Beyza jest w szoku, gdy słyszy słowa ojca. Za nią stoi Gulsum.

„Panna młoda” Odc. 233 — streszczenie

Sila wróciła do domu późnym wieczorem. W salonie panował półmrok, rozjaśniony jedynie ciepłym światłem lampy. Błękitnoszare ściany, jasne zasłony i ciężkie, bordowe kotary nadawały wnętrzu spokojny, niemal chłodny charakter. Na środku stał czarny, błyszczący stolik ze złotą podstawą, a za nim rozciągała się szeroka, beżowa kanapa.

Engin siedział na niej nieruchomo, nadal w szarym płaszczu, koszuli i krawacie. Wyglądał tak, jakby wszedł do mieszkania, opadł na sofę i nie miał siły zrobić już nic więcej. Był przygarbiony, zmęczony, z twarzą napiętą od myśli, które nie dawały mu spokoju.

ad

Sila zatrzymała się na podwyższeniu prowadzącym z części jadalnej do salonu. Miała na sobie jasny komplet, a w dłoniach ściskała drobiazg, którym wcześniej zajmowała palce. Widok Engina natychmiast ją zaniepokoił.

— Co się stało? — zapytała, schodząc niżej. — Dlaczego tak tu siedzisz? Nawet płaszcza nie zdjąłeś.

Engin uniósł na nią zmęczone spojrzenie.

— Dopiero co wróciłem — odpowiedział ciężko. — Skąd ty wracasz?

— Z wesela… a właściwie z tej uroczystości w rezydencji. Nie byłam zaproszona bezpośrednio, ale byłam ciekawa. — Podeszła bliżej, uważnie przyglądając się jego twarzy. — Przegapiłeś prawdziwą sensację.

Engin wyprostował się nieznacznie.

— Co się stało? Odnowili przysięgę?

— Nie doszło do tego. Cihan zebrał wszystkich tylko po to, żeby zdemaskować Beyzę na ich oczach. Okazało się, że w przeszłości usunęła ciążę, bo miała urodzić dziewczynkę. Możesz to sobie wyobrazić? Nie wiem, skąd Cihan się o tym dowiedział, ale naprawdę stracił nad sobą panowanie.

Na twarzy Engina nie pojawiło się zdziwienie. Raczej bolesne potwierdzenie czegoś, czego od dawna się obawiał. Spuścił wzrok, pokręcił głową i powoli wstał z kanapy.

— Ktoś, kto potrafił zrobić coś takiego własnemu dziecku, równie dobrze mógł skrzywdzić moją siostrę — powiedział cicho, ale z ciężarem, który wypełnił całe pomieszczenie.

ad

Sila znieruchomiała. Engin przeszedł kilka kroków po salonie, jakby próbował uporządkować myśli.

— Pamiętasz, jak opowiadałem ci o bransoletce, którą znalazłem w domu siostry? — zapytał. — Naszyjnik z tego samego kompletu znaleziono w koszu na śmieci przed rezydencją. Właśnie dlatego zadzwonili do mnie z komisariatu. Dlatego nie przyjechałem.

Sila ściągnęła brwi. Jej twarz spoważniała.

— Przed rezydencją? — powtórzyła z niedowierzaniem. — To przecież ważny ślad. Czy to nie jest dowód? Co teraz zrobisz?

Engin przygryzł wargę i spojrzał na nią z namysłem. W jego oczach było widać napięcie, ale też ostrożność człowieka, który już raz zapłacił za zbyt szybkie oskarżenia.

— Nie wiem — przyznał. — Nie chcę popełnić tego samego błędu co ostatnio. Nie mogę nikogo oskarżyć bez niezbitych dowodów. Naszyjnik znaleziony tuż obok rezydencji sprawił jednak, że moje dawne podejrzenia wobec Beyzy odżyły z nową siłą.

Sila milczała przez chwilę, po czym skinęła głową.

— Rozumiem. Czyli czekamy?

— Tak. Poczekamy. — Engin spojrzał jej prosto w oczy. — I nikomu o tym nie powiemy. Tym razem muszę mieć pewność.

— Nie martw się — zapewniła spokojnie. — To zostanie między nami.

ad

Engin odetchnął głęboko, ale ciężar na jego twarzy nie zniknął. Wiedział, że naszyjnik nie był już tylko przedmiotem znalezionym przypadkiem w śmieciach. Był śladem, który mógł zaprowadzić go do prawdy o śmierci Yasemin.

***

Poranne światło sączyło się przez okno do pokoju dziecięcego. Na jasnej ścianie, ozdobionej malowanym słońcem, chmurkami i zwierzętami z bajki, panowała cisza. Przy białym łóżeczku z delikatnym baldachimem siedział Cihan. Miał na sobie czarny garnitur i białą koszulę, ale jego twarz nie zdradzała ani cienia spokoju. Spoglądał przed siebie surowo, z dłonią opartą na szczebelku kołyski, jakby przez całą noc czekał tylko na ten moment.

Beyza poruszyła się pod niebieską kołdrą. Obróciła się na bok, powoli rozchyliła powieki i dostrzegła rozmazaną sylwetkę męża. Przez chwilę nie rozumiała, co widzi. Dopiero gdy wzrok jej się wyostrzył, drgnęła gwałtownie i poderwała się do pozycji siedzącej.

— Cihanie? — wyszeptała zaskoczona.

Jej spojrzenie natychmiast przesunęło się na złotą walizkę stojącą między łóżeczkiem a komodą. Serce zabiło jej szybciej.

— Wybierasz się gdzieś?

Cihan podniósł się powoli. Jego twarz pozostała nieruchoma.

— Nie ja. Ty.

Beyza zamarła.

ad

— Co? — spytała, jakby nie była pewna, czy dobrze usłyszała.

— Przygotuj się.

Panika w jednej chwili odebrała jej resztki senności. Zerwała się z łóżka, wciąż w ciemnym, jedwabnym szlafroku, z rozpuszczonymi włosami i twarzą bladą od strachu.

— Nie chcę nigdzie iść. Dokąd mnie wysyłasz?

— Twoje rzeczy trafią tam, gdzie ty — odparł chłodno. — O to nie musisz się martwić.

Beyza zrobiła krok w stronę kołyski.

— A mój syn?

Cihan natychmiast wyciągnął rękę, odgradzając ją od dziecka.

— Mój syn zostanie ze mną.

— Cihanie, proszę… — Głos Beyzy zadrżał. — Chcąc ukarać mnie, ukarzesz własne dziecko. On jest jeszcze taki mały. Potrzebuje matki.

Cihan pochylił się nad łóżeczkiem i wziął Cihana Gurura na ręce. Chłopiec spał spokojnie, wtulony w kocyk, nieświadomy burzy, która rozgrywała się wokół niego. W ramionach ojca wyglądał bezpiecznie, jakby właśnie tam było jego naturalne miejsce.

— Cihanie, błagam cię — Beyza podeszła bliżej, ale nie odważyła się dotknąć dziecka. — Nie oddzielaj mnie od niego.

ad

Mężczyzna spojrzał na nią twardo.

— Mój syn nie potrzebuje takiej matki jak ty.

Beyza otworzyła usta, lecz nie zdołała nic powiedzieć. W oczach pojawiły się łzy, a twarz zastygła jej w bezradnym przerażeniu.

Cihan nie czekał na jej odpowiedź. Odwrócił się i wyszedł z pokoju z synem na rękach.

Beyza została sama pośród dziecięcych dekoracji, bajkowych malunków i pustego łóżeczka. Przez chwilę stała bez ruchu, potem opadła ciężko na taboret. Łzy napłynęły jej do oczu.

Ojciec odwrócił się od niej poprzedniego wieczoru. Cihan wyrzucił ją ze swojego życia. Została zupełnie sama.

Załamana Beyza na tle ściany z naklejoną tapetą z dziecięcym wzorem.

ad

***

Beyza weszła do przestronnego, śnieżnobiałego holu rezydencji, ciągnąc za sobą złotą walizkę. Wysoki sufit zdobił kryształowy żyrandol, a wypolerowana posadzka odbijała światło i stojące po bokach donice z palmami. W tej eleganckiej, chłodnej przestrzeni wszystko wyglądało nienagannie — tylko atmosfera była ciężka i nie do zniesienia.

Na środku holu stali Cihan i Mukadder. On miał ręce schowane w kieszeniach i twarz pozbawioną jakiegokolwiek współczucia. Obok drzwi czekała Fadime, milcząca i spięta. Beyza zatrzymała się, próbując zachować resztki dumy, lecz jej spojrzenie natychmiast powędrowało w bok.

Z korytarza wyszła Gulsum. Ona również miała walizkę. Była zapłakana, roztrzęsiona i wyglądała tak, jakby w jednej chwili straciła grunt pod nogami. Beyza spojrzała pytająco najpierw na męża, potem na ciotkę. Dopiero wtedy zrozumiała, że Cihan nie wyrzucał z rezydencji tylko jej.

— Nie chcę w tym domu niczego, co należy do ciebie — oświadczył twardo.

Gulsum rozpłakała się jeszcze mocniej.

— Ale ja nie ponoszę żadnej winy, panie Cihanie — powiedziała drżącym głosem. — Nie byłam po niczyjej stronie. Po prostu służyłam pani Beyzie.

Cihan nawet na nią nie spojrzał. Jej tłumaczenia nie miały dla niego żadnego znaczenia. Całą uwagę skupił na żonie, jakby chciał po raz ostatni jasno pokazać jej, że nie zostało między nimi nic oprócz pogardy.

— Yigit zawiezie cię do twojego ojca.

ad

Beyza zacisnęła palce na uchwycie walizki. Wiedziała, że nie zdoła go przekonać. Nie miała już sojuszników, nie miała wymówek, nie miała miejsca w tym domu. Ruszyła powoli w stronę drzwi, które Fadime otworzyła przed nią szeroko.

Gulsum, wciąż łkając, poszła tuż za nią. Przy progu zatrzymała się jeszcze na moment i spojrzała na Fadime.

— Przepraszam za wszystko — wyszeptała przez łzy. Potem wyszła.

Fadime zamknęła drzwi, a w holu zapadła ciężka cisza. Cihan spojrzał najpierw na nią, potem na Mukadder. Jego twarz stwardniała jeszcze bardziej.

— Beyza nigdy więcej nie przekroczy tego progu! — oznajmił podniesionym, nieznoszącym sprzeciwu głosem.

Po tych słowach odwrócił się i odszedł, zostawiając za sobą matkę, służącą i pusty hol, w którym jeszcze chwilę wcześniej rozgrywał się ostateczny upadek Beyzy.

Beyza i Gulsum opuszczają rezydencję, ciągnąc za sobą walizki. Fadime otwiera im drzwi. Świadkami całej sytuacji są Cihan i Mukadder.

ad

***

Cihan siedział samotnie za biurkiem w swoim gabinecie. Przestronne, nowoczesne wnętrze wydawało się wyjątkowo chłodne i puste. Na szerokim blacie leżał zamknięty laptop, dokumenty, pióra i wizytówka z jego nazwiskiem. Za jego plecami, w czarnej wnęce białej zabudowy, stały dekoracyjne figurki, a po drugiej stronie pomieszczenia widać było rulony dywanów i oprawione motto wiszące na ścianie. Wszystko było uporządkowane, eleganckie i bezosobowe — zupełnie jak cisza, która panowała w gabinecie.

Cihan siedział z pochyloną głową i okrężnymi ruchami masował skronie. Ból jednak nie ustępował. Wydarzenia poprzedniego wieczoru wciąż wracały do niego ze zdwojoną siłą.

Cihan siedzi w fotelu biurowym i masuje się po skroniach.

Drzwi otworzyły się i do środka wszedł Engin. Miał na sobie ciemny, elegancki garnitur i jasnoniebieski krawat. Zatrzymał się na progu, przez chwilę przyglądając się przyjacielowi, a potem podszedł bliżej.

ad

— Cihanie, przepraszam — powiedział. — Nie mogłem przyjść wcześniej. Byłem już w drodze, ale zadzwonił do mnie klient i musiałem pojechać na komisariat. Wiem już jednak, że niczego nie straciłem. Sila opowiedziała mi, co się stało. Czy nie byłoby lepiej, gdybyście rozwiązali to między sobą? Nie rozumiem, dlaczego zrobiłeś to przy wszystkich.

Cihan odetchnął głęboko. Podniósł wzrok i wskazał miejsce naprzeciwko siebie.

— Usiądź, Enginie.

Prawnik zajął krzesło po drugiej stronie biurka. Oparł się wygodnie, ale jego twarz pozostała poważna. Czekał, aż Cihan powie coś więcej.

— Wyrzuciłem Beyzę z domu — oznajmił Cihan chłodno. — Nie chcę jej widzieć w żadnej części mojego życia. Przygotuj się do sprawy rozwodowej.

Engin spojrzał na niego uważnie.

— Pamiętasz umowę, którą z nią podpisałeś, prawda?

Cihan nawet nie drgnął. Nie wyglądał na człowieka, którego mogłaby powstrzymać jakakolwiek umowa.

— Mam mocnego asa w rękawie. Czy sędzia powierzy opiekę nad dzieckiem kobiecie, która dokonała aborcji w piątym miesiącu ciąży?

Engin przez chwilę milczał. Wiedział, że Cihan był wściekły i zraniony, ale jako prawnik nie mógł pozwolić mu działać wyłącznie pod wpływem emocji.

— Możesz mieć rację — przyznał ostrożnie. — Ale sąd zażąda dowodów. Czy mamy jakiekolwiek dokumenty? Badania USG, kartotekę szpitalną, oficjalną dokumentację medyczną? Potrzebujemy czegoś, co jasno pokaże, że Beyza nie nadaje się do sprawowania opieki nad dzieckiem. Możesz znaleźć taki dowód?

ad

— To była całkowicie nielegalna aborcja.

Engin potarł brodę dłonią i zamyślił się.

— To nie wystarczy. Musimy znaleźć coś, co da się udowodnić. Coś konkretnego. Mówimy o Beyzie, Cihanie. Wiesz doskonale, jak bardzo jest niebezpieczna. Jeszcze bardziej niebezpieczne jest to, do czego może się posunąć, gdy poczuje, że wszystko traci. Musimy działać ostrożnie.

Cihan zmrużył oczy.

— Oczekujesz, że będę siedział z założonymi rękami?

— Oczywiście, że nie. Nie tego od ciebie oczekuję. Musimy coś znaleźć, ale musimy zrobić to mądrze. Na pewno nie chcesz powierzyć swojego syna takiej kobiecie, prawda?

Cihan pokiwał głową, lecz jego twarz nie złagodniała ani na moment. Engin ponownie potarł brodę, pogrążony w myślach.

Obaj wiedzieli, że stali przed trudnym zadaniem. Beyza została wyrzucona z rezydencji, ale walka dopiero się zaczynała.

***

Melih przyszedł do parku, przekonany, że spotka się tam z Hancer. Szedł w stronę drewnianej altany, za którą widać było plac zabaw i jasne, nisko zawieszone słońce. Zatrzymał się jednak zaskoczony, gdy przy stoliku zobaczył Sinem. Siedziała w szarym płaszczu, jasnej chuście i błękitnej koszuli, z dłońmi splecionymi przed sobą. Na jego widok natychmiast podniosła się z miejsca.

ad

— Sinem? — zapytał zdumiony.

Ona także nie kryła zaskoczenia.

— Melih? Hancer zadzwoniła do mnie i poprosiła, żebym przyszła tutaj. Powiedziała, żebym nikomu nic nie mówiła. Ale nie mogę kłamać.

Melih ściągnął brwi.

— Do mnie też zadzwoniła. Powiedziała, że musimy porozmawiać o czymś ważnym i kazała mi przyjść właśnie tutaj.

Oboje usiedli obok siebie, coraz bardziej niespokojni. Przez chwilę milczeli, próbując zrozumieć, co naprawdę zamierzała Hancer. Wkrótce pojawiła się ona sama. Miała na sobie jasny płaszcz, a za sobą ciągnęła walizkę Meliha. Jej twarz była spokojna, niemal pogodna, jakby decyzję podjęła już dawno i przyszła tylko powiedzieć ją na głos.

— Jesteście zaskoczeni, prawda? — zapytała z lekkim uśmiechem. — Muszę porozmawiać z wami obojgiem.

Weszła do altany i usiadła naprzeciwko nich. Między nimi stał stolik z białymi kwiatami, a wokół panowała cisza parku. Ta spokojna sceneria jeszcze mocniej podkreślała ciężar rozmowy.

— Wczoraj wieczorem przypadkowo usłyszałam waszą rozmowę — oznajmiła cicho.

Melih i Sinem wymienili zakłopotane spojrzenia. Oboje spuścili głowy, jakby jedno zdanie Hancer odebrało im wszystkie przygotowane wyjaśnienia.

ad

— Hancer, my… — zaczął Melih.

— Proszę, nie tłumacz się, Melihu — przerwała mu łagodnie. — To mnie powinno być wstyd. Nie dostrzegłam, że jest kobieta, którą kochasz. Tak bardzo potrzebowałam kogoś zaufanego, kogoś, kto będzie przy mnie i da mi siłę, że zapomniałam, że ty też masz uczucia. Jeśli was zasmuciłam, jeśli nieumyślnie was zraniłam, wybaczcie mi.

Sinem spojrzała na nią ze łzami w oczach.

— To ja powinnam cię przeprosić, Hancer. Myślałam o tobie źle. Mówiłam straszne rzeczy. Złość i zazdrość zwyciężyły we mnie nad sumieniem. Znałam cię najlepiej, a mimo to popełniłam taki błąd.

— Nie wiń siebie, siostro Sinem. Nie mogłaś wiedzieć. Zrobiliśmy wszystko, żeby ukryć prawdę. Ale teraz wszyscy wiemy już wszystko. I nie mogę dalej żyć tak, jakbym niczego nie usłyszała.

Melih pochylił się lekko w jej stronę.

— Hancer, Sinem i ja rozmawialiśmy o tym. Zaczekajmy jeszcze trochę. Nie mogę zostawić cię samej. Sinem też się na to zgadza. Niczego ode mnie teraz nie oczekuje.

Hancer spojrzała na Sinem z czułością.

— Oczywiście, że oczekuje. Tylko sumienie nie pozwala jej tego powiedzieć. Każda kobieta, która kocha, czeka na dzień, w którym będzie mogła stanąć u boku ukochanego człowieka bez strachu i poczucia winy.

ad

— Hancer, nie rób tego — poprosiła Sinem drżącym głosem. — Twoja dobroć mnie przytłacza.

— Melih zrobił dla mnie wszystko, co mógł — odparła Hancer. — Teraz moja kolej zrobić coś dla niego.

Spojrzała na mężczyznę. Jej uśmiech był smutny, ale zdecydowany.

— Powinieneś być z kobietą, którą kochasz. W domu, o którym razem marzycie. Jeśli chcecie zbudować nowe życie, musicie zrobić ten krok. Melihu, zabierz Sinem i Mine i wyjedźcie stąd.

— Hancer, złożyłem ci obietnicę — przypomniał jej cicho.

— Tak. Złożyłeś ją i dotrzymałeś słowa. Uratowałeś honor mojego dziecka. Byłeś przy mnie wtedy, gdy najbardziej tego potrzebowałam. Ale teraz musisz odejść. Mine jest prawdziwą szczęściarą, że będzie dorastać obok takiego człowieka.

Melih patrzył na nią z bólem.

— A ty? Co zrobisz? Co powiesz, kiedy zaczną pytać?

Hancer poprawiła torebkę na ramieniu i podniosła się z miejsca.

— Zawsze dawałeś mi odpowiedzi, kiedy ich potrzebowałam. Od tej pory spróbuję poradzić sobie sama. Nie martw się o mnie.

Jeszcze przez chwilę patrzyła na nich oboje. W jej oczach nie było pretensji. Był tylko spokój kobiety, która zdecydowała się zapłacić wysoką cenę, by uwolnić kogoś, kto wiele dla niej poświęcił.

ad

— Życzę wam szczęśliwej drogi — powiedziała.

Odwróciła się i odeszła, zostawiając Melihowi walizkę, a im obojgu decyzję, której żadne z nich nie potrafiło już dłużej odkładać.

***

Beyza i Gulsum zatrzymały się przed drzwiami mieszkania Nusreta, w wąskim, jasno oświetlonym korytarzu. Walizki prowadziła Gulsum. Jedną trzymała za uchwyt, drugą przyciągnęła bliżej nogi, przygarbiona pod ciężarem bagażu i własnego upokorzenia. Choć razem z Beyzą została wyrzucona z rezydencji, nadal stała przy niej jak pokojówka przy swojej pani — cicha, blada, gotowa spełnić każde polecenie. Beyza nie musiała nawet oglądać się za siebie. Otulona brązowym płaszczem, wyprostowana i nieruchoma, próbowała zachować resztki godności, podczas gdy Gulsum dźwigała za nią ostatnie ślady życia, z którego obie zostały właśnie wygnane.

Beyza nacisnęła dzwonek. Po chwili zza drzwi dobiegły kroki. Zamek szczęknął i w progu stanął Nusret. Miał na sobie ciemną marynarkę i czarny golf, a jego twarz nie wyrażała ani zaskoczenia, ani troski. Spojrzał na córkę chłodno, jak na kogoś obcego.

— Cihan wyrzucił mnie z domu — oznajmiła Beyza cicho.

Nusret nawet nie drgnął.

— A czego się spodziewałaś? — zapytał, wzruszając ramionami. — Biorąc pod uwagę to, co zrobiłaś, zasłużyłaś na coś o wiele gorszego. Bądź wdzięczna, że jeszcze nie zażądał rozwodu.

ad

Beyza przełknęła ślinę. Próbowała wejść, jakby rozmowa miała dalej potoczyć się już w mieszkaniu.

— Dobrze. Porozmawiamy w środku. — Obejrzała się przez ramię. — Chodź, Gulsum.

Nusret jednak nie odsunął się ani o krok. Stał w progu niczym mur, skutecznie zagradzając im wejście.

— Kto ci powiedział, że możesz wejść?

Beyza i Gulsum przyszły z walizkami do mieszkania Nusreta. Mężczyzna stoi w drzwiach, blokując im wejście.

Beyza uniosła na niego zaskoczone spojrzenie.

— Czy potrzebuję pozwolenia, żeby wejść do domu własnego ojca?

Na twarzy Nusreta pojawił się grymas pogardy.

— Mam już dość twoich kłamstw i twoich gierek. Trzeba było o tym pomyśleć, zanim pozbyłaś się dziecka w piątym miesiącu ciąży. Idź do osoby, która pomogła ci zrobić tę idiotyczną rzecz. Yonca była twoją wspólniczką. Idź do niej. Niech ona da ci schronienie.

ad

Beyza patrzyła na niego z niedowierzaniem. Przez moment wyglądała tak, jakby nie rozumiała, że ojciec naprawdę zamierza zamknąć przed nią drzwi.

Nusret pochylił się lekko i dodał lodowatym tonem:

— Wstydź się.

Po tych słowach zatrzasnął drzwi.

Beyza została nieruchomo na korytarzu. Powoli odwróciła się w stronę Gulsum. Jej twarz była blada, a spojrzenie puste. Wiedziała, że ojciec był na nią wściekły, ale nie sądziła, że pozwoli, by została bez dachu nad głową. Teraz nie miała już dokąd wrócić. Cihan wyrzucił ją z rezydencji, Nusret odciął się od niej bez wahania, a wszyscy, na których przez lata próbowała wpływać, odwrócili się plecami.

— Chodźmy więc do pani Yoncy — odezwała się niepewnie Gulsum. — Ona przecież nie zostawi cię samej w tak trudnej chwili.

Beyza zacisnęła usta. Jej głos zadrżał, choć za wszelką cenę próbowała nad nim zapanować.

— Gulsum, kierowca odjechał. Idź i złap taksówkę.

— Oczywiście.

Gulsum chwyciła obie walizki i ruszyła w stronę wyjścia z klatki. Beyza została jeszcze przez chwilę pod zamkniętymi drzwiami ojca. Dopiero wtedy naprawdę zrozumiała, że po raz pierwszy została sama.

***

ad

Beyza i Gulsum zatrzymały się przed domem Yoncy. Skromny, żółtawy budynek z metalowymi kratami w oknach i wąskim zadaszeniem nad wejściem wyglądał zupełnie inaczej niż rezydencja, z której dzisiejszego ranka je wyrzucono. Gulsum stała nieco z tyłu, przygarbiona i milcząca, trzymając rączki dwóch walizek — złotej i granatowej. Nawet teraz, gdy sama straciła dach nad głową, wciąż dźwigała bagaże Beyzy jak wierna służąca, która nie wiedziała jeszcze, gdzie kończyła się jej dawna rola.

Beyza poprawiła włosy, wzięła głęboki oddech i zapukała do drzwi. Po chwili drzwi uchyliły się. W progu stanęła Yonca. Miała na sobie różową bluzkę z frędzlami, jasne dżinsy i domowe, kolorowe kapcie, jakby w ogóle nie spodziewała się gości. Na widok Beyzy, Gulsum i walizek jej brwi uniosły się z udawanym zdziwieniem. W kącikach ust pojawił się jednak cień satysfakcji.

Yonca stoi przed wejściem do swojego domu. Przed nią stoją Beyza i Gulsum z walizkami.

ad

— Co się stało? — zapytała, patrząc prosto w twarz dawnej przyjaciółce.

Beyza zacisnęła palce na pasku torebki.

— Czy wyglądamy tak, jakby spotkało nas coś dobrego? — odpowiedziała chłodno. — Cihan nie chce mnie już w swoim domu.

Yonca przeciągnęła po niej spojrzeniem, zatrzymując wzrok na walizkach.

— To akurat zdążyłam zrozumieć. Ale dlaczego nie poszłaś do ojca?

Twarz Beyzy stwardniała. To pytanie zabolało bardziej, niż chciała pokazać.

— Bo on też mnie nie chce — odparła po chwili. — Powiedział, żebym poszła do osoby, z którą to zrobiłam. Nie mam nikogo innego, do kogo mogłabym się zwrócić, oprócz ciebie. Czy takie wyjaśnienie ci wystarczy?

Yonca skrzyżowała ręce na piersi i oparła się lekko o framugę. Nie ustąpiła im miejsca. Stała spokojnie, pewna siebie, jak ktoś, kto od dawna czekał na ten moment.

— Oczywiście. Możecie u mnie zostać — powiedziała łagodnie. — Ale najpierw musicie na to zasłużyć.

Na twarzy Beyzy pojawiło się oburzenie. Nie była przyzwyczajona do sytuacji, w której ktoś taki jak Yonca stawiał jej warunki.

— Co ty wygadujesz? Żartujesz sobie ze mnie?

Yonca nawet nie drgnęła. Jej uśmiech stał się wyraźniejszy, spokojny i okrutny zarazem.

ad

***

Kwadrans wcześniej Yonca odebrała telefon.

— Dobrze mnie posłuchaj — odezwał się po drugiej stronie Nusret. — Cihan wyrzucił Beyzę z domu. Była u mnie, ale jej nie przyjąłem. Jest z nią Gulsum. Przez jakiś czas będą u ciebie.

Yonca zmarszczyła brwi.

— Co to znaczy? Dlaczego decydujesz o tym bez mojej wiedzy?

— Bo ty też jesteś winna temu, co zrobiła Beyza — odparł twardo. — Ale nie traktuj tego jak kary. Daję ci szansę, żebyś to ty ukarała ją.

— Co masz na myśli?

— Nie ma przy sobie ani kurusza. Nie ma dokąd pójść. Przyjdzie do ciebie, bo nie będzie miała innego wyjścia. Zmusisz ją do pracy w zamian za dach nad głową i jedzenie.

Yonca zamilkła. W jej oczach pojawił się błysk. Tym razem los sam wkładał jej w ręce broń, której przez lata nie odważyła się użyć.

***

Teraz stała w progu własnego domu i patrzyła na Beyzę z ledwie skrywaną satysfakcją.

— Jak zapłacisz mi za czynsz i jedzenie? — zapytała. — Masz jakieś pieniądze?

ad

Beyza zamarła. Otworzyła usta, ale nie potrafiła wydobyć z siebie ani słowa.

Yonca pokiwała głową, jakby właśnie otrzymała odpowiedź.

— Ach, rozumiem. Nie masz nic. W takim razie będziesz pracować.

Spojrzała na Gulsum, która stała za Beyzą ze spuszczoną głową.

— Twoja rola jest jasna. Nadal będziesz pokojówką. Będziesz sprzątać, gotować i zajmować się domem.

Gulsum uniosła głowę. W jej głosie pobrzmiewała niepewność.

— A jaką dostanę pensję?

Yonca uśmiechnęła się pobłażliwie.

— Kochana, chyba nie rozumiesz. Będziesz pracować za pokój i wyżywienie. A jeśli twoja pani zechce ci coś zapłacić, ustalcie to między sobą.

Następnie przeniosła wzrok na Beyzę.

— A ty, pani Beyzo, będziesz pracować ze mną w salonie. Zostaniesz moją asystentką.

— Co to za bzdury?! — wybuchła Beyza.

Samo wyobrażenie pracy w publicznym miejscu, na oczach obcych ludzi, było dla niej policzkiem. Przez całe życie wydawała polecenia. Teraz miała je wykonywać.

ad

Yonca wzruszyła ramionami.

— Jeśli ci się nie podoba, droga wolna.

Beyza milczała. Gniew palił ją od środka, ale nie miała już ani domu, ani pieniędzy, ani człowieka, który stanąłby po jej stronie. Po raz pierwszy nie mogła trzasnąć drzwiami i odejść z podniesioną głową.

Yonca odsunęła się wreszcie od progu i pozwoliła Gulsum wnieść walizki do środka.

Dla Beyzy był to początek upokorzenia. Dla Yoncy — chwila, o której marzyła od dawna. Wreszcie mogła patrzeć, jak kobieta, która przez lata niszczyła innych, sama musiała pochylić głowę.

Yonca uśmiecha się z satysfakcją, patrząc w twarz Beyzy.

***

Yonca i Beyza poszły do salonu fryzjerskiego. Niewielkie wnętrze było jasne, trochę ciasne, ale urządzone z ambicją: po jednej stronie stały fotele dla klientek, lustra, kosmetyki i lampy, po drugiej niewielka kanapa, stolik i purpurowa pufa ustawiona przy przeszklonych drzwiach. Przez firanki wpadało chłodne dzienne światło. Dla Beyzy, przywykłej do marmurów rezydencji i służby na każde skinienie, to miejsce samo w sobie było upokorzeniem.

ad

Yonca podała jej złożoną kartkę.

— Proszę. Tutaj masz wypisane, co będziesz robić.

Beyza spojrzała na nią nieufnie, po czym rozłożyła kartkę i zaczęła czytać.

— Zamiatanie przed salonem i mycie podłogi. Przygotowywanie kawy i herbaty. Czyszczenie toalety… — urwała i podniosła wzrok. — Co? Ja mam czyścić toaletę? W życiu!

Z furią rzuciła kartkę na podłogę.

Yonca nie straciła spokoju. Stała naprzeciwko niej w różowej bluzce z frędzlami i jasnych dżinsach, z wyrazem twarzy kogoś, kto czekał na tę chwilę od lat.

— Wygląda na to, droga Beyzo, że wciąż nie rozumiesz swojego położenia — powiedziała łagodnie. — Jesteś moją asystentką. Zrobisz to, co ci każę. A jeśli nie, drzwi są tam.

Beyza zacisnęła usta. Stała z założonymi rękami, z torebką przewieszoną przez ramię, próbując zachować resztki dawnej wyniosłości.

— Nie patrz tak na mnie — dodała Yonca. — Twoja praca ma też dobre strony. Będę wysyłała cię po rzeczy potrzebne do salonu. Przejdziesz się, zaczerpniesz świeżego powietrza, poznasz okolicę…

— Och, jak pięknie — westchnęła Beyza z jadowitą ironią. — Masz wobec mnie jeszcze jakieś plany?

— Oczywiście. Jak mogłabym nie mieć? — Yonca uśmiechnęła się szerzej. — Jeśli będziesz miła dla klientek, może nawet dostaniesz napiwek. A teraz chwyć za miotłę. Zaczniemy od pierwszego punktu z listy: zamiatania przed salonem. Rób to dokładnie. A jeśli kogoś zobaczysz, przywitaj się grzecznie. Budowanie dobrych relacji z ludźmi wokół nas jest bardzo ważne.

ad

— Posłuchaj mnie, Yonca — syknęła Beyza. — Nie baw się w szefową. Te dni miną i dobrze o tym wiesz.

Yonca parsknęła krótkim śmiechem.

— Zdradzę ci sekret. Asystentki nie mówią tak do swoich przełożonych. Asystentki odpowiadają: „Dobrze, proszę pani” albo „Oczywiście, proszę pani”. A skoro już o tym mowa, w salonie nie będziesz zwracała się do mnie po imieniu. Przy klientkach masz mówić do mnie: „pani Yonco”. Jestem twoją szefową.

Beyza patrzyła na nią z narastającą wściekłością, ale nie miała czym się bronić.

— A teraz zdejmij płaszcz, odłóż torebkę i zabieraj się za sprzątanie przed wejściem — poleciła Yonca. — W środku też czeka na ciebie mnóstwo pracy. No dalej, rusz się trochę.

Beyza zacisnęła zęby. Przez chwilę wyglądała, jakby miała wybuchnąć, lecz zamiast tego zdjęła płaszcz, odłożyła torebkę i chwyciła szczotkę. Potem wyszła na zewnątrz, za przeszklone drzwi salonu.

Yonca odprowadziła ją wzrokiem, po czym usiadła na purpurowej pufie, założyła nogę na nogę i uśmiechnęła się szeroko.

Beyza została za szybą — już nie jako pani rezydencji, ale jako pracownica, która musiała zamiatać chodnik przed salonem kobiety, którą jeszcze niedawno traktowała z góry.

***

Cihan siedział za biurkiem w gabinecie, pochylony nad blatem i nieruchomy, jakby od wielu minut nie był w stanie ruszyć się z miejsca. Ramiona miał spięte, ręce skrzyżowane na piersi, a głowę opuszczoną. Nie potrafił skupić się na pracy. Wciąż słyszał w myślach słowa Fusun Kaby i nie mógł uwolnić się od świadomości, że jego córka — jego krew, jego dziecko — żyła, rozwijała się i była zdrowa, a mimo to odebrano jej życie. Tylko dlatego, że Beyza nie chciała urodzić dziewczynki.

ad

Ciche pukanie do drzwi wyrwało go z odrętwienia. Po chwili do gabinetu weszła Hancer. Zatrzymała się niepewnie przy wejściu, widząc go w takim stanie. Cihan szybko otarł policzki, ale było już za późno. Łez nie dało się ukryć.

Hancer podeszła bliżej.

— Chciałam cię zobaczyć. To, co stało się wczoraj wieczorem… — Urwała, bo głos zadrżał jej na widok jego cierpienia. — Bardzo mi przykro.

Cihan uniósł wzrok. Spojrzał najpierw na nią, a potem na jej zaokrąglony brzuch. To spojrzenie wystarczyło, by Hancer zrozumiała, gdzie pobiegły jego myśli.

— Moja córka była już prawie taka, kiedy Beyza… — Nie dokończył od razu. Zacisnął palce na nasadzie nosa, jakby próbował zatrzymać ból, który rozrywał mu głowę i serce. — Kiedy Beyza zdecydowała się ją usunąć.

Łzy znów napłynęły mu do oczu.

— Czujesz, jak twoje dziecko się porusza, prawda? — zapytał cicho. — Ma w sobie życie. Duszę. Wolę, żeby przyjść na świat.

— Nie rób sobie tego, Cihanie — powiedziała Hancer łagodnie.

— Sama powiedziałaś, że ciało matki staje się domem dla dziecka. Że jej życie jest jego życiem, a jej serce bije razem z jego sercem.

— Nie rób sobie tego — powtórzyła. — Rozdrapywanie tej rany niczego już nie zmieni.

Nagle uderzył obiema dłońmi w blat biurka. Raz. Drugi. Trzeci. Głuchy odgłos rozszedł się po gabinecie.

ad

— Ja nic nie mogę zrobić, Hancer! — wyrzucił z siebie z bezsilną wściekłością. — Nie mogę nikogo złapać za gardło. Nie mogę przycisnąć nikogo do ściany. Nie mogę cofnąć czasu. Jestem w ślepej uliczce.

Cihan rozpacza przy biurku. Obok niego stoi Hancer. Chce go wesprzeć, ale się waha.

Ukrył twarz w dłoniach. Hancer stała przez chwilę za jego plecami, rozdarta między ostrożnością a współczuciem. W końcu położyła dłoń na jego ramieniu.

— To nie była twoja wina.

Cihan poderwał się z krzesła. Otarł twarz rękawem marynarki i odwrócił się od niej, jakby nie chciał, by widziała jego słabość.

— Właśnie że była — powiedział twardo. — Kiedy matka kazała mi ożenić się z Beyzą, powinienem był odmówić. Powinienem był odwrócić się i odejść, nie oglądając się za siebie. Postawiono przede mną potwora, a ja przez lata karmiłem go własnymi rękami. A teraz nie wiem, jak zakończyć to piekło.

— Jestem pewna, że Beyza też tego żałuje — odezwała się Hancer ostrożnie. — Może dopiero teraz zrozumiała, co zrobiła.

Cihan odwrócił się gwałtownie.

— Jakiego żalu można oczekiwać od kobiety, która ukryła ciążę przed ojcem dziecka? — zapytał z lodowatą goryczą. — Nie broń jej przede mną. Nie przyjmuję żadnych usprawiedliwień.

Te słowa uderzyły w Hancer mocniej, niż mógł przypuszczać. Zamarła za jego plecami, czując, jak serce podchodzi jej do gardła.

Przecież ona zrobiła przed nim dokładnie to samo. A może nawet coś gorszego.

Ukryła prawdę o dziecku, które nosiła pod sercem. Pozwoliła mu wierzyć, że ojcem jest inny mężczyzna. I w tej jednej chwili zrozumiała z przerażającą jasnością, że jeśli Cihan kiedyś pozna prawdę, nie zobaczy w niej kobiety, która próbowała przetrwać. Zobaczy kolejne kłamstwo.

I tego mógł jej już nigdy nie wybaczyć.

Na pierwszy planie napięta twarz Cihana - zmarszczone brwi i łzy pod powiekami. Na drugim planie poruszona Hancer.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 172.Bölüm i Gelin 173.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Related Posts

Marek Kondrat wrócił po latach i zgarnął fortunę. Ujawniono, ile mógł zarobić

Marek Koпdrat przez lata пależał do groпa пajbardziej ceпioпych polskich aktorów. Kiedy zdecydował się wycofać z życia filmowego, wielυ widzów пie kryło rozczarowaпia. Teraz artysta poпowпie pojawił…

“Panna młoda” – Odcinek 239:

Co się wydarzy w 239. odcinku tureckiego serialu „Panna młoda”? Engin wpada na nowy trop w sprawie tajemniczej śmierci swojej siostry. Czy odnaleziony naszyjnik doprowadzi do zdemaskowania…

Mukader była przekonana, że tajemnica jej starszego syna umarła razem z człowiekiem, którego pochowała bez ciała. Wszystko zmienia się podczas spokojnej kolacji w rezydencji, gdy Hanser otrzymuje…

Doniesienia ws. Majewskiej potwierdziły się przed weekendem. Po latach nie ma już wątpliwości

Wyszła пa jaw prawda ws. przeszłości Alicji Majewskiej. A jedпak Alicja Majewska jest dziś prawdziwą legeпdą rodzimej sceпy mυzyczпej. Artystka, która od pięciυ dekad pojawia się пa…

Aida zwróciła się z pilnym apelem do Polaków. Każdy powinien to zrobić

Aida Kosojaп-Przybysz podzieliła się z obserwatorami kolejпym przesłaпiem, w którym zwróciła υwagę пa zпaczeпie codzieппych пawyków i troski o własпe wпętrze. Tym razem wizjoпerka porυszyła temat zaυfaпia…

Wieczór, który miał przypieczętować powrót Bejzy do rezydencji, zamienia się w publiczny sąd. C nie składa małżeńskiej przysięgi, lecz wyciąga maleńkie różowe buciki i żąda odpowiedzi. “Dlaczego…

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

You cannot copy content of this page