”Kobieta, którą Cihan kiedyś kochał, miała patrzeć na ten gest i symbolicznie oddać go rywalce.

Czy mężczyzna naprawdę zgodził się na takie upokorzenie? A może w jego zaskakującym spokoju kryło się coś, czego Bea nie potrafiła jeszcze dostrzec? Żeby zrozumieć, jak doszło do tej chwili, trzeba wrócić do wydarzeń, które rozegrały się wcześniej.

Tego dnia napięcie wisiało nie tylko nad domem Bejzy. W firmie pojawiła się Deria.

Przyszła do gabinetu Engina z uprzejmym uśmiechem i miną osoby, która chce załatwić drobną, zupełnie niewinną sprawę.

Zatrzymała się w progu, delikatnie zapukała i przywitała z prawnikiem. Engin oderwał wzrok od dokumentów.

Nie ukrywał lekkiego zdziwienia, ale jak zawsze zachował uprzejmość. Zaprosił gościa do środka i wskazał krzesło po drugiej stronie biurka.

Deria usiadła, ułożyła torebkę na kolanach i oznajmiła, że zajmie mu najwyżej pięć minut.

Brzmiało to niemal uspokajająco. Jednak każdy, kto dobrze zna Derię, mógłby się domyślić, że nie przyszła tylko po krótką poradę.

Miała bardzo konkretny cel i zamierzała znaleźć człowieka, który pomoże jej go osiągnąć.

Deria nie zaczęła od pieniędzy. Najpierw wymieniła imię Hançer. Zapytała Engina, czy ta zdążyła już z nim porozmawiać w jej sprawie.

Prawnik pokręcił głową. Nie słyszał od Hançer niczego podobnego. Deria niemal natychmiast wykorzystała tę odpowiedź.

Westchnęła i stwierdziła, że właściwie się tego spodziewała, bo Hançer jest zbyt skrępowana, żeby poruszać taki temat.

W ten sposób spróbowała przedstawić milczenie Hançer jako oznakę zakłopotania, a nie zwyczajną odmowę.

Dopiero później wyjaśniła, o co chodzi.

Chciała otrzymać wsparcie z fundacji, której prezeską była Hançer.

Problem polegał na tym, że Hançer nie chciała przeznaczać pieniędzy fundacji na potrzeby swojej rodziny.

Deria uznała ten argument za przeszkodę, którą należy obejść, a nie za zasadę, którą trzeba uszanować.

Engin od początku zachowywał ostrożność. Wyjaśnił, że osoba stojąca na czele fundacji nie może wykorzystywać powierzonych jej środków do prywatnych celów.

Deria natychmiast zaprotestowała. W jej przekonaniu wszystko wyglądało inaczej.

Przecież znalazła się w trudnej sytuacji. Przecież też potrzebowała pomocy.

Dlaczego fundacja mogłaby wspierać inne kobiety, a nie ją? Pytania padały jedno po drugim, jakby sam ich ciężar miał skłonić Engina do zmiany zdania.

Prawnik nie dał się jednak wciągnąć w tę grę. Zaznaczył, że nie prowadzi bezpośrednio spraw fundacji i nie chce wypowiadać się w jej imieniu.

Mógł natomiast powiedzieć jedno.

Udzielanie pomocy osobie bliskiej prezesce rodziłoby poważne wątpliwości etyczne.

Hançer miała więc powód, żeby postawić granicę. Deria nie zamierzała przyjąć tej odpowiedzi.

Zamiast wycofać się z rozmowy, zaczęła szukać innego sposobu przedstawienia własnej sytuacji.

Podkreśliła, że nie prosi o wsparcie jako krewna Hançer. Zwraca się o nie jako kobieta potrzebująca pomocy.

A poza tym, jak zauważyła, między nimi nie ma nawet pokrewieństwa.

Ten szczegół wydał jej się szczególnie ważny.

Liczyła zapewne, że jeśli sprowadzi całą sprawę do formalności, Engin przestanie widzieć w niej problem.

On jednak odpowiedział krótko. Są rodziną i tego nie zmienia brak więzów krwi. Deria zrozumiała, że prawnik nie pozwoli jej łatwo rozdzielić tego, co formalne, od tego, co oczywiste dla wszystkich wokół.

Nie zrezygnowała jednak. Przeciwnie, sięgnęła po argument, który miał zabrzmieć jeszcze mocniej.

Spuściła wzrok i przybrała zmartwioną minę. Zapytała, czy przyszłość jej dziecka naprawdę jest mniej ważna od zasad fundacji.

To był moment, w którym spokojna rozmowa zmieniła się w próbę wywołania poczucia winy.

Trudno było nie dostrzec podobieństwa do sposobu, w jaki Deria chciała wpływać na Hançer.

Tam również liczyła na to, że wystarczy wspomnieć o trudnej sytuacji i rodzinnych obowiązkach, a ktoś w końcu ustąpi.

Engin nie zbagatelizował jej słów.

Odpowiedział, że przyszłość dziecka ma ogromne znaczenie.

Zaraz jednak dodał, że znaczenie ma również wiarygodność fundacji. Jeśli zasady obowiązują jednych, powinny obowiązywać także innych.

Nie można ich naginać tylko dlatego, że wniosek dotyczy osoby bliskiej prezesce.

Deria usłyszała dokładnie to, czego nie chciała słyszeć.

Wtedy wypowiedziała myśl, która najlepiej pokazała jej prawdziwe oczekiwania. Zauważyła, że w filmach zawsze znajduje się jakaś luka, jakiś wyjątek albo furtka, dzięki której można dopiąć swego.

Skoro tak, dlaczego Engin nie miałby znaleźć podobnego wyjścia właśnie dla niej? Wystarczyłoby, żeby wskazał odpowiednią możliwość, a resztą zajęłaby się sama.

Deria mówiła tak, jakby prosiła prawnika o niewielką przysługę. Tymczasem oczekiwała, że wykorzysta zawodową wiedzę, aby pomóc jej ominąć przeszkodę, którą wcześniej jasno wyjaśnił.

Engin przyjrzał się jej uważniej.

Nie stracił panowania nad sobą, ale w jego głosie pojawiła się stanowczość.

Przypomniał, że jest adwokatem i nie będzie szukał obejścia tam, gdzie nie ma do niego podstaw.

Dodał również, że nie reprezentuje fundacji. Jeśli Deria naprawdę chce omówić możliwość uzyskania wsparcia, powinna porozmawiać bezpośrednio z Hançer.

Te słowa definitywnie zamknęły rozmowę.

Deria zapytała jeszcze z niedowierzaniem, czy Engin naprawdę jej nie pomoże.

Usłyszała spokojną odmowę, wstała z krzesła, ścisnęła rączkę torebki i pożegnała się chłodno.

Powiedziała, że znajdzie kogoś, kto będzie chciał jej pomóc. Nie trzasnęła drzwiami i nie urządziła awantury.

Wystarczyło spojrzeć na jej twarz, żeby zrozumieć, że wyszła rozczarowana i rozzłoszczona.

Co ważne, odmowa Engina nie zmieniła jej zamiarów. Deria nie zaczęła zastanawiać się, czy jej plan jest słuszny.

Zaczęła zastanawiać się, do kogo zwrócić się teraz. Kiedy znalazła się na korytarzu, cała uprzejmość zniknęła.

Idąc obok przeszklonych gabinetów, mruczała pod nosem pretensje pod adresem Engina.

Uważała, że wielki adwokat zwyczajnie chciał się jej pozbyć. Nie rozumiała, dlaczego nie potrafił znaleźć rozwiązania, skoro właśnie na tym, jej zdaniem, polega praca prawnika.

Szybko jednak przeniosła złość na Hançer. To ona według Derii odpowiadała za całe zamieszanie.

Przecież nikt nie żądał udziału w firmie ani wielkiej fortuny. Chodziło jedynie o pieniądze potrzebne do otwarcia salonu fryzjerskiego.

W wyobraźni Derii było to rozsądne marzenie o własnym biznesie. Z jej perspektywy problemem nie było to, skąd fundacja bierze środki i komu powinna je przekazywać.

Problemem było to, że Hançer nie chciała postawić rodzinnej prośby ponad zasadami.

I właśnie gdy Deria była już przekonana, że nic gorszego tego dnia jej nie spotka, na korytarzu pojawiła się Hilal.

Przywitała ją z uprzejmym uśmiechem i zauważyła, że Hançer nie ma dziś w firmie, jeśli to właśnie jej szukała.

Deria błyskawicznie odzyskała niewinną minę. Wyjaśniła, że przyszła tylko do Engina i już wychodzi.

Chciała zakończyć rozmowę równie szybko, jak ją zaczęła. Hilal miała jednak jeszcze jedną sprawę.

Skoro Deria już tu jest, można przecież dokończyć formalności dotyczące darowizny na rzecz fundacji.

Na dźwięk tego słowa Deria zesztywniała.

Przez krótką chwilę naprawdę wyglądała, jakby nie wiedziała, o czym Hilal mówi.

Zapytała nawet, jakiej darowizny.

Odpowiedź sekretarki nie pozostawiała miejsca na nieporozumienie.

Chodziło o kwotę, którą Deria sama zadeklarowała podczas wieczoru charytatywnego. Hilal nie wymyślała nowego obowiązku.

Po prostu przypomniała o wcześniejszej obietnicy. Deria zrozumiała, że znalazła się w wyjątkowo niewygodnej sytuacji.

Przyjechała po pieniądze, a tymczasem ktoś oczekiwał, że to ona przekaże pieniądze fundacji.

Szybko odzyskała jednak panowanie nad twarzą. Zapewniła Hilal, że oczywiście pamięta o darowiźnie.

Poprosiła tylko o chwilę, bo musi pójść do toalety. W tym czasie sekretarka mogła przygotować odpowiednie dokumenty.

Hilal nie podejrzewała niczego złego.

Powiedziała, że będzie czekała przy swoim biurku.

Deria odprowadziła ją wzrokiem, a gdy została sama, przestała udawać spokój. Z irytacją stwierdziła, że Hilal ma pamięć jak słoń i zapewne nie zapomniała również zadeklarowanej kwoty.

W jej głosie było słychać szczere oburzenie. Los wydawał jej się wyjątkowo niesprawiedliwy.

Najpierw Engin odmówił pomocy, a teraz sekretarka chciała doprowadzić do wpłaty darowizny.

Deria rozejrzała się po korytarzu. Nie poszła jednak w stronę toalety. Zamiast tego skierowała się prosto do wyjścia.

Zamierzała zniknąć, zanim Hilal wróci do sprawy dokumentów i pieniędzy. W krótkim czasie wyszła na jaw cała sprzeczność jej postawy.

Deria oczekiwała, że fundacja potraktuje jej prośbę wyjątkowo, ale sama wolała uniknąć wypełnienia własnego zobowiązania.

A jednak ta nieudana wizyta nie była najtrudniejszą próbą, z jaką tego dnia musiała zmierzyć się Hançer.

Daleko od firmowych korytarzy przed starym domem Hançer stanęła twarzą w twarz z Bejzą.

Miejsce było skromne, oddalone od wygodnego świata, do którego przywykł Cihan. Zniszczone ściany, zakratowane okna, drewniane ogrodzenie i zarośnięte zbocze tworzyły ponurą scenerię.

Nie było tu nic z atmosfery rodzinnego spotkania. Było za to wyczekiwanie i napięcie.

Bea nie otworzyła drzwi od razu.

Najpierw spokojnie napiła się herbaty, odstawiła szklankę i poprawiła włosy, jakby chciała pokazać, że nikt nie może jej poganiać.

Dopiero później przekręciła klucz.

Stanęła na ganku z rękami skrzyżowanymi na piersi.

Przyglądała się Hançer z mieszaniną satysfakcji i drwiny. Wyglądała jak ktoś, kto już przed rozpoczęciem rozmowy uważa się za zwycięzcę.

Bea od razu założyła, że Hançer przysłał Cihan. W jej pierwszych słowach pobrzmiewała kpina, a więc jednak udało mu się ją przekonać.

Hançer nie dała się sprowokować.

Odpowiedziała spokojnie, że nie rozmawiała z Cihanem.

Do przyjścia nakłoniła ją Mukadder, która przekazała prośbę Bei. Dla Hançer nie miało większego znaczenia, kto ostatecznie doprowadził do spotkania.

Uznała, że jeśli może w jakikolwiek sposób naprawić wcześniejszy błąd, powinna przynajmniej wysłuchać drugiej kobiety.

Bea natychmiast odczytała jednak nieobecność Cihana na swój sposób.

Stwierdziła, że najwyraźniej nie potrafił przełknąć dumy.

Hançer zapytała, czy naprawdę muszą dyskutować o tym, kto ją tu przysłał. Przecież spełniła prośbę i przyszła.

Teraz chciała wiedzieć, czego Bea od niej oczekuje. Bea oznajmiła, że Hançer ma przekazać Cihanowi wiadomość.

Te słowa mogły brzmieć niewinnie, ale sposób, w jaki zostały wypowiedziane, nie wróżył niczego dobrego.

Właściwa rozmowa odbyła się później we wnętrzu domu Jonki, w niewielkim salonie.

Przez koronkowe firanki wpadało blade światło.

Naprzeciw siebie siedziały dwie kobiety, których uczucia do Cihana stały się przyczyną tylu napięć.

Hançer chciała załatwić sprawę i odejść.

Bea zamierzała wykorzystać tę chwilę znacznie szerzej. Zaczęła od rzekomych przeprosin.

Powiedziała, że słyszała o żalu Hançer z powodu wcześniejszego oskarżenia, ale nie wie, czy może uwierzyć w jego szczerość.

Gdyby Hançer była na jej miejscu, zrozumiałaby, jak trudno zaufać osobie, która powiedziała o niej coś tak krzywdzącego.

Hançer przyjęła te słowa bez wybuchu gniewu. Nie próbowała odwracać sytuacji ani obwiniać Bejzy.

Przyznała, że błędnie zrozumiała to, co zobaczyła. Podkreśliła, że nie chciała jej oczerniać.

Przeprosiła i zapewniła, że zrobi wszystko, by naprawić swój błąd. W tym momencie naprawdę mogło się wydawać, że pojawia się szansa na zakończenie konfliktu.

Hançer nie odmawiała przecież odpowiedzialności. Otwierała drogę do rozmowy. Bejza nie zamierzała jednak poprzestać na przeprosinach.

Zamiast odpowiedzieć, czy je przyjmuje, oznajmiła, że dopiero zobaczą, czy Hançer potrafi kochać Cihana tak mocno jak ona.

To zdanie nagle zmieniło charakter spotkania. Nie chodziło już tylko o naprawienie krzywdy.

Bea postanowiła postawić rywalkę przed próbą, która dotykała jej najboleśniejszego uczucia.

Hançer nie ukrywała zdziwienia.

Przypomniała, że jest mężatką, a jej mężem jest Melich. Bejza nie dała się zbić z tropu.

Zarzuciła jej, że mimo małżeństwa wciąż patrzy na Cihana i wykorzystuje każdą okazję, by znaleźć się blisko niego.

W tych słowach było więcej zazdrości niż chęci porozumienia. Hançer ponownie poprosiła, żeby przeszły do rzeczy.

Nie przyszła po to, by prowadzić kolejny spór o uczucia. Chciała dowiedzieć się, jaką wiadomość ma przekazać.

Bea odpowiadała jednak wymijająco.

Domagała się dowodu, że Hançer nie jest już zainteresowana jej mężem.

Chciała mieć pewność, że od tej chwili nie będzie pojawiać się w ich pobliżu. Hançer zaczęła tracić cierpliwość.

Nie rozumiała, jaki konkretny gest mógłby zadowolić Beę, skoro same słowa nie wystarczają.

W końcu zapytała wprost: „Czego ty właściwie ode mnie chcesz?”.

I właśnie na to pytanie Bea czekała.

Zaczęła przypominać przeszłość. Kiedy rodzina przyszła kiedyś prosić o rękę Hançer dla Cihana, dziewczyna nie wiedziała, że Bea jest jego byłą żoną.

Bea mogła wtedy powiedzieć prawdę i pokrzyżować ich plany, ale tego nie zrobiła.

Tak przynajmniej przedstawiała własną decyzję. Twierdziła, że kochała Cihana tak mocno, iż nie chciała odbierać mu szansy na dziecko.

Dlatego, jak sama powiedziała, oddała go Hançer własnymi rękami. Teraz przyszła kolej Hançer.

Miała zrobić dla niej dokładnie to samo.

Słowa zawisły w dusznym powietrzu niewielkiego pokoju.

Jeszcze przez chwilę Hançer mogła mieć nadzieję, że chodzi o symboliczny gest.

W rzeczywistości Bea przygotowała znacznie bardziej dotkliwy warunek.

Kiedy rozmowa dobiegła końca, Hançer wyszła z domu wyraźnie poruszona. Nie była tam sama.

Nieco niżej, przy drodze, czekał na nią Melich. Stał w pobliżu zarośniętego wzgórza pod starymi schodami prowadzącymi ku werandzie.

Co chwilę spoglądał w górę, niepokoił się, bo wiedział, jak wiele emocji budzi każde spotkanie Hançer z Beą.

Wciąż słyszał pytania Sinem: „A jeśli Cihan nawet po rozwodzie nie zechce wrócić do Hançer? td4729 A jeśli nie wybaczy jej ukrywania prawdy o dziecku?”.

Te obawy nie dawały Melichowi spokoju.

Rozumiał, że sytuacja jest znacznie bardziej skomplikowana, niż mogłoby się wydawać komuś patrzącemu na nią z zewnątrz.

Czekał więc z rosnącym napięciem, aż Hançer zejdzie po nierównych schodach. Wreszcie ją zobaczył.

Schodziła powoli, jakby ciężar rozmowy z Beą utrudniał jej każdy krok. Kiedy stanęła przed nim, Melich natychmiast zaczął pytać: „Czy Bea powiedziała coś złego? Czy znowu ją obraziła? Czego tym razem chciała?”.

Hançer odwróciła wzrok.

Jej milczenie mówiło więcej niż szybka odpowiedź. Po chwili wyznała, że Melich prawdopodobnie nie uwierzy w to, co właśnie usłyszała.

Trudno było o bardziej niepokojące zdanie. Melich wiedział już, że nie chodzi o zwykłą sprzeczkę.

Jeśli Hançer, która tyle razy próbowała zachować spokój w najtrudniejszych chwilach, była aż tak poruszona, żądanie Bei musiało przekroczyć kolejną granicę.

Ale nawet on nie przewidział, że celem rywalki będzie zmuszenie Hançer do osobistego udziału w ceremonii, która miałaby przypieczętować jej rozstanie z Cihanem.

Niedługo później Hançer weszła do gabinetu Cihana w rezydencji. Cihan siedział za biurkiem.

Nie musiała mu mówić, skąd wróciła.

Mukadder zdążyła wcześniej przyjść do syna i przyznać, że skierowała Hançer do Bejzy.

Cihan rozpoczął rozmowę chłodno.

Przeprosił, ponieważ uznał, że matka właściwie zmusiła Hançer do tego spotkania.

Hançer od razu zaprzeczyła. Nie chciała, żeby przedstawiano ją jako osobę pozbawioną własnej woli.

Powiedziała, że poszła do Bejzy, bo tak nakazało jej sumienie. To wyjaśnienie było dla niej ważne.

Nie działała na rozkaz Mukadder ani pod presją Cihana. Sama uznała, że powinna zmierzyć się z konsekwencjami własnego oskarżenia.

Cihan powoli odwrócił fotel w jej stronę.

Nie ukrywał, że dziwi go tak poważne traktowanie żądania Bejzy. Chciał jednak przejść do sedna.

Zapytał krótko, czego ona chce. Hançer zebrała odwagę i zaczęła opowiadać.

Przypomniała, że dawno temu Bea przyszła do jej domu wśród osób proszących o jej rękę dla Cihana.

Właśnie do tamtego wydarzenia nawiązywał nowy pomysł. Teraz role miały zostać odwrócone.

Bea chciała, żeby Cihan pojechał do jej ojca i oficjalnie poprosił o jej rękę.

Nie wystarczało jej to, że ponownie została jego żoną.

Pragnęła przeżyć także gest, który w jej oczach miałby potwierdzić zwycięstwo nad Hançer.

Cihan wstał od biurka i odszedł w stronę komody. Skrzyżował ręce na piersi. Był wyraźnie zaskoczony.

Przypuszczał, że Bejza będzie stawiała kolejne przeszkody albo żądała obietnic. Nie spodziewał się jednak takiego przedstawienia.

Z ironią zapytał, czy ma jeszcze jakieś życzenia. Hançer musiała odpowiedzieć, że to nie wszystko.

Bea postawiła drugi warunek, znacznie bardziej bolesny dla Hançer. Zażądała, żeby podczas proszenia o jej rękę obecna była również Hançer.

Wszystko miało wyglądać tak, jakby to właśnie ona dobrowolnie oddawała Cihana Bezie.

Kiedy Cihan usłyszał te słowa, gwałtownie się wyprostował. Powtórzył pytanie, jakby chciał upewnić się, że dobrze zrozumiał.

Bea oczekuje, że będzie prosił o jej rękę na oczach Hançer. W jego głosie zabrzmiało oburzenie.

Nie widział w tym żadnej rozsądnej potrzeby. Dla niego stało się jasne, że żądanie ma nie tyle umocnić małżeństwo, ile uderzyć w drugą kobietę.

Hançer natomiast nie skupiała się na własnym bólu. Próbowała przekonać Cihana, że nie warto dyskutować o logice Bei.

Zależało jej na znalezieniu kompromisu, nawet jeśli sama miała zapłacić za niego wysoką cenę.

Powiedziała, że jest gotowa ponieść konsekwencje swojego błędu. To wyznanie powinno zabrzmieć jak próba zakończenia sporu.

Cihan odebrał je jednak zupełnie inaczej.

Oświadczył, że Bea uwielbia wywoływać zamieszanie i że nie zamierza podporządkowywać się jej kaprysom.

Hançer spojrzała na niego z niedowierzaniem. Przypomniała mu o dziecku. Uważała, że jako ojciec powinien być gotów zrobić wszystko, żeby zapewnić mu spokój.

Oboje mieli na myśli dobro małego Cihana Gurura, lecz zupełnie inaczej rozumieli drogę do tego celu.

Hançer była gotowa się poświęcić, jeśli dzięki temu chłopiec wróciłby do bezpieczniejszego życia.

Cihan nie chciał zaakceptować sytuacji, w której los dziecka staje się argumentem pozwalającym Bezie żądać coraz więcej.

Ich rozmowa szybko pokazała, jak daleko od siebie znaleźli się w tej kwestii.

Cihan wrócił za biurko i usiadł tyłem do Hançer.

Powiedział, że wykonała już swoją część zadania. Przekazała wiadomość, a reszta jest jego problemem.

Poprosił, by nie mieszała się więcej do sprawy. W jego słowach nie było miejsca na dalsze negocjacje.

Hançer stała jeszcze chwilę, patrząc na odwrócone plecy mężczyzny. Zapewne chciała powiedzieć coś więcej, ale widziała, że teraz nie przekona go do zmiany zdania.

Odpowiedziała krótko: „Jak chcesz”, po czym wyszła. Cihan został sam, ścisnął dłoń w pięść i przyłożył ją do czoła.

Gniew mieszał się w nim z bezsilnością.

Bejza znów zdołała narzucić temat, którego nie chciał nawet podejmować.

A co gorsza, wciągnęła w swoją grę Hançer, choć Cihan próbował wyraźnie oddzielić ich relacje od własnych spraw małżeńskich.

Tymczasem Hançer nie potrafiła uwolnić się od usłyszanych słów. Razem z Melichem znalazła się później w salonie starego domu.

Usiadła na różowej kanapie, odłożyła torebkę i mocno splotła dłonie. Melich zajął miejsce naprzeciwko.

Od początku rozmowy nie pozostawiał wątpliwości, co myśli o żądaniu Bejzy.

Powiedział stanowczo, że Cihan zareagował właściwie.

Nie można oczekiwać od Hançer, żeby wzięła udział w czymś tak poniżającym. Dla Melicha sprawa była jednoznaczna.

Odmowa była jedyną rozsądną odpowiedzią.

Jednak Hançer milczała. Jej spojrzenie błądziło po pokoju. Wciąż wracała myślami do chwili, kiedy Bea wypowiedziała swoje żądanie.

Melich szybko zrozumiał, że to nie gniew Cihana jest największym problemem.

Największym problemem jest to, że Hançer sama zaczyna przyjmować warunki przeciwniczki.

W końcu Hançer odezwała się cicho.

Powiedziała, że będzie musiała stać i patrzeć, jak Cihan i Bea wkładają sobie obrączki, że własnymi rękami odda mężczyznę, którego kocha, innej kobiecie.

Nie wypowiedziała tych słów z obojętnością.

Było w nich tyle bólu, że Melich nie mógł ukryć wzburzenia. Hançer wiedziała, jak trudny byłby dla niej taki widok.

Nie próbowała udawać, że uczucia do Cihana wygasły. Mimo to uznawała, że musi się z tym pogodzić.

W jej sposobie myślenia krył się dramatyczny paradoks. Chciała naprawić wyrządzoną krzywdę, ale ceny za to zamierzała zapłacić przede wszystkim własnym szczęściem.

Zamiast pytać, czy warunek Bejzy jest uczciwy, pytała siebie, czy ma prawo odmówić, skoro chodzi o dziecko.

Melich nie wytrzymał. Zapytał, czy naprawdę zamierza zaakceptować tę okrutną grę. Przypomniał, że nawet Cihan, na którego Hançer bywała zła, odrzucił żądanie bez wahania.

Tym razem, podkreślił Melich, miał absolutną rację. Zdaniem Melicha Bezie nie chodziło ani o dziecko, ani o spokojne życie rodzinne.

Chciała przede wszystkim zranić Hançer i upewnić się, że raz na zawsze zrezygnuje ona z Cihana.

Cała ceremonia miała być pokazem jej przewagi. Melich nie rozumiał, dlaczego Hançer tego nie dostrzega.

Pytał, dlaczego wciąż próbuje ukarać samą siebie i przyjmuje na barki odpowiedzialność większą, niż ktokolwiek powinien od niej wymagać.

Nie atakował Hançer. Chciał wyrwać ją z poczucia winy, które Bejza umiejętnie wykorzystywała.

Im dłużej mówił, tym wyraźniej było słychać jego bezradną troskę. Hançer odpowiedziała jednym zdaniem.

Jest to winna dziecku.

W jej przekonaniu ten argument kończył dyskusję. Melich nie zgodził się. Przypomniał jej, że od samego początku bardzo wiele poświęca dla tego chłopca.

Że nie musi udowadniać swojej wartości kolejnym wyrzeczeniem i że powinna wreszcie pomyśleć również o sobie oraz o własnym dziecku.

To ostatnie przypomnienie było szczególnie ważne. Hançer nie żyła przecież tylko sprawami Cihana i Bejzy.

Sama miała obowiązki, nadzieję i przyszłość, której nie wolno jej bez końca odkładać na później.

Melich prosił, żeby przestała uważać cierpienie za jedyny dowód dobrych intencji. Nie każda krzywda daje się naprawić poprzez jeszcze większe poświęcenie.

Czasem potrzebna jest odwaga, żeby powiedzieć: „Zrobiłam, co mogłam, ale dalej nie pójdę”.

Melich pochylił się w jej stronę i poprosił o obietnicę. Cihan jasno zakomunikował, że sam zajmie się sprawą Bei.

Hançer przekazała już żądanie, więc nie powinna ponownie się wtrącać. Melich chciał usłyszeć od niej, że nie pozwoli się wciągnąć w tę grę.

Hançer nie odpowiedziała. Odwróciła głowę w stronę okna, za którym światło przechodziło przez jasne firanki.

Jej milczenie było bardziej wymowne niż jakakolwiek deklaracja. Nie dawała Melichowi tego, o co prosił, ponieważ sama jeszcze nie wiedziała, czy zdoła się powstrzymać.

Czuła się rozdarta między miłością do Cihana, troską o dziecko i potrzebą naprawienia własnego błędu.

Melich patrzył na nią z niepokojem.

Wiedział, że jeśli Bea ponownie zażąda od Hançer ofiary, dziewczyna może nie umieć powiedzieć „nie”.

W tym samym czasie Cihan postanowił działać.

Nie zamierzał ograniczać się do gniewu przeżywanego w samotności.

Wsiadł do samochodu i pojechał prosto do domu Jonki, gdzie przebywała Bea. Dom, który wcześniej był miejscem trudnego spotkania dwóch kobiet, teraz miał stać się areną bezpośredniej konfrontacji.

Cihan wszedł do niewielkiego salonu i stanął naprzeciwko żony. W pokoju znajdowała się turkusowa kanapa, a obok łóżko nakryte jasną narzutą z motywem liści.

Wszystko wyglądało skromnie, daleko od warunków, jakie Cihan chciał zapewnić synowi.

Mężczyzna nie silił się na uprzejmości.

Miał dość kolejnych żądań, które oddalały rozwiązanie sprawy dziecka.

Spojrzał Bezie prosto w oczy i oświadczył, że doskonale rozumie, co ona próbuje osiągnąć.

Zdaniem Cihana Bea rozdrapywała stare rany i chciała zemścić się na Hançer.

Powiedział jej, że dostała już to, czego pragnęła.

Ponownie jest jego żoną. W ich obecnej sytuacji występuje jako matka jego dziecka.

Po co więc następne gry?

Bea natychmiast zaprzeczyła. Nie uważała, żeby kimkolwiek manipulowała.

Cihan nie zamierzał jednak zatrzymywać się przy samych słowach. Skierował rozmowę na los małego Cihana Gurura.

Zapytał, czy chłopiec powinien dorastać w tak skromnych warunkach. Z jego punktu widzenia to dziecko ponosiło konsekwencje konfliktu między dorosłymi.

Bea usłyszała w tych słowach zarzut dotyczący własnego macierzyństwa.

Uniosła głowę i odpowiedziała stanowczo, że nosiła syna pod sercem przez dziewięć miesięcy.

Nikt nie kocha go bardziej niż ona. Była przekonana, że przy matce chłopiec jest szczęśliwy.

Cihan nie podważał w tej chwili jej uczuć poprzez dalszą kłótnię. Powiedział jednak jasno, czego oczekuje. Bejza i dziecko muszą wrócić razem z nim.

W jego głosie zabrzmiała stanowczość człowieka, który nie chce już codziennie negocjować podstawowych spraw rodzinnych.

Bea od razu wskazała przeszkodę. Nie zamierzała wracać do miejsca, w którym miałaby siedzieć z boku i patrzeć, jak Hançer pojawia się przy Cihanie.

Samo wyobrażenie sobie obecności rywalki wywoływało w niej sprzeciw. Cihan odpowiedział ostro, że nie ma już nic wspólnego z Hançer i że Bea powinna przestać wciągać ją w ich małżeńskie sprawy.

Oskarżył żonę, że jej prawdziwym celem jest zemsta. W jego przekonaniu inni również dostrzegali, do czego zmierza.

Ale Bea nie zamierzała zmienić stanowiska. Zapewniła, że nie szuka zemsty. Chce jedynie dowodu, że między Cihanem a Hançer wszystko naprawdę się skończyło, i właśnie dlatego, jak oznajmiła Cihanowi, musi spełnić jej warunek.

Ta odpowiedź wiele wyjaśniała. Bea nie prosiła o zwykłe zapewnienie.

Potrzebowała spektakularnego gestu, którego świadkiem będzie sama Hançer.

Nie wystarczały jej słowa Cihana ani formalny stan ich związku. Chciała zobaczyć, jak rywalka stoi obok i akceptuje stratę.

Cihan przyglądał się jej długo. Widział pewny siebie uśmiech, upór i oczekiwanie, że w końcu ustąpi.

Miał przed sobą kobietę przekonaną, że kontroluje sytuację. Jeszcze niedawno odpowiedziałby prawdopodobnie kolejną odmową.

Tym razem jednak zachował się inaczej.

Zadał pytanie, które miało dla Bei zabrzmieć zupełnie zwyczajnie.

Zapytał, czy to jej ostatnie słowo, czy naprawdę nadal upiera się przy tym, żeby Hançer była obecna, kiedy on pojedzie prosić jej ojca o rękę.

Bejza nie zawahała się ani przez chwilę.

Potwierdziła: „Tak, dokładnie tego chcę”.

Zapewne spodziewała się kolejnego wybuchu gniewu.

Mogła też liczyć, że Cihan zacznie ją prosić o zmianę decyzji, a ona będzie mogła raz jeszcze podkreślić swoją przewagę.

Nic takiego nie nastąpiło. Cihan nie krzyknął, nie rzucił oskarżeń, powoli się wyprostował, a na jego twarzy pojawił się chłodny, trudny do odczytania wyraz.

Właśnie ten spokój był bardziej zaskakujący niż wcześniejszy gniew.

Zamiast dalszej kłótni usłyszała krótkie: „W porządku”.

Potem Cihan zapytał, czy jest wolna tego wieczoru. Bejza zamrugała, zbita z tropu.

Jeszcze chwilę wcześniej walczyła o zgodę, a teraz Cihan zachowywał się, jakby podjął decyzję i nie widział powodu, by czekać.

Jej zaskoczenie szybko ustąpiło miejsca radości. Uznała, że zwyciężyła.

Potwierdziła, że ma wolny wieczór, i oznajmiła, że natychmiast się przygotuje.

Przypomniała mu również, dokąd mają jechać. To właśnie jej ojciec musi usłyszeć prośbę o rękę.

Cihan odpowiedział: „Spokojnie, dobrze, jak chcesz”.

Dla Bejzy były to słowa, na które czekała.

Chwyciła telefon ze stolika i niemal pobiegła do pokoju. W jej wyobraźni wszystko zaczynało układać się po jej myśli.

Cihan miał wykonać żądany gest. Hançer miała zostać świadkiem, a ona sama miała odzyskać poczucie przewagi.

W salonie zapadła cisza. Cihan pozostał sam. Opuścił wzrok i zmarszczył brwi. Przez chwilę wyglądał jak człowiek, który intensywnie rozważa następny ruch.

Cicho powtórzył imię żony.

Bejza. Bejza.

W jego głosie nie było jednak czułości ani ulgi po zakończonej sprzeczce.

Był chłodny gniew i coś jeszcze, czego nie dało się łatwo nazwać. Nie wyglądał na człowieka złamanego.

Przypominał raczej kogoś, kto przestał walczyć na warunkach narzuconych przez drugą stronę.

Bea nie widziała tej chwili. Była zajęta przygotowaniami i przekonana, że odniosła pełne zwycięstwo.

Cihan tymczasem pozostawał nieruchomy, skupiony i niezwykle spokojny. To właśnie ten kontrast budził największy niepokój.

Hançer wciąż nie miała pewności, co się wydarzy. Melich nie doczekał się od niej obietnicy, że nie weźmie udziału w żądanej ceremonii.

Bea szykowała się na wieczór, który w jej oczach miał ostatecznie rozstrzygnąć rywalizację.

Cihan zaś zgodził się na coś, co jeszcze niedawno nazywał absurdem. Nie wiadomo jednak, czy jego słowa oznaczały prawdziwą kapitulację.

W tym momencie żaden z uczestników sporu nie mógł być pewien, jak zakończy się spotkanie u ojca Bei.

Jedno stało się jasne. Gra, którą Bea uważała za wygraną, wcale nie musiała przebiegać tak, jak sobie zaplanowała.

Bo kiedy Cihan przestał się sprzeciwiać i zaczął działać z niepokojącym spokojem, pojawiło się pytanie znacznie ważniejsze od samej ceremonii.

Co właściwie zamierza zrobić, gdy wszyscy znajdą się na miejscu?”

Related Posts

Zapłakany Dawid Kwiatkowski nie może uwierzyć w to, co się stało. “Po 12 latach”

Dawid Kwiatkowski zalał się łzami пa oczach faпów Dawid Kwiatkowski, otwiera się w пowym okпie wydał swój pierwszy albυm poпad 12 lat temυ. 2 paździerпika premierę miał…

Cihan siedzi samotnie nad dokumentami, które zmieniają wszystko, a to, co właśnie odkrył, nie wywołuje już tylko gniewu, ponieważ w jego twarzy widać ból człowieka, który zrozumiał,…

“Psychologiczna próba w gabinecie CihanaCihan wzywa Hanser do swojego biura, stawiając ją w niezwykle bolesnym położeniu: Ostentacyjne przygotowania: Prezentuje jej okazały bukiet czerwonych róż, pyta, czy przypadną…

”Cong podjął decyzję, od której nie zamierza już się cofnąć. Chce rozwodu z Bejzą i zrobi wszystko, by nie stracić syna. Ale nawet Engine nie potrafi obiecać…

“Panna młoda” – Odcinek 237:

Co się wydarzy w 237. odcinku tureckiego serialu „Panna młoda”? Engin postanawia pokrzyżować plany swatki i za wszelką cenę zniechęcić Silę do potencjalnego kandydata na męża. Derya…

To miała być chwila, w której Beja odzyska pewność, że Cihan naprawdę chce zacząć z nią od nowa, ponieważ sala jest przygotowana, goście czekają, a ona stoi…

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

You cannot copy content of this page