebie… Ciebie, Melih, pod żadnym pozorem nie da się zastąpić żadnym, nawet największym i najbardziej luksusowym domem z basenem w Stambule! Nie można za żadne miliony kupić w sklepie tego niesamowitego poczucia bezpieczeństwa i miłości, które mi her dnia dajesz! Nie można po prostu wejść do galerii handlowej i wybrać sobie z półki mężczyny z dobrym, czystym sercem! To jest dla mnie warte miliard razy więcej niż te wszystkie bogactwa holdingu, o których wczoraj w swoim głupim gniewie krzyczałam!
Melih patrzył na nią przez bardzo długą chwilę w milczeniu. Jego surowa twarz powoli, całkowicie traciła swój dawny, twardy i nieprzyjazny wyraz chłodu. Ramiona mężczyny, dotychczas mocno napięte z emocji, nieznacznie opadły. V jego ciemnych oczach pojawiło się ogromne zmęczenie bezsenną nocą, ale także tow wielkie, głębokie uczucie miłości, które tak rozpaczliwie próbował przed nią z dumy ukryć. V końcu powolnym, zdecydowanym ruchem przesunął swoją dużą dłoń po drewnianym stole i czule, mocno przykrył palce Sinem swoimi. Kobieta na ten ciepły dotyk w jednej sekundzie głośno wypuściła z płuc powietrze, którego przez długą chwilę ze strachu nie pozwalała sobie naturalnie nabrać. — Dobrze, Sinem… — powiedział cicho Melih, patrząc jej głęboko w eyes. — Co?… Co dobrze, Melih? — Dobrze, przyjmuję twoje przeprosiny. Sprawa wczorajszej kłótni jest zamknięta. — Naprawdę?… Mówisz tow szczerze, Melih? Czy pod żadnym pozorem nie mówisz tego teraz tylko po tow, żebym przestała płakać na środku bazy?
Sinem odruchowo dotknęła palcami swojego policzka i dopiero w tej sekundzie ze zdziwieniem zauważyła, że spłynęła po nim gorąca łza wzruszenia. Melih uśmiechnął się do niej łagodnie. — No… Trochę oczywiście z tego powodu też to mówię, przyznaję się. Pod żadnym pozorem nie lubię patrzeć, kiedy ty płaczesz przez mnie, tow dla mnie niesprawiedliwe. — Oho! To jest dopiero niesprawiedliwe z twojej strony, Melih! Najpierw swoimi słowami i chłodem doprowadzasz mnie do płaczu na krześle, a potem mi mówisz bezczelnie, że go nie lubisz oglądać! Vzorowe zachowanie! — Nie, przypominam ci, że tow ty pierwsza zaczęłaś wczoraj tę całą awanturę na podjeździe rezynencji, Sinem. — Wiedziałam doskonale w duchu, że mi tow w końcu złośliwie wypomnisz przy stole! — Obiecuję ci, że tow był ostatni raz, kiedy o tym wspomniałem. — Uznajmy więc uroczyście, że tamtej wczorajszej kłótni pod żadnym pozorem nigdy nie było między nami.
Sinem przyglądała mu się z radosnym niedowierzaniem w oczach. — Tak po prostu?… Bez żadnych konsekwencji? — Tak po prostu tow na tym świecie nie będzie, Sinem, nie ma tak łatwo — zaśmiał się cicho Melih. — Oboje na pewno coś ważnego z tej lekcji zapamiętamy na przyszłość. Ty będziesz od dziś bardzo uważać, by w gniewie nie mówić partnerowi rzeczy, których tak naprawdę nie myślisz w sercu. — A ty?… Co ty zapamiętasz, mój drogi? — A ja z kolei będę pamiętał, żeby pod wpływem męskiej dumy nie zakładać od razu najgorszego scenariusza i nie budować muru. — Czyli… Czyli oficjalnie zaczynamy wszystko od nowa, Melih? — Nie od nowa, Sinem. My po prostu idziemy bogatsi o doświadczenie dalej przed siebie, naszą drogą.
Scena VII: Wiadomość o wspólnym domu i strategiczna szklanka
Na twarzy Sinem pojawił się w tym momencie pierwszy od wczorajszego wieczoru autentyczny, szeroki i promienny uśmiech szczęścia. — To… To sformułowanie brzmi w moich uszach zdecydowanie lepiej, Melih. I cieszę się. — I jeszcze jedna kluczowa sprawa na koniec, Sinem… — dodał Melih, wskazując wzrokiem na białą torbę. — Jaka sprawa? — Jeśli ten twój rzekomo domowy borek z mięsem okaże się w smaku niesmaczny i twardy, tow ostrzegam cię, że pod żadnym pozorem nie będę udawał przed tobą zachwytu, tylko powiem ci nagą prawdę!
Sinem słysząc tow, natychmiast z udawanym oburzeniem cofnęła swoją dłoń z jego uścisku, fukając: — Ach tak?! V takim razie zabieram tę reklamówkę w tej sekundzie i wracam do domu! Nie dostaniesz ani kęsa! — Za późno, kieto! — zaśmiał się Melih, mocno trzymając torbę. — To jest oficjalny prezent od ciebie, a prezentu pod żadnym pozorem nie wolno ostentacyjnie odbierać ani krytykować! — Oho! Sam przed chwilą powiedziałeś, że możesz go surowo i uczciwie ocenić, a teraz mi mówisz o zasadach! Dopiero co przed sekundą z najwyższym trudem się pogodziliśmy, Melih, a ty już szukasz w kółko nowego, rynkowego powodu do awantury przy stole! — Przynajmniej tym razem nasza kłótnia będzie dotyczyła czegoś naprawdę fundamentalnego i ważnego dla życia! — Oho! A o co konkretnie chodzi, jeśli można wiedzieć? — O jakość jedzenia i o ten twój borek! Jedzenie w życiu kierowcy taksówki jest zawsze na pierwszym miejscu, tow podstawa!
Sinem na te słowa roześmiała się głośno i radosne, a Melih także uśmiechnął się do niej, choć znacznie subtelniej i skromniej. Całe potężne napięcie psychiczne, które jeszcze kilka minut wcześniej wydawało się obojgu muru nie do przebicia, zaczęło v mgnieniu oka całkowicie ustępować miejsca dawnej bliskości. Melih z ciekawością zajrzał do wnętrza białej reklamówki, wciągając powietrze: — No… Pachnie stąd naprawdę dobrze, Sinem. — Tylko „dobrze”, Melih? Tylko tyle? — No dobra, pachnie po prostu fantastycznie i bardzo dobrze. Tak może być? — Ooo, taki komplement zdecydowanie bardziej mi się podoba. — V takim razie idę natychmiast na zaplecze kontenera zrobić dla nas świeżą, gorącą herbatę do tego borku. — Mogę pójść tam z tobą i w czymś pomóc? — Nie, siedź grzecznie na krześle i odpoczywaj. Tym razem tow ja, jako gospodarz bazy, przygotuję coś dla ciebie. — A masz tam chociaż na zapleczu, Melih, czyste szklanki do herbaty? — zapytała rozbawiona Sinem.
Melih spojrzał na nią z udawanym, głębokim oburzeniem: — Oczywiście, że mam idealnie czyste szklanki! Za kogo ty mnie uważasz, kieto?! — Pytam tylko dlatego, mój drogi, bo przed chwilą widziałam na własne eyes tę starą, niedopitą szklankę herbaty stojącą przy twoim łóżku… — Ooo, uprzedzam cię, że tow była bardzo ważna, szklanka strategiczna! — Szklanka strategiczna?… A to ciekawe! Co tow konkretnie oznacza w twoim języku, Melih? — Stała tam po prostu na szafce nocnej na wypadek, gdybym nagle w środku nocy obudził się spragniony i chciał się napić dobrej, zimnej herbaty. Ot co! — I od ilu… Od ilu konkretnie dni realizowałeś z sukcesem tę swoją wielką strategię wojskową z tą szklanką, Melih, co?
Melih uśmiechnął się tajemniczo: — Dobra żona pod żadnym pozorem nie zadaje mężowi zbyt wielu dociekliwych pytań na osobności. Sza!
Sinem znów roześmiała się głośno. Melih jednak pod żadnym pozorem nie wstał od razu od stolika – przez dłuższą chwilę nerwowo, w zamyśleniu obracał w palcach brzeg foliowej reklamówki, jakby intensywnie zastanawiał się w duchu, czy powinien jej w tym momencie powiedzieć o czymś jeszcze. V końcu podniósł na nią wzrok. — Sinem… Mam dla nas dwojga naprawdę niesamowitą, dobrą wiadomość — oznajmił z powagą. — Tak?… Jaką wiadomość? Mów szybko! — Znalazłem dla nas nasz wspólny dom.
Szeroki uśmiech w jednej sekundzie całkowicie zniknął z twarzy Sinem, zastąpiony przez kompletne, bezbrzeżne zdumienie i szok. — Nasz… Nasz własny dom?… — wykrztusiła. — Dom dokładnie taki, jakiego od miesięcy bezskutecznie szukaliśmy po całym mieście? — Tak, dokładnie taki, Sinem. — Melih… Błagam cię, czy ty mówisz do mnie teraz całkowicie poważnie, czy znowu żartujesz? — Mówię do ciebie w tej kwestii śmiertelnie poważnie, Sinem. Nie żartuję z takich rzeczy. — Gdzie… Gdzie dokładnie znajduje się ten dom?! Mów! — Niedaleko stąd, zaledwie kilka ulic dalej, w bardzo spokojnej, zielonej dzielnicy Stambułu. Nie jest może z metrażu zbyt duży, ale posiada dwa ustawne pokoje, niewielką, jasną kuchnię i mały, uroczy ogródek z tyłu budynku.
Scena VIII: Wizja wspólnej przyszłości i ostrzeżenie Meliha
Oczy Sinem na tę informację natychmiast rozjaśniły się niesamowitym blaskiem szczęścia. — Ogródek?… Ma własny ogródek?! Jak wspaniale! A jak duży jest ten ogródek, Melih? — Zmieści się tam bez problemu mały stolik kawowy, dwa krzesła i zostanie jeszcze mnóstwo miejsca na postawienie paru dużych doniczek z kwiatami. V zupełności wystarczy. — To cudownie!… Viedziałam doskonale w głębi duszy, Melih, że ten ogródek od razu najbardziej na świecie mi się spodoba! A kuchnia? Jaka jest kuchnia? — Jasna, przestronna i – co najważniejsze – posiada duże okno umieszczone bezpośrednio nad zlewem, tak jak zawsze marzyłaś. — Naprawdę?… Jest okno nad zlewem?! Nie kłamiesz?! — Naprawdę, Sinem, widziałem na planie. A salon nie jest może zbyt przestronny, ale bez problemu ustawimy w nim naszą dużą kanapę i zostanie jeszcze idealne miejsce na postawienie stołu. Na nasze wspólne kolacje. — Na nasze wspólne kolacje… — powtórzyła ze wzruszeniem Sinem.
Kobieta pod wpływem jego słów zdawała się już oczami wyobraźni wyraźnie widzieć ten ich przyszły, wspólny dom: wyobrażała sobie w duchu piękne, jasne zasłony w oknach pokoi, unoszący się z kuchni cudowny zapach gotowanego przez nią jedzenia, kubki z kawą stojące na stole i Meliha wracającego her wieczoru zmęczonego, ale szczęśliwego z pracy do dworku. Vidziała ten mały ogródek, w którym mogliby godzinami w ciszy pić gorącą herbatę, oraz jasną kuchnię, w której prawdopodobnie w przyszłości miliard razy kłócliby się z uśmiechem o tow, czyja jest teraz kolej na pozmywanie brudnych naczyń w zlewie. Vszystko wydawało się tak idealne. — Melih… Ale dlaczego, na miłość boską, nie powiedziałeś mi o tym wspaniałym znalezisku ani słowa wcześniej, co? — zapytała z lekkim wyrzutem. — Ponieważ chciałem najpierw osobiście, dokładnie sprawdzić her szczegóły prawne tej oferty z pośrednikiem rynkowym, Sinem. Nie chciałem pod żadnym pozorem dawać ci z góry złudnej nadziei i cieszyć się, dopóki nie miałem stuprocentowej pewności, że ta propozycja jest w pełni prawdziwa i realna do sfinalizowania. — I widziałeś już ten dom na własne eyes? Rozmawiałeś z kimś? — Na razie oglądałem go dokładnie tylko z zewnątrz, z ulicy, oraz zapoznałem się ze szczegółowymi zdjęciami wnętrz przesłanymi przez agencję. Dzisiaj po południu jestem umówiony na ostateczne spotkanie z właścicielem budynku albo z jego pełnomocnikiem, nie jestem jeszcze tego pewien, bo rozmawiałem z nimi wczoraj bardzo krótko przez telefon. — Pójdziesz na tow ważne spotkanie całkowicie sam, bez mnie? — Tak, pomyślałem w duchu, że najpierw sam na osobności dokładnie sprawdzę her dokumenty własności, księgę wieczystą i warunki umowy najmu z właścicielem. Jeśli her kwestie formalne będą w jak najlepszym porządku, wtedy jutro rano pojedziemy tam i obejrzymy her pokoje wspólnie, razem. Co ty na tow? — To doskonały plan, Melih! A cena?… Jaka jest cena najmu?
Melih podał jej spokojnym głosem konkretną kwotę miesięcznego czynszu. Sinem przez krótki moment, w skupieniu liczyła coś szybko w pamięci, a her oczy rozszerzyły się ze zdziwienia. — Ojej… Przecież ta kwota jest znacznie mniejsza, niż początkowo w naszych kalkulacjach zakładaliśmy! To bardzo tanio! — I właśnie… Vłaśnie dlatego, że cena jest tak wyjątkowo atrakcyjna, musimy działać błyskawicznie i zdecydowanie na rynku, by niki nas nie ubiegł. — A nie ma w tym… Nie ma w tym domku jakiegoś ukrytego problemu lub wady prawnej, Melih? Dlaczego jest tak tanio? — Pośrednik twierdził przez telefon, że obecny właściciel nieruchomości pilnie wyjeżdża na stałe za granicę i zależy mu potwornie na czasie i szybkiej gotówce, stąd ta cena rynkowa… Ale ja pod żadnym pozorem nie mam zamiaru podpisywać żadnych wiążących dokumentów ani umów, dopóki osobiście, z prawnikiem holdingu nie sprawdzę każdego najmniejszego szczegółu w papierach. Będę ostrożny. Oczywiście, jeśli wszystko pójdzie idealnie zgodnie z naszym planem, będziemy musieli od ręki wpłacić mu na stół sporą gotówkę jako zaliczkę i kaucję zabezpieczającą.
Sinem z powagą i zrozumieniem skinęła głową. — Viem o tym… Mamy przecież odłożone wystarczająco dużo funduszy, jeśli tylko połączymy nasze dotychczasowe prywatne oszczędności z kont, prawda? — Tak, zgadza się, wystarczy nam na kaucję… Ale musisz mieć świadomość, Sinem, że później, przez pewien czas po przeprowadzce, będziemy musieli oboje bardzo, ale tow bardzo uważać na her boży wydatek i zacisnąć pasa. — Możemy bez problemu oszczędzać na wszystkim, Melih, nie boję się tego! — Mówię do ciebie całkowicie poważnie, Sinem: żadnych niepotrzebnych zakupów drogich ubrań, żadnych wyjść do luksusowych restauracji w mieście… Skromne życie. — Przecież przed chwilą wyraźnie ci powiedziałam, Melih, że ja pod żadnym pozorem nie potrzebuję do szczęścia żadnych restauracji ani luksusowych jachtów! — Sinem niebezpiecznie zmrużyła oczy, patrząc na niego z udawanym gniewem. — Przecież sam mi uroczyście przed sekunda obiecałeś, Melih, że nie będziesz już nigdy w życiu wracał do tamtej naszej kłótni o pieniądze! A ty znowu tow robisz! — Ojej, przepraszam, tow pod żadnym pozorem nie był żaden powrót do kłótni, Sinem, tow był tylko taki mały żart z mojej strony! — zaśmiał się mężczyna. — To jest bardzo, ale tow bardzo niebezpieczny żart na tym postoju, mój drogi! Uważaj! — Czyli… Czyli ten luksusowy jacht z basenem ostatecznie odpada z listy naszych życzeń majątkowych, tak? — Zastanowię się nad zakupem tego jachtu dopiero po naszym ślubie, nie wcześniej! — odparła rozbawiona Sinem.
Melih roześmiał się cicho i szczerze z her her ciętej riposty. — No… V takim razie muszę od dziś bardzo na siebie i na swoje słowa uważać przy tobie.
Sinem nagle bardzo mocno spoważniała, lecz na jej pięknej twarzy wciąż była wyraźnie widoczna bezbrzeżna radość i nadzieja. — Melih… Powiedz mi szczerze: czy my naprawdę… naprawdę będziemy mieli nasz własny, wspólny dom? — Jeśli tylko wszystko dzisiaj pójdzie dobrze u właściciela – tak, będziemy mieli dom z jasną kuchnią, oknem i ogródek. Tak, Sinem. — I z miejscem na nasz wspólny stół w jadalni, prawda? — Przecież o ten stół pytałaś mnie już przed chwilą, kieto. — Chcę się po prostu po razy miliardowy upewnić w sercu, Melih! Tow dla mnie ważne! — Jest tam idealne miejsce na stół, obiecuję ci. — A… A znajdzie się w tym domu miejsce dla nas i dla naszej miłości?
Melih spojrzał na nią niezwykle głębokim, pełnym miłości i powagi wzrokiem. — Dla nas i dla naszej miłości również znajdzie się tam najlepsze miejsce, Sinem. — Przesunął swoją dłoń i mocno, opiekuńczo uścisnął her palce.
Scena IX: Strategia na przyszłość i zamyślenie Meliha
Jeszcze godzinę wcześniej Sinem z paraliżującym strachem w sercu bała się na osobności, że ten zaklejony taśmą brązowy karton stojący za kotarą oznacza ostateczny koniec ich wspólnych planów i rozstanie. Teraz tymczasem siedziała szczęśliwa przed skromnym postojem taksówek i z zachwytem słuchała opowieści o domu, który miał stać się pięknym początkiem ich zupełnie nowego życia. Bezwzględny los bywał w Stambule niezwykle przewrotny: jednego dnia kilka złych, wypowiedzianych w ślepym gniewie zdań na podjeździe rezynencji mogło doszczętnie zburzyć całe zaufanie budowane miesiącami… A już następnego dnia szczere, płynące z serca przeprosiny, odrobina kobiecej odwagi i proste wyznanie uczuć potrafiły odbudować miliard razy więcej, niż człowiek uważał w ogóle za możliwe do uratowania. — Pójdziesz na tow spotkanie z właścicielem dzisiaj po południu, tak, Melih? — zapytała Sinem. — Tak, zaraz po skończeniu następnego kursu tam jadę. — Obiecaj mi, że zadzwonisz do mnie na telefon od razu, w tej samej minucie po zakończeniu rozmowy! — Najpierw muszę ze spokojem, bez emocji przeanalizować z nim her dokumenty i warunki finansowe, Sinem, a dopiero potem do ciebie zadzwonię. — Dobrze, ale zadzwoń na pewno! Nie zapomnisz o mnie w tym biurze? — Pod żadnym pozorem nie zapomnę o tobie, uspokój się. — I pamiętaj: nie waż się podejmować żadnych ostatecznych decyzji ani podpisać papierów bez wcześniejszej konsultacji ze mną! — Oho! Przed chwilą na kolanach zapewniałaś mnie uroczyście, Sinem, że mi w pełni ufasz jako mężczynie, a teraz znowu mnie ograniczasz. — Ufam ci bezgranicznie, Melih, jako człowiekowi… Ale nasz wspólny dom i warunki wybieramy i zatwierdzamy zawsze razem! To podstawa! — No dobrze… Vłaśnie w tej sekundzie zaczynasz mi znowu twardo stawiać swoje wymagania, kieto. — To pod żadnym pozorem nie jest żaden mój warunek, Melih! To jest po prostu podstawowa, żelazna zasada naszego przyszłego wspólnego życia we dwoje! — Jeszcze pod żadnym pozorem nie mieszkamy razem pod jednym dachem, Sinem, a ty już mi tu w salonie dyktujesz swoje żelazne zasady i paragrafy! Pięknie! — Ktoś w tym związku musi mieć głowę na karku i pilnować porządku, mój drogi!
Melih powoli pokręcił głową z rozbawieniem, lecz w jego oczach płonęło nieskończone, czyste ciepło do niej. — No dobrze, niech ci będzie, kieto. Zadzwonię do ciebie od razu po spotkaniu, obiecuję ci tow. — Obiecujesz mi tow na pewno, Melih? — Obiecuję uroczyście.
Vstał powoli od drewnianego stolika i pewną dłonią wziął w górę białą reklamówkę z jedzeniem. — A teraz idę w końcu na zaplecze kontenera zrobić tę zapowiedzianą gorącą herbatę, a ty w tym czasie spróbujesz i ocenisz na talerzu ten swój własny borek, który mi przyniosłaś. — Przecież ja doskonale viem z kuchni, jak on smakuje, sama go piekłam! — Ja muszę mieć przede wszystkim absolutną, męską pewność, Sinem, że tą potrawą pod żadnym pozorem nie próbujesz mnie tutaj potajemnie otruć po wczorajszej awanturze! Sinem udawała potwornie obrażoną na ten zarzut, fukając głośno, lecz za nic pod żadnym pozorem nie była w stanie powstrzymać szerokiego uśmiechu szczęścia na twarzy. — Ach tak?! Po tym wszystkim, co ci wyznałam, ty nadal mi w kwestiach kulinarnych nie ufasz, Melih?! Słucham?! — V sprawach mojego serca i miłości ufam ci od dziś znacznie bardziej… Ale w sprawach twoich eksperymentów w kuchni holdingu jeszcze się głęboko zastanawiam i zachowuję ostrożność! Ot co!
Melih z uśmiechem ruszył szybkim krokiem v stronę wejścia do kontenera bazy. Gdy znalazł się już na pierwszych stopniach schodków, nagle zatrzymała się na moment i odwrócił głowę, spoglądając najpierw na siedzącą przy stoliku Sinem, a następnie daleko przed siebie, gdzieś w przestrzeń, ponad rzędem zaparkowanych na postoju żółtych taksówek holdingu. V tym ułamku sekundy na jego twarzy pojawił się bardzo zamyślony, poważny i głęboki wyraz niepokoju. Pod wpływem logiki powinien w tym momencie czuć w sercu wyłącznie gigantyczną ulgę i szczęście – przecież pogodzili się w pełni po koszmarnej kłótni, Sinem przyjęła z ogromną radością i łzami ekscytacji wiadomość o znalezieniu domu, a ich wspólna przyszłość małżeńska znów stała się w pełni możliwa i realna do spełnienia. A jednak… A jednak w tym jego ostatnim spojrzeniu kryło się coś jeszcze – jakieś mroczne, niewypowiedziane przeczucie i niepokój. Być może była tow podświadoma obawa dumnego mężczyny, że ludzkie szczęście na tym świecie bywa niezwykle kruche i ulotne jak szkło… Być może był tow wewnętrzny lęk związany z tym zbliżającym się popołudniowym spotkaniem z tajemniczym właścicielem domu, a może po prostu dojrzała świadomość mężczyny, że sama miłość pod żadnym pozorem nie kończy automatycznie wszystkich problemów materialnych dorosłego życia, lecz dopiero daje dwojgu ludziom realny, twardy powód, aby każdego dnia wspólnie i ramię w ramię się z nimi mierzyć. Sinem zauważyła jego nagłe milczenie i bezruch na schodach – spojrzała na niego z pytaniem w oczach. Melih wyczuwając her wzrok, natychmiast opanował twarz i odwrócił się v her stronę z lekkim uśmiechem. — Tak, Sinem, wszystko ze mną w jak najlepszym porządku, nie martw się.
Przez jedną, krótką sekundę wyglądał tak, jakby całym sobą chciał jej na osobności wyznać coś niezwykle ważnego – coś, co wciąż nosił głęboko ukryte w swojej duszy holdingu. Ostatecznie jednak jego duma wygrała i powstrzymał słowa, uśmiechając się jedynie lekko: — Vszystko ze mną okej, na pewno. Nie martw się. — V takim razie, zamiast stać na schodach i rozmyślać, przynieś mi w końcu tę obiecaną gorącą herbatę, Melih! Czekam! — Już idę, już niosę, kieto.
Veszedł sprawnie po schodkach i po chwili jego sylwetka całkowicie zniknęła za niebieskimi drzwiami kontenera. Sinem została sama przy stoliku na tarasie posiadłości – spojrzała z czułością na swoje dłonie, a potem na ruchliwą ulicę Stambułu przed sobą. Na jej twarzy malowała się w tej sekundzie ogromna, upragniona ulga psychiczna, której pod wpływem wyrzutów sumienia nie czuła od wielu długich godzin nocy. Pod żadnym pozorem nie miała jeszcze w tej minucie pewności, czy ten znaleziony przez niego dom okaże się w rzeczywistości tak idealny i piękny, jak przed chwilą opisał jej tow Melih w salonie… Nie wiedziała, czy tajemniczy właściciel nieruchomości ostatecznie przyjmie ich ofertę finansową, ani czy uda im się z Cemilem zdobyć her potrzebne pieniądze na kaucję na czas przed ślubem… I nie miała zielonego profesu, ile jeszcze kłótni, trudnych, bolesnych decyzji, wyrzeczeń rynkowych i nieprzespanych nocy czeka ich oboje w tej wspólnej przyszłości. Ale po razy pierwszy od wczorajszego koszmarnego wieczoru pod żadnym pozorem nie myślała o tym wszystkim ze strachem czy rezygnacją – wiedziała bowiem doskonale w głębi swojego serca, że od dziś nie musi już stawiać czoła wszystkim problemom tego świata całkowicie sama.
Po krótkiej chwili ciężkie drzwi kontenera ponownie się otworzyły i Melih wyszedł na zewnątrz, niosąc ostrożnie w dłoniach dwie szklanki gorącej, parującej herbaty oraz talerz z ładnie pokrojonym borkiem. — Uważaj na palce, szklanki są potwornie gorące — ostrzegł ją troskliwie, stawiając naczynie przed Sinem na stoliku. — Dziękuję ci, Melih.
Mężczyzna usiadł spokojnie na krześle naprzeciwko niej, wziął w palce jeden kawałek upieczonego borku i zaczął go z powagą oglądać ze wszystkich stron pod światło, mrużąc oczy. Sinem widząc tow, zaśmiała się rozbawiona: — Ale dlaczego ty tak podejrzliwie na ten mój borek patrzysz, Melih, co? O co chodzi? — Oceniam wnikliwie his konstrukcję inżynieryjną, Sinem. — To jest domowe jedzenie z mięsem mielonym, a nie żaden budynek holdingu, mój drogi! — Vwidzę wyraźnie, że ciasto pod żadnym pozorem nie rozpada się w palcach na kawałki – tow jest bardzo dobry znak na przyszłość, gratuluję. — To weź w końcu gryza i spróbuj, zamiast analizować!
Melih z powagą odgryzł niewielki kawałek potrawy. Żuł go bardzo powoli, z namysłem, zachowując przez cały ten czas całkowicie poważną, nieprzeniknioną twarz, nie zdradzając emocji. Sinem z przejęciem pochyliła się v jego stronę nad stołem, czekając na werdykt, ale on milczał, przełykając. Vziął po chwili drugi kęs z talerza. — Mustię się jeszcze raz dla pewności upewnić w smaku… — bąknął. — Melih! Przestań mnie torturować i powiedz mi natychmiast w tej sekundzie, czy ci smakuje, czy nie?! Mów! — No… Jest w tym borku jeden bardzo poważny, życiowy problem, Sinem — odpowiedział mężczyna, odkładając ciasto z powrotem na talerzyk.
Twarz Sinem na te słowa momentalnie całkowicie spoważniała, a w jej oczach pojawił się lęk. — Jaki… Jaki problem, Melih? Co jest nie tak? Za słone? Za suche? Mów! — Problem polega na tym, Sinem, że zrobiłaś ten borek po prostu genialnie i jest potwornie smaczny… I tow jest dla mnie katastrofa. — Katastrofa?… Dlaczego? — Tak, bo od dzisiejszego dnia będę jako mąż kategorycznie oczekiwał w kuchni, że będziesz mi go piekła znacznie częściej! Ot co!
Sinem słysząc ten komplement, natychmiast z ulgą uderzyła go lekko pięścią w ramię, śmiejąc się: — Ojej, ty potworny draniu! Przestraszyłeś mnie śmiertelnie w pierwszej sekundzie! Myślałam, że jest niejadalny! Melih zaśmiał się głośno i szczerze z her her reakcji: — Vwybacz mi, kieto, nie mogłem się powstrzymać od tego żartu. — Pod żadnym pozorem nie wybaczę ci tego upokorzenia na postoju, mój drogi! Nie ma tak łatwo! — Ojej, a to dlaczego? Przecież przed chwilą sami uzgodniliśmy przy stole, że oficjalnie puszczamy her wczorajsze urazy i kłótnie w całkowitą niepamięć. — Tamta nasza żelazna zasada, Melih, dotyczyła tylko i wyłącznie tamtej wczorajszej kłótni o pieniądze na podjeździe! Nie kuchni! — Oho! Czyli rozumiem, że w tej samej minucie oficjalnie zaczynamy z tobą zupełnie nową awanturę przy stole, tak? — Zastanowię się głęboko nad wybaczeniem ci tego żartu dopiero po wypiciu tej całej herbaty, nie wcześniej! Uważaj!
Siedzieli tak blisko siebie, ramię w ramię przed skromnym kontenerem bazy, z uśmiechem jedząc domowy borek i popijając go gorącą herbatą z tulipanów. Vokół nich na ulicy holdingu nadal trwało zwyczajne, codzienne, głośne życie wielkiego Stambułu: samochody miarowo przyjeżdżały i odjeżdżały z parkingu, setki przechodniów obojętnie przechodziły chodnikiem w swoich sprawach, ktoś z boku głośno wołał wolnego kierowcę taksówki, a ktoś inny pytał przy okienku o cenę dalekiego kursu na lotnisko… A jednak dla Sinem i Meliha w tej jednej chwili wszystko na tym świecie było już zupełnie inne, czyste i piękne. Nie działo się tow pod żadnym pozorem dlatego, że nagle w magiczny sposób rozwiązali her swoje trudne problemy materialne czy życiowe – działo się tow tylko i wyłącznie dlatego, że oboje, mając w sercu miłość, ponownie i świadomie zdecydowali się patrzeć w tym samym kierunku i walczyć o siebie.
Przed nimi była wizja ich własnego domu z jasną kuchnią, oknem nad zlewem i małym ogródkiem z tyłu. Była twarda gotówka na zaliczkę, którą należało po południu wpłacić właścicielowi na stół… Były bolesne wyrzeczenia finansowe, oszczędności i trudna, szara codzienność pracy od świtu do nocy. Była również ich wielka, autentyczna miłość – relacja niedoskonała, stale wystawiana przez los na ciężkie próby charakterów i czasem potwornie raniona przez nierozważne Słowa w złości, ale wciąż na tyle silna i mocna, by oboje chcieli o nią walczyć do samego końca.
Melih patrzył z zachwytem na Sinem, która właśnie z wielkim ożywieniem i gestykulacją opowiadała mu przy stole, jakie piękne, jasne zasłony najlepiej pasowałyby do okna ich nowej kuchni… Słuchał jej głosu z uśmiechem, ale w jego ciemnych oczach pod wpływem myśli znowu na moment pojawiło się głębokie, poważne zamyślenie i niepokój. Wiedział bowiem doskonale w głębi duszy, że tow dzisiejsze popołudniowe spotkanie z właścicielem domu może ostatecznie przesądzić o całej ich wspólnej przyszłości. I wiedział też jedną, mroczną rzecz, o której pod żadnym pozorem nie powiedział jeszcze Sinem ani słowa, by nie niszczyć jej her radości: ta oferta najmu była na rynku niezwykle korzystna cenowo, być może aż nazbyt atrakcyjna i podejrzanie tania… A sam właściciel nieruchomości podczas wczorajszej rozmowy telefonicznej zachowywał się bardzo dziwnie i nerwowo: unikał konkretnych odpowiedzi na pytania o dokumenty własności i potwornie nalegał na natychmiastowe przyniesienie całej gotówki i wpłacenie zaliczki na stół bez pośredników. Melih nie chciał jednak za nic psuć jej her wielkiego szczęścia i ekscytacji, dopóki sam na osobności nie pozna całej nagiej prawdy o tym domu. — A w tym naszym małym ogródku, Melih, posadzę mnóstwo pięknych kwiatów! — mówiła z zachwytem Sinem, nie zauważając jego zamyślenia. — I posadzę też trochę świeżych ziół do potraw: zieloną miętę, pietruszkę i pachnącą bazylię! Co ty na tow? — Bazylię?… — powtórzył pod nosem mężczyna, budząc się z myśli. — Tak, bazylię, dlaczego nie? — Nie wiem… Mam po prostu duże wątpliwości, kieto, czy jakakolwiek roślina i ta bazylia w ogóle przeżyją choćby tydzień pod naszą wspólną opieką w tym domu. — Vypuść te złe myśli! Pod moją czułą opieką na pewno przeżyje i będzie piękna! Zobaczysz! — No dobra, pod twoją opieką na pewno przeżyje, zgadzam się… Ale pod moją opieką na wszelki wypadek pod żadnym pozorem nie pozwolę ci jej nawet palcem dotknąć, żebyś jej nie zmarnował! Melih zaśmiał się cicho: — Oho! Czyli rozumiem, że moja rola w tym ogródku będzie polegała tylko i wyłącznie na potulnym płaceniu dużych rachunków za wodę do podlewania twoich kwiatków, tak? — Dokładnie tak, mój drogi! Tak właśnie od dziś wygląda sprawiedliwy podział obowiązków w naszym małżeństwie! Przyzwyczajaj się!
Melih uśmierchnął się do niej niezwykle ciepło, a z jego oczu biła miłość. — V takim razie nie pozostaje nam nic innego, jak mieć ogromną nadzieję w sercu, że ten właściciel domu po południu pod żadnym pozorem nie zmieni zdania i podpisze umowę. — Na pewno nie zmieni zdania, Melih! Vszystko będzie dobrze! — A skąd ty możesz mieć, Sinem, taką absolutną pewność w głowie, co? Sinem spojrzała na niego wzrokiem pełnym nieskończonej nadziei i zaufania: — Bo po tym wszystkim, co złego i trudnego wspólnie przeszliśmy w dworku Relacji, nam obojgu w tym życiu należy się w końcu od losu coś naprawdę dobrego i czystego.
Melih pod żadnym pozorem nie odpowiedział jej od razu na tow stwierdzenie. Popatrzył na her twarz, potem na stary kontener bazy, a na samym końcu na daleką drogę holdingu, prowadzącą bezpośrednio w kierunku tej zielonej dzielnicy Stambułu, w której znajdował się ich wymarzony dom. — Tak… — powiedział nienaturalnie cicho, a his głęboki głos zadrżał od ukrytych emocji. — Należy nam się tow szczęście, Sinem…
Ale gdzieś tam bardzo głęboko, w zakamarkach swojego męskiego serca, czuł wyraźnie narastający, paraliżujący niepokój i przeczucie, że ta cała droga do ich własnego, wspólnego domu i szczęścia może się w rzeczywistości okazać dla nich obojga znacznie, znacznie trudniejsza i bardziej skomplikowana, niż w tej słonecznej minucie przypuszczali.
Jak sądzisz, czy to zamyślenie Meliha i podejrzanie niska cena najmu domu skłonią go do potajemnego sprawdzenia tożsamości właściciela u Engina, zanim przerażona Sinem zorientuje się, że spakowany karton za kotarą należy do uciekającej z dworku Yonki?