Dla pani to tylko kilkaset metrów, a dla mnie złamanie polecenia. Firma śledzi trasę pojazdu. Jeśli zatrzyczę się w nieodpowiednim miejscu i ktoś to sprawdzi, będę musiał się tłumaczyć.
— Powiem, że sama o to poprosiłam!
— I myśli pani, że to coś zmieni? — Kierowca pokręcił głową.
Hancer otworzyła usta, ale nie znalazła odpowiednich słów. W jej oczach pojawił się strach, którego mężczyzna początkowo nie dostrzegał. Teraz, kiedy lepiej przyjrzał się jej twarzy, zauważył, że koba nie kaprysiła – ona naprawdę bała się wysiąść. Mimo to pozostał nieugięty.
— Mam rodzinę — powiedział spokojniej — żonę i dwoje dzieci. Starszy syn idzie w przyszłym roku do szkoły. Nie mogę ryzykować utraty pracy, bo ktoś nie chce wysiąść pod wskazanym adresem.
— Nie proszę pana, żeby pan stracił pracę…
— Ale właśnie tego pani ode mnie wymaga. Może dla pani to drobiazg, lecz gdyby kierownik się dowiedział, to ja poniósłbym konsekwencje. A jeżeli pani wysiądzie i po prostu stąd odejdzie, może pani zrobić, co pani chce. Moim obowiązkiem jest dowieźć panią pod ten adres. Właśnie to zrobiłem.
Hancer spojrzała na bramę. Metalowe zdobienia układały się w misterne wzory, ale w jej oczach przypominały kraty. Za nimi rozciągał się ogród: spokojny i piękny, a jednak dziewczyna czuła się tak, jakby obserwowała wejście do pułapki.
— Proszę — odezwała się jeszcze raz. — Niech pan powie, że mnie pan nie zastał, albo że źle się poczułam.
Kierowca zmarszczył brwi. — Nie będę kłamał.
— To nie musi być kłamstwo, ja naprawdę źle się czuję!
— W takim razie może pani zadzwonić do agencji. Ja jednak muszę kontynuować trasę, mam jeszcze kilka osób do rozwiezienia. — Hancer dostrzegła w jego spojrzeniu zniecierpliwienie. — Proszę wysiąść — dodał. — Nie mogę tutaj stać przez cały dzień.
— Nie rozumie pan?
— Być może nie rozumiem, ale pani również nie próbuje zrozumieć mnie. Każdy ma swoje problemy.
Te słowa uderzyły Hancer boleśniej, niż się spodziewała. Każdy miał swoje problemy – mężczyzna musiał utrzymać rodzinę, ona także próbowała pomóc swoim bliskim. Oboje znaleźli się w sytuacji, w której jedno nie mogło ustąpić drugiemu. Hancer zamknęła oczy i przez chwilę walczyła z narastającą paniką. Potem powoli chwyciła torbę.
— Dobrze — powiedziała prawie bezgłośnie.
Kierowca nacisnął przycisk otwierający drzwi. — Proszę zabrać wszystkie rzeczy.
Dziewczyna wstała, nogi miała tak słabe, że musiała przytrzymać się oparcia siedzenia. Zeszła po stopniach, a gdy jej buty dotknęły chodnika, ogarnęło ją nieprzyjemne wrażenie, że właśnie przekroczyła granicę, za którą nie będzie już odwrotu. Drzwi busa zamknęły się za jej plecami. Hancer odwróciła się: przez szybę zobaczyła kierowcę, który jedynie skinął głową, po czym ruszył. Biały pojazd oddalał się coraz szybciej, aż wreszcie zniknął za zakrętem. Dziewczyna została sama. Przed nią stała rezydencja Develioglu, za nią ciągnęła się pusta ulica. Przez kilka sekund nie była w stanie się poruszyć. Dopiero dźwięk uruchamiającego się systemu przy bramie sprawił, że cofnęła się o krok. Kamera umieszczona na murze skierowała się w jej stronę – Hancer natychmiast odwróciła twarz. Nie mogła pozwolić, aby ktoś ją zobaczył.
Scena druga. Telefoniczne ultimatum agencji i Nusret w cieniu
Wyjęła telefon i nerwowo odszukała numer agencji zatrudnienia. Zawahała się przed naciśnięciem zielonej słuchawki – wiedziała, że przełożona nie będzie zadowolona, jednak liczyła, że uda jej się coś wyjaśnić. Nie mogła przecież wejść do tego domu. Nie po wszystkim, co się wydarzyło. Połączenie zostało odebrane po kilku sygnałach.
— Agencja „Nowy Początek”. Słucham — rozległ się chłodny, kobiecy głos.
— Dzień dobry. Mówi Hancer.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
— Hancer, powinnaś właśnie rozpoczynać pracę.
— Właśnie dlatego dzwonię.
— Gdzie jesteś? — Dziewczyna spojrzała na bramę przed rezydencją. — Więc w czym problem?
Hancer przełknęła ślinę. — Nie mogę wejść do tego domu.
W biurze agencji przełożona Hancer siedziała za szerokim biurkiem. Na jego powierzchni leżały umowy, formularze oraz kilka teczek z dokumentami pracowników. Kobieta miała na sobie elegancką marynarkę i idealnie ułożone włosy, a na jej twarzy pojawiło się niedowierzanie. Naprzeciwko niej, w skórzanym fotelu, siedział Nusret. Mężczyzna wyglądał spokojnie, choć uważnie obserwował każdą reakcję menedżerki. Kobieta włączyła głośnik i położyła telefon na biurku.
— Powtórz, bo chyba źle usłyszałam — powiedziała.
— Nie mogę podjąć pracy pod tym adresem — odpowiedziała Hancer. — Proszę mnie przenieść gdzieś indziej.
Przełożona odchyliła się w fotelu.

— Przenieść?
— Tak, do innego domu. Mogę sprzątać, gotować, zajmować się ogrodem – zrobię wszystko, tylko nie tutaj.
— Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, o czym mówisz?
— Zdaję sobie sprawę…
— Nie wydaje mi się! Wiesz, ile osób chciałoby otrzymać tę posadę? Rezydencja rodziny Develioglu to jeden z najlepszych adresów, z jakimi współpracujemy: dobre wynagrodzenie, zakwaterowanie, wyżywienie i stabilna umowa. A ty stoisz przed bramą i oznajmiasz mi, że nie wejdziesz?
— To nie chodzi o warunki.
— Więc o co?
Hancer spuściła wzrok. — To skomplikowane.
— Nie interesują mnie skomplikowane historie, interesuje mnie umowa, którą podpisałaś.
— Wiem, ale kiedy ją podpisywałam, nie znałam adresu.
— Adres został ci przekazany wczoraj.
— Otrzymałam tylko nazwę dzielnicy. Nikt nie powiedział mi, do jakiej rodziny jadę.
Przełożona zerknęła na Nusreta. Mężczyzna nie zareagował, ale w jego oczach pojawił się cień zainteresowania.
— Czy masz jakiś konflikt z rodziną Develioglu? — zapytała menedżerka.
Hancer zacisnęła palce na telefonie.
— Nie, nie znasz ich…
— Nie powiedziałam tego. Zapytałam, czy ich znasz.
Dziewczyna milczała. To milczenie wystarczyło, by przełożona nabrała podejrzeń.
— Hancer, nie mam czasu na zagadki. Albo podajesz mi prawdziwy powód, albo natychmiast wchodzisz do środka i rozpoczynasz pracę.
— Nie mogę powiedzieć.
— Czyli odmawiasz wykonania zlecenia bez żadnego uzasadnienia.
— Mam powód.
— Powód, którego nie zamierzasz ujawnić, nie jest dla mnie żadnym powodem.
— Proszę dać mi inną pracę, nawet gorzej płatną. Mogę pracować dłużej, nie będę narzekać.
— Myślisz, że zlecenia leżą na ulicy i czekają właśnie na ciebie? To nie jest sklep, w którym wybierasz sobie to, co najbardziej ci odpowiada. Podpisałaś dokumenty, zobowiązałaś się do rozpoczęcia pracy.
— Nie chcę sprawiać problemów…
— Właśnie je sprawiasz! — Głos kobiety zabrzmiał tak ostro, że Hancer odsunęła telefon od ucha.
Nusret uniósł brwi, jednak nadal nie przerywał rozmowy.
— Przez dwa dni negocjowałam warunki — ciągnęła przełożona. — Osobiście zapewniłam rodzinę Develioglu, że wysyłam osobę odpowiedzialną, punktualną i gotową do pracy. A teraz ty stoisz pod ich bramą i chcesz uciec?
— Nikogo nie chciałam oszukać…
— Ale właśnie to robisz! Proszę mnie wysłuchać: jeżeli teraz odejdziesz, uznamy to za jednostronne zerwanie umowy. Sprawa zostanie przekazana prawnikowi.
Hancer poczuła, że ziemia usuwa jej się spod nóg.
— Prawnikowi?
— Tak, w umowie znajduje się zapis dotyczący kary za rezygnację bez uzasadnionej przyczyny.
— Jakiej kary?
Przełożona sięgnęła po teczkę i zaczęła przeglądać dokumenty.
— Koszty transportu, przygotowania zatrudnienia, badań, ubezpieczenia i utraconego zlecenia. Do tego odszkodowanie, jeśli klient złoży skargę.
— Nie mam takich pieniędzy.
— Trzeba było o tym pomyśleć przed podpisaniem umowy.
— Mówiłam, że nie znałam adresu!
— To nie zwalnia cię z obowiązków.
— Ile musiałabym zapłacić?
Kobieta wymieniła kwotę. Hancer zbladła – suma była większa niż wszystko, co udało jej się zaoszczędzić przez ostatnie miesiące. Nawet gdyby sprzedała wszystkie swoje rzeczy, nie zdołałaby zebrać połowy.
— To niemożliwe… — wyszeptała.
— Nie ja sporządzałam przepisy.
— Przecież wie pani, że nie mam pieniędzy!
— W takim razie nie zrywaj umowy.
— A gdybym znalazła kogoś na swoje miejsce?
— To nie twoja rola.
— Mogę wrócić do agencji, porozmawiamy spokojnie…
— Nie ma o czym rozmawiać. Masz pracę, stoisz przed miejscem pracy. Wystarczy nacisnąć dzwonek.
Hancer spojrzała w stronę bramy, jej palce znów zaczęły drżeć.
— Nie rozumie pani, co to dla mnie znaczy.
— Masz rację, nie rozumiem, ponieważ niczego nie wyjaśniasz.
— Nie mogę.
— W takim razie ja również nie mogę ci pomóc. — W głosie przełożonej nie było już nawet złości, pozostał jedynie chłód. — Daję ci pięć minut — dodała. — Albo wejdziesz do rezydencji i rozpoczniesz pracę, albo zgłoszę zerwanie umowy. I uprzedzam: dopilnuję, aby każda agencja w mieście dowiedziała się, że nie można na tobie polegać.
— Chce mnie pani wpisać na czarną listę?
— Chcę chronić innych pracodawców przed osobą, która rezygnuje w ostatniej chwili.
— Nigdy wcześniej nikogo nie zawiodłam.
— Zawsze musi być pierwszy raz. Podjęłaś decyzję, Hancer. Teraz poniesiesz jej konsekwencje.
Połączenie zostało przerwane. Hancer przez chwilę trzymała telefon przy uchu, jakby nadal słuchała głosu przełożonej. Dopiero po kilku sekundach powoli opuściła rękę. V biurze menedżerka rzuciła telefon na biurko.
— Niewiarygodne! — wybuchnęła. — Załatwiam jej najlepsze zlecenie, a ona zachowuje się tak, jakbym wysyłała ją do więzienia.
Nusret oparł dłonie na poręczach fotela.

— Może ma swoje powody?
— Wszyscy mają powody: jeden nie lubi dzieci, drugi nie chce pracować w weekendy, trzeci boi się psów. Gdybym miała spełniać każdy kaprys, zamknęłabym agencję po tygodniu.
— Nie wyglądało to na kaprys.
— A na co?
— Na strach.
Kobieta prychnęła.
— Strach przed bogatym domem? Być może nie chodzi o sam… — Menedżerka zmrużyła oczy. — Wiesz coś, czego ja nie wiem?
— Nie, po prostu słuchałem.
— Ja też słuchałam – nie podała żadnego konkretnego powodu.
— Czasami ludzie nie mogą powiedzieć wszystkiego, a czasami próbują manipulować innymi, aby uniknąć odpowiedzialności. — Nusret spojrzał w stronę okna. — Odpuść jej.
— Co?
— Znajdź kogoś innego, nie przekazuj sprawy prawnikom.
— Dlaczego miałabym to robić?
— Bo proces będzie kosztował więcej czasu i nerwów niż znalezienie nowej pracownicy.
— Tu nie chodzi wyłącznie o pieniądze, chodzi o zasady.
— Zasady nie zawsze muszą oznaczać karę.
Kobieta odsunęła krzesło i wstała.
— Łatwo ci mówić. To nie ty będziesz tłumaczył się rodzinie Develioglu. To moje nazwisko widnieje na umowie z klientem, moja reputacja jest zagrożona!
— Twojej reputacji nie zniszczy jedna przestraszona dziewczyna.
— Jeżeli pozwolę jej odejść bez konsekwencji, inni zrobią to samo.
— Skąd inni mieliby się o tym dowiedzieć? To nie o to chodzi. — Nusret westchnął.
— Właśnie o to chodzi! Chcesz ją ukarać, ponieważ poczułaś się urażona.
Menedżerka gwałtownie odwróciła się w jego stronę.
— Nie pouczaj mnie, jak mam prowadzić własną agencję.
— Nie pouczam, radzę.
— Twoja rada została wysłuchana i odrzucona. Jeśli Hancer odejdzie, skieruję sprawę do prawnika.
— Dziewczyna wyraźnie powiedziała, że nie ma pieniędzy.
— To będzie spłacać zobowiązanie.
— Przez ile lat?
— Tak długo, jak będzie trzeba.
Nusret pokręcił głową.
— Naprawdę chcesz zniszczyć jej życie z powodu jednego zlecenia?
— Sama je niszczy, ja tylko dopilnuję, aby poniosła odpowiedzialność. A groźba, że nigdy więcej nie znajdzie pracy… — Kobieta zamilkła na chwilę, lecz po chwili uniosła podbródek: — Jeżeli jest nieodpowiedzialna, inne agencje powinny o tym wiedzieć.
— Nie znasz jej historii?
— Nie muszę znać. Prowadzę firmę, nie organizację charytatywną.
Nusret przyjrzał się jej uważnie.
— Czasami jedno zdanie wypowiedziane w gniewie może zepchnąć człowieka w miejsce, z którego nie będzie już powrotu.
— Nie dramatyzuj.
— To ty grozisz jej prawnikami, długiem i zawodowym wykluczeniem.
— Ponieważ podpisała umowę! Umowy tworzą ludzie.
— Mogą też wykazać się odrobiną człowieczeństwa.
Menedżerka wróciła na swoje miejsce.
— Rozmowa skończona.
Nusret nie odpowiedział. Z jego twarzy trudno było wyczytać, co myślał, jedno było jednak pewne: zachowanie Hancer wzbudziło jego zainteresowanie. Dziewczyna znała rodzinę Develioglu lub przynajmniej kojarzyła tę rezydencję – bała się jej tak bardzo, że była gotowa zrezygnować z najlepszej pracy, jaką mogła dostać. Pozostawało pytanie: dlaczego?
Scena trzecia. Bolesne wspomnienie i ostateczny dylemat
Tymczasem Hancer nadal stała przy bramie. Telefon bezwładnie zwisał w jej dłoni. Dziewczyna czuła, jak w oczach zbierają się łzy, ale nie pozwoliła im wypłynąć. Zacisnęła usta i odwróciła się plecami do rezydencji. Mogła odejść – wystarczyło zrobić pierwszy krok, a potem kolejny. Mogła wrócić na główną ulicę, znaleźć przystanek i pojechać do domu. Zamknęłaby drzwi, usiadła obok Emira i przez kilka godzin udawała, że wszystko jest w porządku. Ale co później? Prawnik, kara umowna, brak pracy, długi… Groźba przełożonej odbijała się echem w jej głowie: „Dopilnuję, aby każda agencja w mieście dowiedziała się, że nie można na tobie polegać”.
Hancer zamknęła oczy i wtedy przed jej oczami pojawił się zupełnie inny obraz: nie widziała już szerokiej ulicy ani okazałej posiadłości, zamiast tego znalazła się w małym, ciasnym mieszkaniu, którego ściany od dawna wymagały odmalowania. Stary grzejnik ledwo działał, a przez nieszczelne okna wpadało chłodne powietrze. Przy stole siedział Emir. Chłopiec trzymał w dłoni zmiętą kartkę ze szkoły, jego oczy były zaczerwienione od płaczu, a dolna warga drżała.
— Vszyscy jadą — powiedział cicho. — Cała klasa.
Cemil, stojący obok kredensu, nerwowo przeszukiwał kieszenie kurtki.
— Powiedziałem, że coś wymyślę, ale wycieczka jest pojutrze.
— Viem, synku.
— Nauczycielka powiedziała, że pieniądze trzeba przynieść jutro rano.
Cemil wyciągnął z kieszeni kilka monet i położył je na stole – była to kwota tak mała, że nawet Emir natychmiast zrozumiał, iż nie wystarczy. Mężczyzna ponownie sięgnął do kieszeni, jakby wierzył, że za drugim razem znajdzie w niej ukryty banknot. Nie znalazł.
— Może wycieczka zostanie przełożona — powiedział, unikając spojrzenia chłopca.
— Nie zostanie.
— Nigdy nic nie wiadomo.
Emir opuścił głowę.
— Obiecałem kolegom, że pojadę.
Derya stała przy kuchennym blacie, odkładając talerze z większą siłą, niż było to konieczne. V końcu nie wytrzymała, odwróciła się do Cemila:
— Po co mu obiecywałeś? Viedziałeś, że nie mamy pieniędzy!
— Nie obiecywałem, powiedziałem tylko, że spróbuję.
— Dla dziecka „spróbuję” oznacza tak!
— Nie zaczynaj, Derya.
— Ja zaczynam? To zawsze ja muszę tłumaczyć mu, dlaczego nie możemy kupić nowych butów, dlaczego nie ma pieniędzy na zeszyty i dlaczego nie może jechać tam, gdzie jadą jego koledzy!
— Myślisz, że mnie to nie boli?
— Gdyby cię bolało, znalazłbyś rozwiązanie.
Cemil spojrzał na nią z gniewem.
— Pracuję od rana do nocy, a mimo to ciągle nie mamy za co żyć! Co mam zrobić? Ukraść?!
— Nie powiedziałam tego, ale właśnie to sugerujesz.
Emir skulił się na krześle.
— Nie kłóćcie się, proszę.
td4729
Hancer, która siedziała w rogu pokoju i cerowała stary sweter, natychmiast odłożyła igłę.
— Niki się nie kłóci — powiedziała łagodnie.
— Kłócicie się przeze mnie…
— Nie przez ciebie.
— Gdybyg nie chciał jechać, nie byłoby problemu.
Te słowa sprawiły, że dorośli zamilkli. Hancer podeszła do chłopca i przykucnęła obok niego.
— Masz prawo chcieć pojechać, ale nie mamy pieniędzy… Ja mam trochę oszczędności.
Cemil natychmiast pokręcił głową.
— Nie, to tylko kilka banknotów.
— Miałam je zachować na później, ale…
— Powiedziałem: nie. Emir powinien jechać.
— A ty za co kupisz bilet do pracy? Za co zapłacisz za jedzenie?
— Jakoś sobie poradzę.
Derya spojrzała na Hancer, lecz nic nie powiedziała – w jej oczach pojawiła się nadzieja wymieszana ze wstydem. Hancer sięgnęła do kieszeni swetra.
— Naprawdę mogę dać te pieniądze.
Emir spojrzał na nią, ale zamiast radości na jego twarzy pojawiło się zakłopotanie.
— Nie chcę.
— Dlaczego?
— Bo to obce pieniądze.
Hancer znieruchomiała.
— Nie jestem obca.
Chłopiec natychmiast zrozumiał, że ją zranił.
— Nie o to mi chodziło… Viem. Ty też prawie nigdy nie masz pieniędzy — powiedział Emir. — Jeśli wezmę twoje, to ty nie będziesz miała nic. Koledzy zapytają, skąd je dostałem… Będzie mi wstyd.
— Nie powinieneś się wstydzić pomocy.
— Ale ja chcę, żeby tata zapłacił.
Cemil odwrócił twarz – te niewinne słowa syna były dla niego bardziej bolesne niż wszystkie zarzuty Deryi.
— I zapłacę — oznajmił po chwili.
Derya spojrzała na niego sceptycznie.
— Jak?
— Jutro pójdę do szkoły, porozmawiam z dyrektorem i…
— Co mu powiesz? Prawdę, że nie jesteśmy w stanie zapłacić za wycieczkę własnego dziecka?
— Powiem, że mamy chwilowe problemy.
— Chwilowe, Cemil? Te problemy trwają od lat!
— Komitet rodzicielski ma fundusz na takie sytuacje. A jeśli odmówią? Nie odmówią. Skąd wiesz? Bo Emir jest dobrym uczniem, nigdy nie sprawiał problemów. Zasługuje, żeby pojechać.
Derya odwróciła się do okna.
— Każde dziecko zasługuje — powiedziała cicho — tylko nie każdy musi błagać o pomoc.
W pokoju zapadła ciężka cisza. Emir otarł oczy rękawem.
— Nie muszę jechać…
— Pojedziesz — zapewnił Cemil. — Jutro wszystko załatwię.
— Naprawdę?
Mężczyzna uśmiechnął się, choć w jego spojrzeniu czaił się lęk.
— Naprawdę.
Chłopiec skinął głową, ale nie wydawał się przekonany. Hancer obserwowała Cemila i wiedziała, że jego obietnica może okazać się niemożliwa do spełnienia: dyrektor mógł odmówić, fundusz mógł być pusty, ktoś mógł uznać, że rodzinie nie należy się pomoc. Wiedziała też, że w domu brakowało nie tylko pieniędzy na wycieczkę – kończyła się żywność, rachunek za prąd leżał niezapłacony od kilku tygodni, Derya od dawna odkładała wizytę u lekarza, ponieważ nie chciała wydawać pieniędzy na badania, Cemil miał długi, o których nie mówił głośno, a Emir był tylko dzieckiem, które chciało spędzić jeden dzień z kolegami.
Scena czwarta. Otwarcie bramy i powrót do Develi Konagi
Wspomnienie rozpłynęło się tak szybko, jak się pojawiło. Hancer znów stała przed rezydencją. W gardle czuła gorzki ucisk. Przypomniała sobie oczy Emira, jego zmiętą kartkę oraz słowa: „Ty też prawie nigdy nie masz pieniędzy”. Jeśli teraz odejdzie, nie pomoże ani jemu, ani Cemilowi, ani Deryi – przeciwnie, sprowadzi na nich kolejny problem. Kara umowna mogła pogrążyć ich wszystkich, ale wejście do rezydencji również miało swoją cenę. Hancer odwróciła się powoli i spojrzała na dom. Gdzieś za tymi ścianami znajdował się świat, od którego próbowała uciec, ludzie, których nie chciała spotkać, wspomnienia, które przez długi czas starała się zakopać głęboko w sobie. Najbardziej bała się jednak nie samego domu – bała się Cihana. Nie wiedziała, czy przebywał w rezydencji, czy może wyjechał. Nie wiedziała, co zrobi, gdy ją zobaczy: czy spojrzy na nią z gniewem, czy spróbuje ją wyrzucić, a może zachowa się tak, jakby jej nie znał. Każda z tych możliwości wydawała się równie bolesna. Hancer podeszła kilka kroków do bramy, ale zaraz się zatrzymała.
— Nie dam rady… — wyszeptała.
W jej głowie natychmiast odezwał się głos przełożonej: „Albo wejdziesz, albo zgłoszę zerwanie umowy”. Dziewczyna zacisnęła dłoń na pasku torby.
— Musisz — powiedziała sama do siebie. — Nie masz wyboru.
Zrobiła następny krok. Kamera nad bramą ponownie skierowała się w jej stronę – tym razem Hancer nie odwróciła twarzy. Podeszła do panelu domofonu i uniosła rękę, lecz jej palec zatrzymał się kilka centymetrów nad przyciskiem. Wystarczyło nacisnąć – jeden niewielki ruch miał oddzielić jej dotychczasowe życie od tego, co czekało ją w środku. Przypomniała sobie słowa kierowcy: „Każdy ma swoje problemy”. Przypomniała sobie groźby agencji. Przypomniała sobie zapłakanego Emira. Przypomniała sobie również twarz Cihana. Serce uderzało jej tak mocno, że niemal zagłuszało wszystkie inne dźwięki.
— Robię to dla nich — wyszeptała — tylko dla nich.
Nacisnęła przycisk. Po chwili z głośnika dobiegł kobiecy głos.
— Słucham.
Hancer próbowała odpowiedzieć, ale głos uwiązł jej w gardle.
— Kto tam? — powtórzyła osoba po drugiej stronie.
Dziewczyna wzięła głęboki oddech.
— Dzień dobry. Nazywam się Hancer. Przysłała mnie agencja.
Zapadła krótka cisza.
— Proszę zaczekać.
Hancer odsunęła dłoń od panelu. Wewnątrz mechanizmu coś kliknęło, a ogromna brama zaczęła się powoli otwierać. Dziewczyna patrzyła, jak metalowe skrzydła rozchodzą się na boki – z każdym centymetrem odsłaniały coraz większy fragment alejki, ogrodu i monumentalnej fasady domu. Droga była wolna, mogła wejść, jednak jej ciało nadal odmawiało posłuszeństwa. Przez krótką chwilę rozważała ucieczkę: brama była otwarta, ale nikt jeszcze do niej nie wyszedł – mogła odwrócić się i pobiec. Być może zdołałaby zniknąć, zanim domownicy ją zobaczą. Vtedy wyobraziła sobie powrót do domu: Derya natychmiast zapytałaby, jak minął pierwszy dzień, Emir spojrzałby na nią z nadzieją – być może zapytałby, czy otrzyma zaliczkę na wycieczkę, Cemil próbowałby ukryć rozczarowanie, choć sam nie wiedziałby, skąd wziąć pieniądze. Nie mogła wrócić z pustymi rękami. Nie mogła pozwolić, żeby przez jej strach Emir znów musiał z czegoś zrezygnować.
Hancer wyprostowała plecy, choć jej oczy nadal były pełne niepokoju. Uniosła torbę i zrobiła pierwszy krok za bramę, potem drugi – każdy kolejny wydawał się trudniejszy od poprzedniego. Żwir chrzęścił pod jej butami, a ten zwyczajny odgłos brzmiał w jej uszach jak ostrzeżenie. Brama zaczęła zamykać się za jej plecami. Hancer obejrzała się: przez zwężającą się szczelinę widziała ulicę, którą jeszcze przed chwilą mogła odejść. Obraz zewnętrznego świata stawał się coraz węższy, aż wreszcie metalowe skrzydła połączyły się z głuchym dźwiękiem. Droga odwrotu została zamknięta.
Dziewczyna stała przez moment nieruchomo, po czym spojrzała na rezydencję. Na szczycie szerokich schodów otworzyły się drzwi wejściowe, pojawiła się w nich kobieta w służbowym stroju.
— Pani z agencji? — zawołała.
td4729
Hancer skinęła głową. — Tak.
— Proszę podejść, wszyscy na panią czekają.
„Wszyscy?” To słowo wypełniło ją jeszcze większym lękiem. Czy również na nią czekał? Czy wiedział, że została zatrudniona? Czy może jej pojawienie się miało być dla niego niespodzianką? Hancer ruszyła w stronę domu, na jej twarzy malowało się zrezygnowanie, lecz pod warstwą strachu kryła się również determinacja. Nie przyszła tutaj dlatego, że tego chciała – nie kierowała nią ciekawość ani nadzieja na nowe życie. Zmusiły ją okoliczności: bieda oraz odpowiedzialność za ludzi, których kochała. Wiedziała, że od tej chwili będzie musiała kontrolować każdy gest i każde słowo. Musiała zachowywać się tak, jakby rezydencja Develioglu była dla niej zwyczajnym miejscem pracy, jakby nazwisko tej rodziny nic dla niej nie znaczyło, jakby nigdy wcześniej nie spotkała Cihana. Tylko czy zdoła oszukać jego, a przede wszystkim: czy zdoła oszukać samą siebie?
Kiedy weszła na pierwszy stopień, drzwi rezydencji otworzyły się szerzej. Z chłodnego wnętrza popłynął zapach drogich perfum, wypolerowanego drewna i świeżych kwiatów. Hancer zatrzymała się na sekundę. Za jej plecami znajdował się ogród, a dalej zamknięta brama. Przed nią rozpoczynał się świat, w którym bogactwo ukrywało sekrety, a eleganckie ściany były świadkami zdarzeń, o których nikt nie chciał mówić. Dziewczyna ciężko westchnęła.
— Dasz sobie radę! — powiedziała do siebie, choć w głębi serca nie była tego pewna.
Następnie uniosła głowę i przekroczyła próg rezydencji Develioglu. Nie wiedziała jeszcze, że ten jeden krok zmieni życie nie tylko jej, ale także wszystkich mieszkańców domu – bo czasami mężczyna wchodzi do obcego miejsca wyłącznie po to, aby zarobić na chleb, nie zdaje sobie jednak sprawy, że za zamkniętymi drzwiami czeka na niego przeszłość, która nigdy naprawdę nie odeszła. A Hancer właśnie stanęła z nią twarzą w twarz.