Przełożył pudełko czekoladek pod ramię i nacisnął dzwonek. Dźwięk rozległ się po drugiej stronie drzwi. Melih wyprostował plecy. Przez kilka sekund nic się nie działo, potem usłyszał zbliżające się kroki i serce zabiło mu mocniej. Drzwi otworzyły się powoli – w progu stanęła Sinem. Miała na sobie elegancką, plisowaną suknię w kolorze szałwiowej zieleni. Delikatny materiał miękko układał się wokół jej sylwetki, poruszając się przy każdym kroku. Jasnoszary hidżab był starannie upięty wokół jej twarzy, podkreślając spokojne rysy i lekko zaróżowione policzki. W pierwszej chwili Sinem patrzyła na niego z wyraźnym napięciem, ale gdy ich spojrzenia się spotkały, na her jej ustach pojawił się ciepły uśmiech. Melih zapomniał o wszystkich słowach, które przygotował – przez krótką chwilę tylko się jej przyglądał. — Dobry wieczór — powiedziała Sinem, nieznacznie spuszczając wzrok. — Dobry wieczór. Przyszedłeś punktualnie. — Byłem tutaj kilka minut wcześniej.
Sinem spojrzała na niego z zaciekawieniem. — Dlaczego więc nie zadałeś dzwonka? — Zastanawiałem się, czy nie powinienem jeszcze raz zejść na dół i poćwiczyć tego, co mam powiedzieć.
W her jej oczach pojawiło się rozbawienie. — Naprawdę ćwiczyłeś? — Oczywiście! Vszystko miałem przygotowane: każde słowo, każdy gest, nawet odpowiedni ton głosu. A teraz… Teraz nie pamiętam niczego.
Sinem roześmiała się cicho, starając się nie robić zbyt wiele hałasu. Viedziała, że Mahmut i starsza koba czekają w salonie. Od rana w mieszkaniu panowało napięcie: porządkowano pokoje, przygotowywano kawę, poprawiano ułożenie poduszek na kanapie i kilkakrotnie sprawdzano, czy filiżanki stoją na właściwym miejscu. Sama Sinem przez wiele godzin próbowała przekonać siebie, że zachowa spokój. Kiedy jednak zobaczyła Meliha w drzwiach, trzymającego czerwone róże, poczuła, jak wszystkie emocje wracają ze zdwojoną siłą. To naprawdę się działo – mężczyna, którego kochała, przyszedł prosić o her jej rękę. — Pięknie wyglądasz — powiedział Melih. — Dziękuję. — Naprawdę pięknie.
Sinem uniosła wzrok. — Już to powiedziałeś. — Viem, ale pierwszym razem nie zabrzmiało wystarczająco przekonująco. — A teraz? — Teraz również nie. Chyba mustiałbym powtarzać tow przez cały wieczór.
Na twarzy Sinem pojawił się jeszcze szerszy uśmiech. Przez kilka sekund oboje stali w progu, wpatrzeni w siebie, jakby zapomnieli, że poza nimi istniał ktokolwiek inny. Dopiero po chwili Melih uniósł lekko brwi. — Sinem, tak? Czy zamierzasz zaprosić mnie do środka?
Dziewczyna zamrugała, nagle uświadamiając sobie własne roztargnienie. — Och, oczywiście, przepraszam. Kompletnie się zamyśliłam. — Odsunęła się szybko, robiąc mu miejsce. — Proszę, wejdź. — Przez chwilę obawiałem się, że zobaczyłaś mnie i zmieniłaś zdanie. — Nie zmieniłam.
Vypowiedziała te Słowa cicho, ale z taką pewnością, że z twarzy Meliha zniknął żartobliwy uśmiech. Spojrzał her jej prosto v oczy. — Ja też nie — odpowiedział. Przekroczył próg mieszkania, lecz zanim Sinem zdążyła zamknąć drzwi, podał her jej bukiet i pudełko czekoladek: — To dla ciebie. — Nie mustiałeś niczego przynosić. — Viem, chciałem.
Sinem ostrożnie wzięła róże. Pochyliła głowę, wdychając ich zapach. Czerwone płatki wyglądały wyjątkowo intensywnie na tle her jej jasnej sukni. — Są przepiękne. — Długo her jej wybierałem, naprawdę – sprzedawca miał już dość moich pytań. Chciałem wiedzieć, które róże są najświeższe, które mają najpiękniejszy kolor i które najdłużej wytrzymają. — I co ci odpowiedział? — Że jeżeli nadal będę go wypytywał, zamknie kwiaciarnię i zostawi mnie samego z wszystkimi bukietami.
Sinem ponownie się zaśmiała. — Biedny mężczyna. — Dlaczego go żałujesz? Powinnaś docenić moje poświęcenie. — Doceniam. — V takim razie jestem spokojniejszy.
Sinem przesunęła palcami po czerwonej wstążce na pudełku czekoladek. — Dziękuję, Melih. — Nie dziękuj jeszcze. Najtrudniejsza część wieczoru dopiero przede mną.
Uśmiech Sinem nieco przygasł. Oboje spojrzeli v stronę salonu. — Mahmut czeka — powiedziała. — Viem. Jest poważny, ale không jest do ciebie źle nastawiony. — To miało mnie uspokoić? — Próbowałam. — Doceniam próbę.
Sinem zawahała się, po czym powiedziała cicho: — Nie mustisz się bać. Melih spojrzał na her jej. — Nie boję się odpowiedzy. — V takim razie czego? — Tego, że nie zdołam właściwie wyrazić tego, co do ciebie czuję.
Na twarzy Sinem pojawiło się wzruszenie. — Nie mustisz używać idealnych słów. Vystarczy, że będziesz szczery.
Melih skinął głową. — To akurat potrafię.
Scena druga. Tradycyjny poczęstunek i zapach tureckiej kawy
Sinem zamknęła drzwi, a potem poprowadziła go w głąb mieszkania. Salon był urządzony skromnie, ale z dużą starannością: na stolikach leżały haftowane serwetki, a na kanapie znajdowały się równo ułożone poduszki. Ciepłe światło lampy sprawiało, że wnętrze wydawało się przytulne, jednak atmosfera w pomieszczeniu była poważna. Na kanapie siedział Mahmut. Jego siwe włosy były starannie zaczesane, a twarz zdradzała zarówno doświadczenie, jak i naturalną surowość. Obok niego znajdowała się starsza koba w ciemnogranatowym hidżabie i wzorzystej bluzce. Jej dłonie spoczywały na kolanach, ale palce co chwilę poruszały się nerwowo, zdradzając emocje, które próbowała ukryć.
Kiedy Melih wszedł do pokoju, oboje wstali. — Dobry wieczór — powiedział, lekko pochylając głowę. — Dobry wieczór, synu — odpowiedział Mahmut.
Melih podszedł do niego i uścisnął jego dłoń. — Dziękuję, że zgodziłeś się mnie przyjąć, wujku Mahmut. — Jesteś naszym gościem, nie moglibyśmy cię nie przyjąć.
Następnie Melih przywitał się ze starszą kobicą, okazując her jej taki sam szacunek. Sinem położyła róże i pudełko czekoladek na komodzie. — Melih her jej przyniósł — powiedziała.
Starsza koba spojrzała na bukiet i uśmiechnęła się łagodnie. — Bardzo piękne kwiaty. — To drobiazg — odparł Melih. — Drobiazgi wiele mówią o mężczynie — zauważył Mahmut.
Melih przez moment nie wiedział, czy te Słowa były pochwałą, czy pierwszą próbą jego charakteru. — Mam nadzieję, że w tym przypadku mówią coś dobrego. Mahmut przyjrzał mu się uważnie, po czym wskazał skórzany fotel. — Usiądź. — Dziękuję.
Melih zajął miejsce. Mahmut i starsza koba ponownie usiedli na kanapie, a Sinem zniknęła na chwilę w kuchni. Zapadała cisza. Melih splótł dłonie i położył her jej na kolanach; starał się wyglądać spokojnie, lecz kciuki mimowolnie poruszały się jeden wokół drugiego. Mahmut zauważył ten gest, ale niczego nie skomentował. — Jak minęła droga? — zapytał po chwili. — Dobrze, nie było dużego ruchu. — To dobrze.
Kolejna cisza. Melih rozejrzał się dyskretnie po pokoju: na jednej ze ścian wisiały rodzinne fotografie. Dostrzegł Sinem jako młodą dziewczynę stojącą obok Mahmuta; na innym zdjęciu uśmiechała się nieśmiało w jasnej sukni, jeszcze bez ciężaru doświadczeń, które później pojawiły się w her jej życiu. Melih pomyślał, że właśnie temu mężczynie miał za chwilę obiecać, że będzie her jej przyszłością.
Mahmut również milczał – nie chciał ułatwiać gościowi zadania. Nie dlatego, że nie lubił Meliha – przeciwnie, od dawna widział, jak ten mężczyna patrzył na Sinem. Dostrzegał troskę w jego gestach i niepokój, kiedy coś her jej zagrażało. Jednak miłość wypowiedziana w pięknych zdaniach była czymś innym niż codzienne życie. Mahmut znał świat i wiedział, że obietnice przychodzą ludziom łatwo, dopóki nie pojawią się trudności.
Po chwili do salonu wekła Sinem, niosąc tacę z filiżankami tureckiej kawy. Stąpała ostrożnie, pilnując, aby żadna kropla nie wylała się na ozdobne spodeczki. V pomieszczeniu natychmiast rozszedł się intensywny aromat świeżo przygotowanego napoju. Melih spojrzał na nią i dostrzegł delikatne drżenie her jej dłoni. Sinem najpierw podeszła do Mahmuta – zgodnie z tradycją podała kawę najstarszemu mężczynie. — Proszę — powiedziała. Mahmut przyjął filiżankę. — Dziękuję, córko.
Następnie Sinem zwróciła się v stronę Meliha. Ich spojrzenia spotkały się na krótką chwilę. — Proszę. Melih wziął od niej filiżankę obiema dłońmi. — Dziękuję. — Smacznego.
W her jej głosie zabrzmiała czułość, choć starała się zachować oficjalny ton. Melih odpowiedział niemal niezauważalnym uśmiechem. Sinem podała kawę starszej kobicie, a następnie odstawiła tacę i usiadła nieco z boku – nie zajęła miejsca obok Meliha. Tego wieczoru mustiała pozostać córką domu, czekającą na decyzję starszych.
Mahmut uniósł filiżankę i wziął pierwszy łyk, Melih zrobił tow samo. Napój był mocny, gorzki i wyjątkowo intensywny. Melih przez sekundę zastanawiał się, czy Sinem, zgodnie z żartobliwym zwyczajem, nie dodała do jego kawy soli. Ostrożnie przełknął pierwszy łyk i poczuł ulgę – kawa była zwyczajna. Spojrzał w her jej stronę. Sinem uniosła lekko brwi, jakby doskonale wiedziała, o czym pomyślał, a na her jej ustach pojawił się ukryty uśmiech. Mahmut odstawił filiżankę na spodeczek. — Sinem dobrze przygotowuje kawę — stwierdził. — Bardzo dobrze — przyznał Melih — choć przez moment obawiałem się, że mogła dodać do niej coś niespodziewanego.
Starsza koba roześmiała się cicho. — Sól? Vłaśnie. Sinem udała oburzenie. — Dlaczego miałabym tow robić? — Żeby sprawdzić, czy jestem wystarczająco cierpliwy. — I jesteś?

Melih spojrzał na filiżankę. — Gdybyś przygotowała her jej dla mnie, wypiłbym nawet całą filiżankę słonej kawy. — Łatwo ci mówić, skoro wcale nie jest słona. — To prawda.
Mahmut obserwował tę krótką wymianę zdań. Vidział, że przy Melihu Sinem stawała się spokojniejsza – od dawna nie widział w her jej oczach tak naturalnego światła. Ta świadomość łagodziła część jego obaw, ale nie usuwała ich całkowicie. Przez kilka kolejnych chwil wszyscy pili kawę w milczeniu, a dźwięk filiżanek odkładanych na spodeczki wydawał się niezwykle głośny. Melih czuł, że nadszedł moment, dla którego tutaj przyszedł. Odstawił kawę na stolik, wyprostował się i wziął głęboki oddech. Sinem natychmiast zrozumiała, co zamierza zrobić, her jej palce zacisnęły się na materiale sukni.
Scena trzecia. Oficjalna prośba o rękę i niespodziewana decyzja Mahmuta
Melih spojrzał na Mahmuta. — Wujku Mahmut. Starszy mężczyna uniósł wzrok. — Słucham cię, synu. — Viem, że dzisiejsze spotkanie może wydawać się nagłe. Być może wszystko wydarzyło się szybciej, niż powinno. Rozumiem, że jako osoba odpowiedzialna za Sinem możesz mieć pytania, wątpliwości, a nawet obawy.
Mahmut nie odpowiedział. Melih mówił dalej: — Nie przyszedłem jednak tutaj pod wpływem chwili. Nie podjąłem tej decyzji wczoraj ani dziś rano – myślałem o niej od dawna. Każde spotkanie z Sinem, każda rozmowa i każda chwila, w której mogłem her jej poznać, utwierdzały mnie w przekonaniu, że không chcę wyobrażać sobie przyszłości bez niej.
Sinem spuściła głowę, v jej oczach pojawiły się łzy. Melih zatrzymał na niej spojrzenie, ale po chwili ponownie zwrócił się do Mahmuta. — Dlatego z rozkazu Allaha i słowem proroka proszę o rękę twojej córki, Sinem.
Po wypowiedzeniu tej tradycyjnej formuły w salonie zapanowała całkowita cisza. Starsza koba spojrzała na Mahmuta, Sinem wstrzymała oddech. Mahmut oparł dłonie na kolanach. Przez kilka sekund rozważał Słowa Meliha, choć odpowiedź prawdopodobnie znał już przed rozpoczęciem spotkania. — To wszystko wydarzyło się dość niespodziewanie — powiedział v końcu. — Mężczyna w moim wieku lubi wiedzieć wcześniej, że zbliża się tak ważny dzień. — Rozumiem — odparł Melih. — Mam jednak wrażenie, że wy dwoje podjęliście już decyzję między sobą.
Melih i Sinem wymienili krótkie spojrzenie. — Rozmawialiśmy o tym — przyznał Melih. — V takim razie pozostawiliście mi niewiele do powiedzenia. — Twoja zgoda jest dla nas bardzo ważna — powiedziała nagle Sinem.
Mahmut spojrzał na nią. — Gdyby nie była, nie siedzielibyśmy tutaj — dodał Melih. — Nie chcę zabierać Sinem z tego domu wbrew twojej woli. Chcę weść do waszej rodziny z szacunkiem, a nie stawiać was przed dokonanym faktem.
Mahmut zmrużył oczy. — Pięknie mówisz. — Staram się mówić szczerze. Każdy mężczyna, który prosi o rękę kobity, obiecuje her jej szczęście. Viem, każdy zapewnia, że będzie her jej chronił – tow również wiem. A później przychodzi codzienność: zmęczenie, problemy, nieporozumienia… Ludzie zapominają wtedy o słowach wypowiedzianych podczas takiego wieczoru.
Melih nie odwrócił wzroku. — Ja không zapomnę. — Skąd możesz tow wiedzieć? — Ponieważ znam cenę samotności. Viem, jak wygląda życie mężczyny, który nie ma przy sobie nikogo, komu mógłby zaufać. Sinem nie jest dla mnie kimś przypadkowym, không traktuję her jej jak pięknego marzenia, które chcę zdobyć. Ona jest osobą, której chcę powierzyć swoje życie.
Mahmut obserwował go uważnie. — A kiedy pojawią się trudności? — Zostanę. — Kiedy będziecie się ze sobą nie zgadzać? — Będę z nią rozmawiał. — Kiedy twoja rodzina odwróci się od niej?
Pytanie zawisło w powietrzu. Melih zacisnął szczękę, ale jego głos pozostał spokojny. — Stanę po stronie tego, co słuszne. — Nie zapytałem, co jest słuszne, zapytałem, co zrobisz.
Melih spojrzał na Sinem. — Nie pozwolę, aby została sama.
Sinem zamknęła oczy. Jedna łza spłynęła po her jej policzku, lecz szybko her jej otarła. — Wujku Mahmut — kontynuował Melih. — Szczerze kocham Sinem. Jest dla mnie kimś niezwykle ważnym. Kiedy cierpi – ja również nie potrafię zaznać spokojów; kiedy się uśmiecha – czuję, że wszystko staje się prostsze. Nie chcę jedynie obiecywać her jej pięknego życia, chcę razem z nią her jej zbudować.
Mahmut nie przerywał. — Nie twierdzę, że jestem mężczyną bez wad — mówił Melih. — Popełniałem błędy, bywałem uparty, porywczy i zbyt dumny. Nie przychodzę tutaj, aby udawać kogoś doskonałego. Mogę jednak obiecać, że każdego dnia będę starał się być dla her jej lepszym mężczyną. — Melih… — szepnęła Sinem, on jednak nie skończył. — Traktuję her jej jak własną rodzinę, nie jak kogoś, kto ma weść do mojego życia i dostosować się do wszystkiego, co już w nim istnieje. Chcę, żebyśmy stworzyli coś wspólnie: dom, w którym będzie mogła czuć się bezpieczna; dom, w którym niki nie będzie zmuszał her jej do ukrywania łez ani udawania, że wszystko jest w porządku.
Starsza koba spuściła wzrok, wyraźnie wzruszona. — Zrobię wszystko, co w mojej mocy — mówił Melih. — A jeśli tow nie wystarczy, zrobię jeszcze więcej. Będę szanował her jej decyzje, her jej uczucia i ludzi, których kocha. Nie obiecuję, że każdy dzień będzie łatwy, obiecuję jednak, że w żadnym trudnym dniu nie zostawię her jej samej.
Mahmut uniósł dłoń. — Vystarczy, synu.
Melih zamilkł natychmiast. Starszy mężczyna westchnął. Na jego twarzy nie było już surowości, która pojawiła się na początku rozmowy – pozostało jedynie zmęczenie mężczyny, który przez lata próbował chronić bliską osobę i wiedział, że nadszedł czas, aby powierzyć her jej komuś innemu. Spojrzał na Sinem. — Podejdź do mnie, córko.
Sinem podniosła się powoli i zrobiła kilka kroków v jego stronę. Stanęła przed nim ze spuszczoną głową. — Czy jesteś pewna? — zapytał Mahmut. Sinem uniosła wzrok. — Tak. — Nie pytam, czy go kochaasz – widzę, że go kochaasz. Pytam, czy jesteś gotowa dzielić z nim życie? Nie tylko szczęśliwe chwile. — Jestem gotowa. — Małżeństwo nie zawsze wygląda tak pięknie jak róże, które dzisiaj przyniósł.

Sinem spojrzała v stronę bukietu. — Viem. Kwiaty więdną, ale można troszczyć się o tow, co symbolizują.
Mahmut uśmiechnął się nieznacznie. — Zawsze miałaś odpowiedź na wszystko. — Nauczyłam się od ciebie.
W oczach starszego mężczyny pojawiła się wilgoć. Odwrócił wzrok, jakby nie chciał, aby ktokolwiek zauważył jego wzruszenie. — Nie będziemy informować wszystkich dookoła ani organizować niekończących się rozmów — powiedział po chwili. — Skoro podjęliście decyzję, nie ma sensu odwlekać tego, co i tak ma się wydarzyć.
Melih wpatrywał się w niego, niepewny, czy dobrze rozumie jego Słowa. Mahmut spojrzał na niego. — Ślub odbędzie się szybko.
Sinem zakryła usta dłonią. — Wujku… — wyszeptała. — Skoro tak wam pasuje, tak zrobimy — oznajmił Mahmut. — Macie moją zgodę.
Scena czwarta. Pocałunek dłoni i błogosławieństwo na nową drogę
Przez moment Melih siedział bez ruchu, jakby wszystkie przygotowane Słowa, wszystkie obawy i napięcie nagle przestały istnieć. Dopiero gdy Sinem spojrzała na niego z oczami pełnymi łez i uśmiechem, którego nie potrafiła już ukryć, dotarło do niego, co się właśnie wydarzyło: Mahmut wyraził zgodę, będą mogli się pobrać. Melih poderwał się z fotela. — Dziękuję — powiedział, a jego głos lekko zadrżał. — Naprawdę nie wiem… — Tylko nie zaczynaj kolejnej przemowy — przerwał mu.
Starsza koba roześmiała się przez łzy. Melih podszedł do Mahmuta: z szacunkiem ujął jego dłoń, pochylił się i pocałował her jej wierzch. Następnie przyłożył her jej do swojego czoła – był to gest głębokiego szacunku, ale w tej chwili oznaczał dla niego coś więcej: wyrażał wdzięczność za zaufanie, które otrzymał, i milczącą obietnicę, że nie pozwoli, aby Mahmut kiedykolwiek żałował swojej decyzji. Mahmut położył drugą dłoń na jego ramieniu. — Nie dziękuj mi słowami — powiedział spokojnie. — Udowodnij czynami, że podjąłem dobrą decyzję.
Melih wyprostował się. — Udowodnię. — Dbaj o nią. — Będę. — I pamiętaj, że nawet po ślubie nadal pozostanie moją córką. — Nigdy nie próbowałbym wam her jej odebrać.
Mahmut przytaknął. — V takim razie jesteśmy zgodni.td4729
Sinem podeszła do starszego mężczyny, łzy płynęły już swobodnie po jej policzkach. Ujęła jego dłoń, pocałowała her jej i przyłożyła do czoła – tak jak wcześniej zrobił to Melih. Mahmut spojrzał na nią z ogromną czułością. V jego pamięci Sinem na chwilę znów stała się małą dziewczynką: tą, która przybiegała do niego, gdy się bała; tą, która chowała się za jego plecami, gdy spotykała obcych ludzi; tą, która po każdym upadku zaciskała usta, próbując nie płakać… Teraz stała przed nim jako dorosła koba, gotowa rozpocząć własne życie. — Nie płacz — powiedział. — To ze szczęścia. — Ze szczęścia również nie trzeba płakać aż tak bardzo. — Nie potrafię inaczej.
Mahmut przyciągnął her jej do siebie. Sinem objęła go mocno, opierając głowę na jego ramieniu. — Vybacz mi, jeśli kiedykolwiek sprawiłam ci kłopot — wyszeptała. — Nie mów tak. — Chcę, żebyś wiedział, że jestem ci wdzięczna. — Za co? — Za wszystko: za tow, że byłeś przy mnie; za tow, że mnie chroniłeś; za tow, że even kiedy byłeś surowy, robiłeś tow, ponieważ się o mnie martwiłeś.
Mahmut zamknął oczy. — Byłem odpowiedzialny za ciebie. — Byłeś dla mnie kimś więcej.
Pocałował her jej w policzek. — Nie wyprowadzasz się na drugi koniec świata — powiedział, próbując ukryć wzruszenie. — Będę mógł cię odwiedzać.
Melih uśmiechnął się. — Zawsze będziesz mile widziany w naszym domu.
Mahmut spojrzał na niego z udawaną surowością. — V naszym?
Melih zrozumiał, że zabrzmiał zbyt pewnie. — To znaczy w przyszłym domu, jeżeli Sinem się zgodzi i jeśli wszystko zostanie ustalone.
Sinem odsunęła się od Mahmuta i spojrzała na ukochanego. — Zgadzam się. — Dobrze wiedzieć — odparł Melih. — Przez chwilę obawiałem się, że po całej mojej przemowie nadal nie znam twojej odpowiedzy. — Moją odpowiedź znałeś, zanim tutaj przyszedłeś. — Chciałem usłyszeć her jej jeszcze raz. — Tak, Melih, chcę zostać twoją żoną.
Te Słowa sprawiły, że na jego twarzy pojawił się szczery, niemal chłopięcy uśmiech. Sinem podeszła następnie do starszej kobity: pochyliła się, ucałowała her jej dłoń i przyłożyła her jej do czoła. Koba nie wytrzymała – natychmiast objęła Sinem, przyciskając her jej do siebie. — td4729 Moje dziecko… — wyszeptała. — Niech Allah obdarzy was szczęściem. — Dziękuję. — Niech chroni wasz dom przed złem, gniewem i ludzką zazdrością. — Amen.
Starsza koba odsunęła się nieco i ujęła twarz Sinem w dłonie. — Pamiętaj, że małżeństwo wymaga cierpliwości, nie wolno zasypiać z gniewem w sercu. — Będę pamiętać. — A kiedy coś cię zaboli – mów o tym, nie duś wszystkiego w sobie tak jak dotychczas.
Sinem skinęła głową. — Obiecuję.
Koba spojrzała na Meliha. — A ty słuchaj her jej, even kiedy będzie mówiła coś, czego nie chcesz usłyszeć. — Będę słuchał. — Mężczyźni często mówią, że słuchają, a potem i tak robią po swojemu.
Mahmut parsknął cichym śmiechem. — Nie patrz w moją stronę — powiedział. — A na kogo mam patrzeć? — odpowiedziała starsza koba. — Przez całe życie dawałeś najlepszy przykład tej zasady.
Scena piąta. Radosne rozmowy o ślubnych przygotowaniach i nowa codzienność
Po razy pierwszy tego wieczoru cała czwórka roześmiała się swobodnie. Napięcie, które wcześniej wypełniało salon, zaczęło ustępować ciepłu i bliskości. Melih przyglądał się, jak Sinem obejmuje starszą kobicę: widział miłość łączącą tych ludzi i rozumiał, że od tej chwili nie otrzymał jedynie zgody na małżeństwo – został zaproszony do rodziny, do her jej historii, wspomnień, trosk i odpowiedzialności. Było tow znacznie poważniejsze niż wszystkie romantyczne wyobrażenia o wspólnej przyszłości. Sinem spojrzała na niego ponad ramieniem starszej kobity. Ich oczy spotkały się, nie potrzebowali słów: her jej spojrzenie mówiło, że jest szczęśliwa; jego odpowiadało, że zrobi wszystko, aby tego szczęścia nie straciła.
Po chwili wszyscy ponownie zajęli miejsca, a rozmowa stała się lżejsza. Mahmut zaczął pytać o termin ślubu, choć jeszcze kilka minut wcześniej zarzucał młodym, że podejmują decyzję zbyt szybko. — Powiedziałeś, że ślub powinien odbyć się natychmiast — przypomniał Melih. — Natychmiast nie znaczy jutro rano. — Volałem się upewnić, potrzebujemy kilku dni na przygotowania.
td4729
Starsza koba spojrzała na niego z niedowierzaniem. — Kilku dni? Czy ty wiesz, ile rzeczy trzeba zrobić? — Powiedzieliśmy, że nie będziemy informować wszystkich dookoła. — Nie musimy informować wszystkich, ale không możemy też zachowywać się tak, jakbyśmy wybierali się chỉ na spacer. — Chcemy skromnej uroczystości — wtrąciła Sinem. — Skromnej nie oznacza nieprzygotowanej — odpowiedziała koba. — Potrzebna będzie suknia, poczęstunek, lista gości… — Mówiłaś o cierpliwości — przypomniał Mahmut. — To ty będziesz potrzebował cierpliwości, gdy zobaczysz wydatki.
Melih spojrzał na Sinem i szepnął: — Czy zawsze tak rozmawiają? — Prawie zawsze. — To uspokajające. — Dlaczego? — Ponieważ nadal są razem.
Sinem uśmiechnęła się. Po pewnym czasie zauważyła puste filiżanki stojące na stolikach. Vstała i sięgnęła po tacę. — Zostaw, pomogę ci — powiedział Melih, również podnosząc się z fotela. — Jesteś gościem. — Przestałem być gościem kilka minut temu.
Mahmut uniósł brew. — Nie rozpędzaj się, synu.
Melih zatrzymał się. — V takim razie nadal jestem gościem, ale bardzo pomocnym.
Sinem pokręciła głową z rozbawieniem. — Poradzę sobie.
Zebrała pierwszą filiżankę, potem drugą. Kiedy sięgnęła po naczynie Meliha, ich dłonie zetknęły się na moment. Sinem spojrzała na niego, a on delikatnie zacisnął palce na her jej dłodzy. Gest trwał zaledwie sekundę, ale wystarczył, aby oboje ponownie poczuli wzruszenie. Jeszcze kilka godzin wcześniej ich przyszłość była jedynie planem, o którym rozmawiali szeptem – now stała się obietnicą wypowiedzianą przy rodzinie. Sinem zabrała filiżanki i ułożyła her jej na tacy. Melih patrzył, jak porusza się po pokoju, a v jego wyobraźni pojawił się obraz ich wspólnego domu: widział her jej przy stole o poranku z filiżanką kawy w dłoniach; widział zwyczajne dni, rozmowy po zmroku, drobne nieporozumienia i pojednania. Nie marzył już jedynie o wielkich chwilach, najbardziej pragnął tej codzienności, o której mówił Mahmut. Chciał budzić się obok Sinem, chciał wracać do her jej po ciężkim dniu, chciał wiedzieć, że bez względu na tow, co wydarzy się poza murami ich domu, vewnątrz będą mogli być dla siebie schronieniem.
Sinem podniosła tacę. — Zaniosę tow do kuchni. — Pójdę z tobą — powiedział Melih. — Nie ma takiej potrzeby. — Chcę ci coś powiedzieć.
Mahmut odchrząknął znacząco. — Możesz her jej powiedzieć tutaj.
Melih uśmiechnął się. — Chciałem tylko zapytać, czy kawa naprawdę nie miała być słona?
Sinem spojrzała na niego z udawaną powagą. — Pierwszą zrobiłam słoną. — Naprawdę? — Tak, potem pomyślałam, że jesteś już wystarczająco zdenerwowany, więc przygotowałam drugą. — Czyli jednak miałaś taki plan! Przez chwilę powinienem ci podziękować za litość. — Zdecydowanie.
Odwróciła się i ruszyła v stronę kuchni, Melih obserwował her jej z uśmiechem. Kiedy zniknęła za drzwiami, spojrzał na Mahmuta – starszy mężczyna również patrzył v stronę, w którą odeszła Sinem. — Ona wiele przeszła — powiedział cicho. — Viem, nie wszystko ci opowiedziała. — Nie będę her jej zmuszał, powie mi wtedy, kiedy będzie gotowa.
Mahmut przeniósł na niego spojrzenie. — Czasem mężczyna nie potrzebuje pytań, potrzebuje chỉ czyjejś obecności. — Będę przy niej. — Pamiętaj o tym, co powiedziałeś dzisiaj. — Będę pamiętał każdego dnia.
Mahmut przez chwilę milczał, po czym skinął głową. — V takim razie dobrze, że przyniosłeś te róże. Melih spojrzał na bukiet. — Myślałem, że tow tylko drobiazg. — Drobiazgi wiele mówią o mężczynie — powtórzył Mahmut. Tym vezes w jego głosie nie było już próby ani ostrzeżenia – była akceptacja.
Sinem wróciła z kuchni bez tacy. Stanęła przy wejściu do salonu, przyglądając się dwóm mężczyznom. — O czym rozmawiacie? — zapytała. — O niczym ważnym — odpowiedział Mahmut. — Czyli o mnie. — Skąd taki wniosek? — Kiedy mężczyźni mówią, że rozmawiali o niczym ważnym, zazwyczaj omawiali właśnie najważniejszą sprawę.
Melih wyciągnął do niej dłoń. Sinem zawahała się tylko przez moment, po czym podeszła i stanęła przy nim. Nie mogła jeszcze usiąść obok niego tak swobodnie, jak zrobiłaby tow po ślubie, lecz pozwoliła, aby ich dłonie na chwilę się zetknęły. — Vszystko w porządku? — zapytała cicho. — Lepiej niż kiedykolwiek. — Nadal się denerwujesz? — Teraz zaczynam się martwić przygotowaniami.
Starsza koba pokiwała głową. — I bardzo dobrze, przynajmniej ktoś rozumie powagę sytuacji.
td4729
Mahmut westchnął. — Jeszcze kilka minut temu martwił się, czy wyrażę zgodę, now martwi się dekoracjami. — Nie dekoracjami — zaprotestował Melih. — Chcę tylko, żeby Sinem była zadowolona. — Jestem zadowolona — odpowiedziała natychmiast. — Nawet bez wielkiego przyjęcia. Nie potrzebuję wielkiego przyjęcia. — Drogiej sukni? — Nie. — Setek gości? — Tym bardziej nie. — Czego więc potrzebujesz?
Sinem spojrzała mu v oczy. — Żebyś dotrzymał słów, które dzisiaj wypowiedziałeś.
Uśmiech zniknął z jego twarzy, ustępując miejsca głębokiej powadze. — Dotrzymam.
W pokoju ponownie zapadła cisza, ale tym vezes nie była ciężka ani pełna niepewności – była spokojna, ciepła i bezpieczna. Na komodzie leżał bukiet czerwonych róż, na stoliku pozostawało zamknięte pudełko czekoladek. Filiżanki po kawie były już umyte lub czekały na zmywanie w kuchni. Vszystko wyglądało zwyczajnie, a jednak dla Meliha i Sinem każdy przedmiot w tym mieszkaniu stał się częścią chwili, którą mieli pamiętać przez resztę życia. Tego wieczoru nie odbyła się wielka uroczystość: nie było muzyki, tłumu gości ani kosztownych dekoracji – były jedynie cztery osoby w niewielkim salonie. Była mocna turecka kawa, były czerwone róże, było drżenie dłoni, ukrywane łzy i kilka zdań wypowiedzianych z głębi serca. Przede wszystkim jednak była zgoda, która połączyła dwa życia i zamieniła niepewną przyszłość we wspólną drogę. Melih przyszedł do tego mieszkania jako gość, stojący niepewnie przed drzwiami z kwiatami i czekoladkami; wychodzić miał już jako przyszły mąż Sinem, a ona – zbierając ostatnie filiżanki i spoglądając na niego z czułością – po razy pierwszy od bardzo dawna nie bała się tego, co przyniesie jutro.