Mukadder zacisnęła powieki. Bała się na niego spojrzeć.
— Cihan, nie wypowiadaj mojego imienia w taki sposób! — krzyknął. — Nie próbuj mówić do mnie jak matka, która popełniła drobny błąd i teraz chce przeprosić. Powiedz mi prawdę. Całą!
Kobieta zaczęła nerwowo oddychać. Uniosła się na łokciu, ale natychmiast opadła na poduszki, chwytając się za klatkę piersiową.
— To wszystko zaszło za daleko — wyszeptała. — Na początku nie wiedziałam, jaki mają plan. Przysięgam, synu. Myślałam, że chodzi tylko o to, żeby przekonać cię do pozostania przy Beyzie. Żeby uratować wasze małżeństwo, żebyś nie zostawił domu i rodziny dla Hancer.
Cihan zaśmiał się krótko, lecz w tym śmiechu nie było ani odrobiny radości.
— Uratować małżeństwo? — zapytał. — Nazywasz ratowaniem małżeństwa zniszczenie życia niewinnej kobiecie? Nazywasz ratowaniem rodziny odebranie mi prawa do decydowania o własnym losie?
— Nie chciałam cię skrzywdzić…
— A jednak zrobiłaś wszystko, żeby mnie skrzywdzić.

Mukadder zadrżała.
— Nusret powiedział, że to jedyne wyjście. Przekonywał mnie, że Hancer chce odebrać ci wszystko, że nie kocha ciebie, tylko twoje nazwisko i pieniądze. Beyza zapłakała, błagała mnie o pomoc. Mówiła, że bez ciebie nie ma dla niej życia…
— Więc postanowiłaś zniszczyć Hancer, aby Beyza mogła spokojnie żyć? — Cihan zrobił krok w stronę łóżka. — Nie przyszło ci do głowy, że Hancer także ma uczucia, że ja mam uczucia? Dla ciebie byliśmy tylko przeszkodą w realizacji twojego planu?
— Nie, to nie tak…
— Właśnie tak! — Jego krzyk odbił się echem od ścian.
Mukadder zasłoniła usta dłonią, tłumiąc szloch. Cihan zaczął chodzić po pokoju, jakby nie był w stanie dłużej pozostać w jednym miejscu. W jego umyśle pojawiały się obrazy z ostatnich miesięcy. Łzy Hancer, jej milczenie, oskarżenia, którymi ją zasypywał, spojrzenia pełne bólu, których wtedy nie potrafił zrozumieć. Przypomniał sobie każdą chwilę, w której uwierzył matce i Beyzie zamiast kobiecie, którą kochał.
— Powitowałaś, że dziecko zostało wykorzystane — odezwał się po chwili. — Co dokładnie miałaś na myśli?
Mukadder odwróciła głowę.
— Mamo, odpowiedz! — Kobieta podskoczyła, słysząc ten stanowczy ton.
— To dziecko… — zaczęła, dławiąc się łzami. — To dziecko nie miało być tylko sposobem na zatrzymanie cię przy Beyzie. Nusret chciał wykorzystać je do przejęcia majątku. Gdyby wszyscy uwierzyli, że jest twoim synem, Beyza zyskałaby silniejszą pozycję. Jako matka przyszłego dziedzica mogłaby żądać udziałów, pieniędzy i prawa do decydowania o firmie.
Cihan znieruchomiał.
— Czyje to dziecko?
Mukadder zacisnęła palce na kołdrze.
— Nie wiem.
— Kłamiesz!
— Naprawdę nie wiem! — zawołała. — Powiedziano mi tylko, że wszystko zostało przygotowane, że nikt nie odkryje prawdy. Beyza miała zachowywać się tak, jakby urodziła dziecko. Dokumenty zostały załatwione. Świadkowie przekupieni. Nusret zapewniał, że nie ma żadnego ryzyka.
Na twarzy Cihana pojawiło się przerażenie.
— I ty się na to zgodziłaś?
Mukadder nie odpowiedziała.
— Zgodziłaś się, aby obce niemowlę zostało wykorzystane w waszej intrydze? Pozwoliłaś, żeby wszyscy uwierzyli, że to mój syn?
— Chciałam mieć wnuka — wyszeptała kobieta. — Chciałam, żeby nazwisko rodziny przetrwało. Bałam się, że odejdziesz z Hancer, a ona odsunie cię od nas na zawsze.
td4729
Cihan patrzył na nią przez dłuższą chwilę, jakby widział ją po raz pierwszy. Kobieta, która go wychowała, przestała przypominać mu matkę. Dostrzegał przed sobą jedynie osobę owładniętą obsesją na punkcie nazwiska, pozycji i męskiego potomka.
— Chciałaś wnuka — powtórzył cicho. — Tak bardzo chciałaś męskiego dziedzica, że zgodziłaś się zniszczyć własnego syna.
— Nie wiedziałam, że to się tak skończy…
— A jak miało się skończyć? — zapytał. — Myślałaś, że będę szczęśliwy? Że będę żył u boku kobiety, której nie kocham, wychowując dziecko, które nie jest moje, podczas gdy Hancer będzie cierpiała gdzieś samotnie?
Mukadder wyciągnęła rękę w jego stronę.
— Cihan, ja naprawdę chciałam cię chronić…
Mężczyzna cofnął się, zanim zdążyła go dotknąć.
— Nie waż się!
— Jestem twoją matką!
— Matka nie robi czegoś takiego własnemu dziecku.
— Popełniłam błąd…
— To nie był błąd! — Cihan uderzył dłonią w stojącą obok komodę. — Błędem jest powiedzenie czegoś w gniewie. Błędem jest podjęcie złej decyzji w jednej chwili. Ty miesiącami kłamałaś mi prosto w twarz. Planowałaś każdy krok. Patrzyłaś, jak cierpię, i nadal milczałaś.
Mukadder zaczęła płakać jeszcze głośniej.
— Bałam się Nusreta! Kiedy zrozumiałam, czego naprawdę chcą, było już za późno. Powiedział, że jeśli się wycofam, ujawni mój udział. Groził, że stracę wszystko: dom, pozycję, ciebie… i dlatego wybrałaś milczenie.
— Byłam przerażona…
— Hancer także była przerażona — odpowiedział Cihan. — Została sama przeciwko wam wszystkim. Oskarżaliście ją, upokarzaliście, wyrzuciliście z tego domu. A ja… ja wam uwierzyłem.
Ostatnie zdanie wypowiedział ciszej. W jego głosie pojawiła się rozpacz. Cihan odwrócił się w stronę okna. Przez chwilę nie chciał, aby Mukadder widziała jego twarz. Oczy zaszły mu łzami, lecz natychmiast je otarł. Najbardziej bolała go nie tylko zdrada matki, lecz świadomość, że sam przyczynił się do cierpienia Hancer.
— Pamiętam jej spojrzenie — powiedział. — Stała przede mną i próbowała mi powiedzieć, że coś jest nie tak. Prosiła, żebym jej zaufał, a ja oskarżyłem ją o zazdrość. Powiedziałem, że nie potrafi zaakceptować mojego dziecka.
Mukadder opuściła głowę.
— Wiem.
— Nie, nie wiesz. Nie masz pojęcia, co wtedy czułem. Kocham ją, a mimo to odrzuciłem ją z powodu waszych kłamstw.
— Możesz ją odzyskać…
Cihan gwałtownie się odwrócił.
— Myślisz, że wystarczy, że do niej pójdę i powiem: „Przepraszam, moja matka i żona oszukały mnie w sprawie dziecka”? Myślisz, że wszystko wróci do dawnego porządku? Hancer cię kocha, a ja udowodniłem jej, że nie zasługuje na tę miłość.
Mukadder z trudem podniosła się do pozycji siedzącej. Wyciągnęła ręce w stronę syna.
— Wybacz mi, synu. Proszę. Wiem, że nie mam prawa o to prosić, ale nie opuszczaj mnie. Zostałeś mi tylko ty.
Cihan patrzył na jej drżące dłonie. Dawniej taki widok natychmiast poruszyłby jego serce. Podszedłby do niej, objął ją i zapewnił, że wszystko będzie dobrze. Tym razem jednak nie potrafił zrobić ani jednego kroku.
— Tobie został tylko syn — powiedział. — A co zostało mnie? Zabrałaś mi kobietę, którą kochałem. Zabrałaś mi spokój. Zabrałaś mi możliwość zaufania komukolwiek. Każdy dzień mojego życia był oparty na kłamstwie.
— Nie chciałam…
— Przestań powtarzać, czego nie chciałaś! Powiedz wreszcie, co zrobiłaś.
Mukadder chwyciła się za klatkę piersiową.
— Wiem, że zawiniłam. Wiem, że nie zasługuję na tuoi zaufanie. Ale jestem twoją matką. Nosiłam cię pod sercem. Wychowałam cię. Byłam przy tobie przez całe życie.
Cihan zacisnął usta i właśnie dlatego twoja zdrada boli najbardziej.
— Nie mam już matki.
Słowa zawisły w powietrzu niczym wyrok. Mukadder znieruchomiała. Jej twarz pobladła, a oczy rozszerzyły się z przerażenia.
— Nie mów tak! — wyszeptała. — Możesz mnie nienawidzić. Możesz mnie ukarać. Możesz odebrać mi wszystko, ale nie mów, że nie jestem twoją matką!
— Sama zrzekłaś się tego prawa w chwili, gdy wybrałaś swoje ambicje zamiast mojego szczęścia. — Cihan odwrócił się i ruszył w stronę drzwi.
— Synu, zaczekaj! — nie zatrzymał się. — Cihan, błagam cię, nie zostawiaj mnie samej!
Mężczyzna położył dłoń na klamce. Przez jedną krótką chwilę zawahał się, ale nie spojrzeniami za siebie.
— Powinnaś była pomyśleć o samotności, zanim skazałaś na nią Hancer. — Otworzył drzwi i wyszedł.
Mukadder została sama. Wpatrywała się w pusty próg, jakby nadal miała nadzieję, że syn zaraz wróci. Kiedy jednak usłyszała oddalające się kroki, wydała z siebie rozpaczliwy krzyk i osunęła się na poduszki.
— Cihan, wybacz mi! Proszę, wybacz mi! — Jej wołanie rozniosło się po całej rezydencji, lecz Cihan nie zawrócił.
Scena druga. Prawda o morderstwie i ucieczka Metina
W luksusowym salonie panował chaos, którego nie dało się ukryć nawet pod warstwą kosztownych dekoracji i eleganckich mebli. Niemowlę na rękach Beyzy płakało tak głośno, że jego krzyk docierał do każdego zakątka domu. Beyza kołysała dziecko nieporadnie, wykonując nerwowe ruchy.
— Cicho, proszę, przestań płakać — mówiła. — Czego jeszcze chcesz? Dostałeś mleko? Kołysałam cię. Dlaczego wciąż krzyczysz?
Dziecko nie reagowało. Jego płacz stawał się coraz bardziej rozpaczliwy. Beyza spojrzała w stronę schodów. Bała się, że ktoś usłyszy hałas, choć w takiej sytuacji było to nieuniknione. Od rana nie potrafiła uspokoić niemowlęcia. Gülsüm nie było w domu, a Beyza nigdy wcześniej nie zajmowała się dzieckiem samodzielnie.
Po chwili na schodach pojawił się Nusret. Mężczyzna schodził powoli, przyciskając palce do skroni.
— Czy ten krzyk nigdy się nie skończy? — zapytał poirytowany. — Słychać go nawet na piętrze. Od rana nie można spokojnie porozmawiać ani odpocząć.
— Myślisz, że ja tego nie słyszę? — odpowiedziała Beyza. — Próbuję wszystkiego.
— Najwyraźniej nieudolnie.
— W takim razie sam go uspokój!
Nusret zatrzymał się przed kanapą i spojrzał na niemowlę z niechęcią.
— Po co zgadzałaś się na ten plan, skoro nie umiesz nawet trzymać dziecka?
— Nie przypominam sobie, żebyś wcześniej wspominał o tym, że będę musiała zajmować się nim sama.
— Sądziłem, że masz wystarczająco dużo rozumu, żeby zatrzymać przy sobie służącą.
— Cihan wyrzucił Gülsüm. Nie mogłam nic zrobić.
— Mogłaś go przekonać.
— Nie mogłam ryzykować. Gülsüm wie zbyt wiele. Cihan zaczął ją podejrzewać.
TD4729
Nusret westchnął i wyciągnął ręce.
— Daj mi go.
Beyza natychmiast przekazała mu niemowlę. Przez kilka sekund Nusret próbował je kołysać, lecz robił to sztywno i niepewnie.
— No już przestań — mruczał. — Czego chcesz? Masz dach nad głową, jedzenie i ubrania droższe niż większość dorosłych ludzi.
Dziecko odpowiedziało jeszcze głośniejszym płaczem. Nagle Nusret skrzywił się i odsunął niemowlę od siebie.
— Co to za zapach?
Beyza spojrzała na niego bezradnie.
— Chyba trzeba zmienić pieluszkę.
— Chyba — powtórzył z obrzydzeniem. — Nie wiesz?
— Nie jestem pielęgniarką!
— Jesteś podobno jego matką. — Nusret niemal natychmiast oddał jej dziecko. — Weź go natychmiast.
Beyza przycisnęła niemowlę do piersi.
— Sam chciałeś go uspokoić.
— Nie będę zmieniał pieluch. Od tego są służące. Gülsüm nie może tu wrócić.
— Wręcz przeciwnie. Gülsüm musi wrócić jeszcze dzisiaj.
Na twarzy Beyzy pojawił się strach.
— Zwariowałeś? Cihan ją wyrzucił. Gdy zobaczy ją w domu, zacznie zadawać pytania.
— Cihan ma teraz inne problemy.
— Jakie?
Nusret spojrzał w stronę korytarza prowadzącego do pokoju Mukadder.
— Twoja teściowa nie czuje się najlepiej.
— Co jej jest?
— Sumienie — odpowiedział z pogardliwym uśmiechem. — Najwyraźniej odezwało się trochę za późno.
Beyza pobladła.
— Rozmawiała z Cihanem?
— Nie wiem.
— Musisz wiedzieć! — zawołała. — To ty miałeś ją pilnować. Mówiłeś, że Mukadder nigdy nas nie zdradzi.
— A ty mówiłaś, że potrafisz kontrolować własnego męża. Jak widać, oboje przeceniliśmy swoje możliwości.
Beyza zaczęła chodzić po salonie z dzieckiem na rękach.
— Jeżeli mu powiedziała…
— Uspokój się, panika niczego nie zmieni.
— Łatwo ci mówić! To ja jestem jego żoną. To ja twierdziłam, że urodziłam to dziecko. Jeżeli Cihan odkryje prawdę, wyrzuci mnie z domu.
— Wtedy znajdziemy inne rozwiązanie.
— Jakie?
— Hotel, ucieczkę za granicę. Najpierw zadzwoń do Gülsüm. Niech wraca i zajmie się dzieckiem.
— Nie chcę jej tutaj.
Nusret spojrzał na Beyzę chłodno.
— Nie pytam, czego chcesz. Dziecko krzyczy od kilku godzin, a ty zachowujesz się, jakbyś pierwszy raz widziała niemowlę.
— Bo pierwszy raz muszę zajmować się nim bez pomocy!
— W takim razie tym bardziej potrzebujesz Gülsüm.
— Ona może mnie szantażować.
— Nie zrobi tego. Cihan wyrzucił ją na bruk. Nie ma pieniędzy ani miejsca, do którego mogłaby pójść. Wróci, gdy tylko jej rozkażemy, a jeśli odmówi, przypomnimy jej, że także brała udział w naszym planie.
Beyza spuściła wzrok. Niemowlę nadal płakało, a jego głos wzmagał narastające w niej przerażenie. Nusret poprawił mankiet koszuli.
— Dopóki to dziecko nie przestanie krzyczeć, przenoszę się do hotelu.
— Nie możesz mnie teraz zostawić!
— Mogę i zrobię to. Nie mam zamiaru tracić snu z powodu twojej nieudolności.
— Nusret, zaczekaj! Jeżeli Mukadder powiedziała prawdę, musimy działać razem.
— W takim razie idź i sprawdź, co dzieje się w domu. Ja nie będę ryzykował bez powodu.
Beyza ruszyła w stronę drzwi prowadzących do holu. Chciała odnaleźć Cihana, zanim ten sam przyjdzie do salonu. Zamierzała wybadać jego nastrój, a w razie konieczności wymyślić kolejne kłamstwo. Kiedy jednak zbliżyła się do drzwi, te nagle się otworzyły. W progu stanął Cihan. Beyza zatrzymała się tak gwałtownie, że niemowlę zakołysało się w jej ramionach. Natychmiast przytrzymała je mocniej. Cihan nie odezwał się ani słowem. Patrzył na kobietę i dziecko. W jego oczach nie było już niepewności ani troski. Była w nich czysta nienawiść. Beyza próbowała się uśmiechnąć.
— Cihan, dobrze, że jesteś. Mały płacze od rana. Chyba źle się czuję. Może powinniśmy wezwać lekarza?
Cihan powoli wszedł do salonu.
— Od kiedy płacze?
— Od kilku godzin. Nie wiem, co mu jest.
— Nic dziwnego, że nie wiesz.
Beyza przełknęła ślinę.
— Co masz na myśli?
Cihan przeniósł wzrok na Nusreta.
— Ty także tutaj jesteś.
— To mój dom rodzinny — odpowiedział Nusret. — Mam prawo tu przebywać.
— To się wkrótce zmieni.
Beyza jeszcze mocniej przytuliła dziecko.
— Rozmawiałeś z matką?
Cihan spojrzał na nią tak, że natychmiast pożałowała tego pytania.
— Dlaczego się tego obawiasz?
— Nie obawiam się. Pytam tylko dlatego, że Mukadder źle się czuje.
— Właśnie, pytasz z troski o nią. Oczywiście ty nie potrafisz troszczyć się nawet o dziecko, które trzymasz na rękach.
Nusret zrobił krok naprzód.
— Uważaj, jak odzywasz się do swojej żony.
Cihan odwrócił się w jego stronę.
— Jeszcze jedno słowo, a wyrzucę cię stąd własnymi rękami.
— Nie masz prawa mi grozić.
— Mam prawo zrobić znacznie więcej.
Beyza cofnęła się. Wiedziała już, że Mukadder wyznała prawdę. W spojrzeniu Cihana nie było żadnych wątpliwości.
— Cihan, pozwól mi wszystko wyjaśnić.
— Wyjaśnić? — zapytał cicho. — Chcesz mi wyjaśnić, dlaczego przez miesiące kłamałaś, że to dziecko jest moje?
Beyza zamarła. Nusret także stracił pewność siebie. Przez kilka sekund jedynym dźwiękiem w salonie był płacz niemowlęcia.
— Nie wiem, co powiedziała ci Mukadder — odezwała się Beyza — ale ona jest chora. Jest zdenerwowana. Mogła pomieszać fakty.
— Nie próbuj teraz obwiniać jej choroby.
— To nie tak, jak myślisz…
— W takim razie powiedz mi, jak jest. Czy to moje dziecko?
Beyza otworzyła usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Cihan podszedł bliżej.
— Odpowiedz, Beyza. Dziecko płacze. Nie możemy rozmawiać w taki sposób. Czy to mój syn?! — Jego głos wstrząsnął całym salonem.
Dziecko rozpłakało się jeszcze głośniej. Beyza przycisnęła niemowlę do siebie, wykorzystując je niemal jak tarczę.
— Nie krzycz! Przestraszysz je!
— Wy wykorzystaliście to niewinne dziecko do oszustwa, a now udajesz troskliwą matkę!
Nusret stanął obok Beyzy.
— Nie masz żadnych dowodów.
— Zdobędę je. Badanie DNA zakończy tę farsę.
Na twarzy Beyzy pojawiła się panika.
— Nie musimy robić żadnego badania…
— Właśnie udowodniłaś, że musimy. — Cihan spojrzał na dziecko. Jego gniew na moment ustąpił miejsca smutkowi. Niemowlę nie było winne temu, co zrobili dorośli. — To dziecko potrzebuje prawdziwej opieki — powiedział. — Nie ludzi, którzy traktują je jak narzędzie do zdobycia majątku. — Następnie ponownie spojrzał na Beyzę. — Nie próbuj stąd uciekać. Nie dzwoń do nikogo. Za chwilę wrócę, a wtedy powiesz mi wszystko. — Odwrócił się i wyszedł, pozostawiając Beyzę i Nusreta w kompletnym osłupieniu.
Scena trzecia. Konfrontacja w sypialni i wielki powrót rodzeństwa
W tym samym czasie w kuchni atmosfera była równie napięta, choć Fadik próbowała zachować pozory normalności. Starsza kobieta siedziała przy stole i spokojnie obierała zieloną fasolkę. Jej ruchy były powolne i dokładne, jakby chciała odciąć się od chaosu panującego w pozostałej części rezydencji. Gülsüm stała przy blacie, nerwowo wycierając dłonie w ściereczkę.
— Mówię wam, w tym domu już nic mnie nie zdziwi — narzekała. — Pokój dziecięcy wygląda jak po przejściu burzy: rozbite dekoracje, przewrócone meble, porwane zasłony… A przecież wszystko kosztowało fortunę.
Aysu, która nalewała sobie herbaty, spojrzała na nią podejrzliwie.
— Kto to zrobił? Kto?
Gülsüm prychnęła. — Hancer, oczywiście.
Aysu odstawiła filiżankę.
— Siostra Hancer nigdy by czegoś takiego nie zrobiła.
— Och, ty zawsze wiesz najlepiej!
— Znam ją. Nie niszczy rzeczy z zazdrości.
— Nie byłaś tam. Ja widziałam, w jakim była stanie. Kiedy dowiedziała się o dziecku Beyzy, straciła panowanie nad sobą.
— Nie wierzę ci!
Gülsüm odwróciła się gwałtownie.
— Uważaj na słowa, dziewczyno.
— A ty uważaj, kogo oskarżasz. Hancer wiele przeszła. Wszyscy traktowali ją niesprawiedliwie, a now próbujesz zrobić z niej szaloną kobietę.
— Powiedziałam, że zdemolowała pokój, bo właśnie to zrobiła!
— Masz dowody?
— Nie muszę ci niczego udowadniać.
— Czyli nie masz.
Gülsüm podeszła do Aysu.
— Jeszcze raz odezwiesz się do mnie takim tonem, a pożałujesz.
Fadik odłożyła fasolkę i spojrzała na nią stanowczo.
— Dosyć!
— Ale ona mnie obraża!
— To ty zaczęłaś tę rozmowę. Od rana tylko plotkujesz i próbujesz skłócić wszystkich dookoła.
— Mówię prawdę.
— Prawda nie potrzebuje твоich złośliwości.
Gülsüm skrzyżowała ręce.
— Oczywiście w tym domu każdy broni Hancer. Jakby była święta!
Aysu zrobiła krok w jej stronę.
— Jest przynajmniej szczera.
— A co ty możesz o tym wiedzieć?
— Wiem, że nie udaje kogoś, kim nie jest.
Fadik natychmiast stanęła pomiędzy kobietami.
— Aysu, wystarczy. Nie pozwól się sprowokować.
Młoda dziewczyna odwróciła się, ale nadal patrzyła na Gülsüm z niechęcią.
— Nie mogę słuchać tych bzdur.
— W takim razie wyjdź — odpowiedziała Gülsüm. — To ty zostałaś wyrzucona z tego domu. Nie ja trafiła w czuły punkt. Twarz Gülsüm poczerwieniała.
— Jeszcze tu wrócę! Pani Beyza mnie potrzebuje.
— Może dlatego, że bez ciebie nie potrafi zająć się własnym dzieckiem.
— Nie wtrącaj się w sprawy dorosłych.
— Sama zaczęłaś opowiadać o nich całej kuchni!
Fadik uderzyła dłonią w stół.
— Koniec! Ani słowa więcej. W tym domu dzieje się wystarczająco dużo. Nie potrzebujemy kolejnej kłótni.
Gülsüm odwróciła się i zaczęła układać naczynia, celowo robiąc przy tym dużo hałasu. Aysu wyjęła telefon.
— Co robisz? — zapytała Fadik.
— Dzwonię do Meliha. Od kilku godzin nie wrócił i nie odpowiada na wiadomości. Chcę wiedzieć, gdzie jest.
— Pewnie znowu wtrącił się w cudze problemy — mruknęła Gülsüm.
Aysu spojrzała na nią chłodno.
— Przynajmniej pomaga ludziom zamiast ich oczerniać. — Nie czekając na odpowiedź, wyszła z kuchni z telefonem przy uchu.
Scena czwarta. Ostateczna konfrontacja i upadek morderców
Daleko od rezydencji, na niewielkiej ławce stojącej obok pustego boiska, siedzieli Hancer i Melih. Wiatr poruszał gałęziami drzew, a w oddali słychać było pojedyncze odgłosy przejeżdżających samochodów. Hancer siedziała pochylona, ze splecionymi dłońmi opartymi na kolanach. Jej twarz była blada, a oczy zaczerwienione od płaczu. Melih podał jej butelkę wody.
— Napij się, od kilku minut ledwo oddychasz.
Hancer przyjęła butelkę, ale nie odkręciła zakrętki.
— Nie mogę.
— Musisz. Nie jesteś teraz odpowiedzialna tylko za siebie.
Na dźwięk tych słów Hancer zamknęła oczy.
— Właśnie dlatego tak się boję.
Melih usiadł bliżej.
— Powiedz mi dokładnie, co się wydarzyło.
— Poszłam do pokoju dziecięcego. Chciałam tylko zostawić pudełko. Nic więcej. Nie zamierzałam niczego dotykać ani z nikim rozmawiać.
— Jakie pudełko?
— Były w nim małe buciki. Zrobiłam je sama. — Melih spojrzał na nią ze współczuciem. — Dla twojego dziecka. — Hancer skinęła głową. — Chciałam je schować, zanim ktoś je zobaczy. Wtedy usłyszałam głos Beyzy: mówiła o kolejnym dziecku. Powiedziała, że Cihan znowu zostanie ojcem.
— Kolejnym?
— Tak. Myślałam, że skoro mają już syna, to teraz spodziewają się następnego dziecka. Zrobiło mi się słabo, pudełko wypadło mi z rąk. Beyza weszła i zobaczyła mnie przy łóżeczku.
— Co powiedziała?
— Zapytała, dlaczego grzebię w rzeczach jej dziecka. Oskarżyła mnie o zazdrość. Powiedziała, że nigdy nie pogodzę się z tym, że Cihan stworzył rodzinę z nią. — Hancer zakryła twarz dłońmi. — Nie mogłam tam zostać, uciekłam.
— Czy Beyza widziała buciki?
— Chyba no. Szybko schowałam pudełko. Ale jeśli je zobaczyła, jeśli domyśli się prawdy…
— Hancer, dłużej nie możesz tego ukrywać.
Kobieta spojrzała na niego z przerażeniem.
— Muszę.
— Nie. Cihan ma prawo wiedzieć, że będzie ojcem.
— On już jest ojcem!
— To nie zmienia faktu, że nosisz jego dziecko.
— Właśnie to wszystko zmienia! — Hancer wstała z ławki i przeszła kilka kroków, próbując opanować emocje. — Gdyby powiedziała mu prawdę wcześniej, może wszystko wyglądałoby inaczej. Ale teraz ma syna z Beyzą. A jeśli naprawdę spodziewają się kolejnego dziecka, nie mogę wejść między nich i zniszczyć ich rodziny.
— To nie ty ją niszczysz. Prawda nie jest zniszczeniem.
— Łatwo ci mówić.
— Wiem, że to trudne, ale milczenie skrzywdzi wszystkich jeszcze bardziej.
Hancer odwróciła się do niego.
— Znam Cihana. Gdy dowie się o dziecku, nie odpuści. Nie pozwoli mi odeść, zażąda, żebym wróciła.
— Może właśnie tego pragniecie oboje.
— A Beyza? A jej dzieci?
— Beyza dokonała własnych wyborów.
— Jej dziecko nie dokonało żadnego wyboru — odpowiedziała Hancer. — Ono jest niewinne, tak samo jak moje.
Melih westchnął.
— Nie możesz poświęcić całego życia ze strachu, że ktoś inny będzie cierpiał.
— Nie chcę, żeby moje dziecko wychowywało się bez ojca — powiedziała przez łzy. — Każdego dnia myślę o tym, jak Cihan wziąłby je na ręce, jak uczyłby je chodzić, jak zasypiałby przy jego łóżeczku. Chcę, żeby znało jego głos i czuło się przy nim bezpiecznie.
— V takim razie powiedz mu.
Hancer pokręciła głową.
— A wtedy drugie dziecko straci ojca przeze mnie.
— Nie wiesz, czy tak się stanie.
— Viem, że Cihan mnie kocha.
— Ty także go kochasz.
— Vłaśnie dlatego muszę milczeć.
Melih spojrzał na nią z niedowierzaniem.
— Miłość nie polega na ukrywaniu przed kimś jego własnego dziecka.
Te słowa dotknęły ją boleśnie. Hancer usiadła ponownie na ławce.
— Myślisz, że tego nie wiem? Każdego wieczoru rozmawiam z dzieckiem. Przepraszam je, że nie mogę powiedzieć jego ojcu o jego istnieniu. Obiecuję, że zrobię wszystko, żeby było szczęśliwe. Ale kiedy wyobrażam sobie, że Cihan dowiaduje się prawdy, widzę, jak odchodzi od Beyzy. Widzę płaczące dziecko, które nie rozumie, dlaczego straciło ojca…
— A твоje dziecko zrozumie, dlaczego nigdy nie poznało własnego? — Hancer zamilkła. Melih kontynuował spokojniej: — Podejmujesz decyzję za wszystkich: za Cihana, za siebie i za dziecko. A może on nie chce żyć z Beyzą? Może jest przy niej tylko dlatego, że uważa, iż musi.
— Vłaśnie dlatego nie mogę mu powiedzieć. Gdyby nie było tego dziecka, wróciłby do mnie. Jestem tego pewna.
— Czyli wiesz, że jest nieszczęśliwy?
— Viem.
— A mimo to skazujesz go na życie w kłamstwie.
Hancer spojrzała na niego ze łzami w oczach.
— Nie chcę nikogo krzywdzić.
— Czasami próbując ochronić wszystkich, krzywdzimy ich najmocniej.
Zapadała cisza. Hancer wreszcie odkręciła butelkę i wypiła kilka łyków wody, jej ręce wciąż drżały.
— Potrzebuję czasu — powiedziała.
— Ile? Dziecko rośnie. Wkrótce nie będziesz mogła ukrywać ciąży.
— Vyjadę.
— Dokąd?
— Gdziekolwiek. Do miasta, w którym nikt mnie nie zna.
Melih zerwał się z ławki.
— Nie pozwolę ci samotnie uciekać!
— To nie twoja decyzja.
— Jesteś moją przyjaciółką! Nie będę patrzył, jak niszczysz własne życie.
W tej samej chwili jego telefon zaczął dzwonić – na ekranie pojawiło się imię Aysu. Melih odebrał.
— Słucham.
— Gdzie jesteś? — zapytała siostra. — Dzwonię od kilku godzin. W domu dzieje się coś dziwnego: Mukadder płacze, dziecko Beyzy krzyczy, a Cihan wygląda, jakby chciał kogoś zabić.
Melih spojrzał na Hancer.
— Jestem zajęty.
— Czym?
— Vażną sprawą.
— Znowu pomagasz komuś, kto wpakował się w kłopoty?
— Aysu, porozmawiamy później. Melih, naprawdę nie mogę teraz rozmawiać. — Rozłączył się i schował telefon do kieszeni.
— Co się stało? — zapytała Hancer.
— Nic pewnego. V rezydencji podobno panuje chaos.
Hancer pobladła.
— Może Beyza powiedziała Cihanowi, że byłam w pokoju dziecięcym? Albo wydarzyło się coś zupełnie innego. Muszę tam wrócić.
Melih chwycił ją za ramię.
— Przed chwilą chciałaś wyjechać.
— Jeżeli ktoś oskarżył mnie o zniszczenie pokoju, muszę się bronić!
— Najpierw uspokój się.
— Nie mogę. Cihan może uwierzyć Beyzie, znowu pomyśli, że zrobiłam coś z zazdrości.
Melih spojrzał jej prosto w oczy.
— A może właśnie teraz wyszła na jaw prawda, której wszyscy tak bardzo się bali?

Hancer nie znała odpowiedzi. Nie wiedziała, że w tej samej chwili Cihan stał w salonie naprzeciwko Beyzy i Nusreta, żądając wyjaśnienia pochodzenia niemowlęcia. Nie wiedziała, że kłamstwo, przez które postanowiła ukryć własną ciążę, właśnie zaczynało się rozpadać. Przycisnęła dłoń do brzucha.
— Cokolwiek się wydarzy — wyszeptała — muszę ochronić moje dziecko.
Melih skinął głową.
— Ochronisz je najlepiej, mówiąc jego ojcu prawdę.
Hancer spojrzała w stronę drogi prowadzącej do rezydencji. W jej oczach wciąż było przerażenie, lecz pojawiła się w nich także pierwsza iskra determinacji. Nie wiedziała jeszcze, czy znajdzie w sobie odwagę, aby powiedzieć Cihanowi, że nosi pod sercem jego dziecko. Wiedziała jednak, że czas uciekał, a każda kolejna chwila milczenia pogłębiała przepaść między nimi. Nad rezydencją zbierały się ciemne chmury – sekrety Mukadder, Beyzy i Nusreta przestały być bezpieczne, a prawda o dwóch dzieciach miała wkrótce odmienić los całej rodziny. Jedno z nich zostało wykorzystane jako część bezwzględnego oszustwa. Drugie było owocem miłości, o której Hancer próbowała zapomnieć. A Cihan, nieświadomy jeszcze najważniejszej prawdy, właśnie rozpoczynał walkę, która mogła odebrać mu wszystko albo przywrócić mu rodzinę, za którą tęsknił od dawna.