
Mała dziewczynka wbije ostatni gwóźdź w drewniany domek dla trzech królików i klaśnie z radości, a w tej samej chwili, kilka godzin drogi od rezydencji, jej matka przyłoży spękane usta do zimnej cegły i poprosi Boga tylko o jedno: żeby nie zabierał jej życia, zanim jeszcze raz zobaczy swoją córkę.
Cześć wszystkim, tu Robert, i dzisiaj w Panna Młoda wszystko zacznie się od jednego słowa — od nazwy miejscowości nad morzem, którą jeden kierowca znajdzie na wydruku z bramek autostradowych. Zwykłe słowo, zwykłe miasteczko, ale dla Cihana to słowo otworzy drzwi do wspomnienia, które przez lata leżało zakopane głęboko w pamięci, i do prawdy, której nikt w rodzinie Develioglu nie chce usłyszeć.
Zanim tam pojedziemy, przypomnijmy sobie, gdzie zostawiliśmy naszych bohaterów: Mine, która uciekła z domu, żeby szukać mamy, wróciła cała i zdrowa dzięki obcemu kierowcy o dobrym sercu; Metina, który przy rodzinnym śniadaniu z uśmiechem wyznał, że zamurował żonę żywcem, a potem obrócił wszystko w żart o klatce dla królików; Mukadder, która uwierzyła w ten żart, bo bardzo chciała w niego uwierzyć; oraz Sinem, o której wszyscy w domu mówią, że uciekła, a która od wielu dni leży w ciemności za ceglanym murem, gdzie nikt jej nie szuka tam, gdzie naprawdę jest. Tylko jeden człowiek w tym domu nie przestał zadawać pytań — Cihan — i dziś jego pytania wreszcie dostaną odpowiedź.
Ogród rezydencji będzie pachniał świeżo ściętym drewnem i wilgotną ziemią. Pod starym kasztanowcem, w smudze popołudniowego słońca, będzie stał gotowy domek dla królików z daszkiem pomalowanym na czerwono, z drzwiczkami na zawiasach i z małym okienkiem zabezpieczonym siatką, żeby mama królik mogła wyglądać na świat. Mine będzie obchodziła go dookoła, dotykając każdej deski, jakby nie mogła uwierzyć, że jest prawdziwy, a na jej kolanach będą plamy od trawy, na policzku smuga kurzu, a w dłoni młotek, który jest dla niej trochę za ciężki.
— Pomagałam tacie — powie z dumą każdemu, kto przejdzie przez ogród. — Ubijałam gwoździe sama, prawie wszystkie.
Metin będzie stał obok, wycierając dłonie w szmatkę, uśmiechnięty i cierpliwy — taki ojciec, jakiego każde dziecko chciałoby mieć. Kiedy Hanser wyjdzie na taras z filiżanką herbaty, spojrzy na nich i pomyśli, że może Cihan się myli, że może to wszystko było tylko koszmarem jednej nocy, bo człowiek, który tak patrzy na swoją córkę, nie może być potworem. Gdyby słyszała, co Metin powie Mine kilka minut później, nigdy więcej by tak nie pomyślała.
— A gdzie króliki będą spały? — zapyta Mine. — Tutaj w środku. Jutro pojedziemy razem i kupimy wszystkie trzy: mama królik, tata królik i mały króliczek. Będziemy jedną wielką rodziną, oni też będą należeć do naszej rodziny.
Metin kucnie przed nią i poprawi jej kosmyk włosów za uchem — delikatnie, czule. — Tylko że to ty będziesz się nimi opiekować. Ty będziesz za nie odpowiedzialna, rozumiesz? Dlatego muszę mieć pewność, że nie zrobisz tego samego błędu co twoja mama, że nie odejdziesz bez słowa, bo jeśli ktoś naprawdę kogoś kocha, to go nie zostawia, prawda?
Mine pokiwa głową poważnie jak dorosła. — A jeśli jednak złamiesz obietnicę… — Metin uśmiechnie się szerzej. — …to zostawię drzwiczki klatki otwarte i króliki uciekną. Po co mi króliki, które będą mi przypominać córkę, która mnie zostawiła? Patrzyłbym na nie i myślał o tobie, i bardzo bym cierpiał. Nie chcesz, żeby tata cierpiał, prawda? — Nie, tato, nie otwieraj drzwiczek. Obiecuję, nigdzie nie pójdę. — Wiedziałem, moja mądra dziewczynka. Będziesz dla nich mamą.
Mine przytuli się do niego, a Metin nad jej ramieniem spojrzy w stronę domu, prosto w okno kuchni, tam gdzie za firanką będzie stała Gulsum i będzie widziała wszystko. Od dnia, w którym Metin przy śniadaniu powiedział, że zamurował żonę żywcem, Gulsum nie przespała ani jednej nocy: rano straciła przytomność przy zlewie i upadła tak nagle, że rozbiła sobie łokieć o kant szafki. Kiedy otworzyła oczy, pierwszą twarzą, jaką zobaczyła, była twarz Metina pochylonego nad nią.
— Zemdlałaś, Gulsum. Krew odpłynęła ci z twarzy. Może to przez to, co powiedziałam przy śniadaniu? Wystraszyłaś się? — Co? Nie, nie, panie Metinie, czego miałabym się bać? — No właśnie, czego? To były tylko słowa powiedziane w złości. Nic więcej, prawda? Prawda, proszę pana?
Ale to nie była prawda, i oboje o tym wiedzieli, bo kilka godzin wcześniej w ciemnym korytarzu Metin powiedział jej coś jeszcze — coś, czego nie słyszał nikt inny: że ma się stąd nie ruszać, że gdziekolwiek pójdzie, on ją znajdzie, a nawet gdyby uciekła na samo dno piekła, wyciągnie ją stamtąd za włosy.
Teraz, stojąc przy oknie kuchni i patrząc, jak Metin przytula córkę, Gulsum poczuje, jak zimny dreszcz przechodzi jej przez plecy: ten człowiek zbudował grób dla własnej żony własnymi rękami, cegła po cegle, więc co zrobi kobiecie, która nic dla niego nie znaczy — kobiecie, która znalazła walizkę w śmietniku i za dużo widziała?
Wieczorem to Gulsum będzie układała Mine do snu, a mała będzie podekscytowana, wiercąc się pod kołdrą i opowiadając o tym, że jutro pojadą z tatą po króliki, że jeden będzie biały, drugi szary, a mały króliczek może łatki. — Ale super — powie Gulsum, wygładzając poduszkę. — Będą ci towarzyszyć. Jedźcie, jedźcie, niech wam się wiedzie.
A w duchu doda coś zupełnie innego: „Im rzadziej będę oglądać twarz tego twojego diabła w ludzkiej skórze, tym lepiej dla mnie”. — Może mama też przyjedzie zobaczyć króliki — wyszepcze Mine już z zamykającymi się oczami.
Gulsum zatrzyma się z dłonią na kołdrze. — Najpierw niech króliki przyjadą, kochanie, potem zobaczymy. A teraz zamykaj oczka. — Poczytasz mi bajkę, Gulsum? — Mam dziś tyle roboty, że nie wiem, w co ręce włożyć. Bajkę przeczytamy jutro. Śpij, skarbie, niech ci się przyśni coś pięknego.
Wyjdzie szybko, zanim Mine zobaczy łzy w jej oczach, bo Gulsum nie będzie miała siły czytać bajki dziecku, któremu ojciec zabrał matkę — nie dziś, nie wiedząc tego, co wie.
Tej nocy, kiedy w rezydencji zgasną wszystkie światła, Gulsum wyciągnie spod łóżka swoją starą torbę podróżną i będzie pakowała się po ciemku, w pośpiechu, drżącymi rękami: dwie sukienki, swetry, różaniec po matce, kopertę z oszczędnościami schowaną na dnie szafy. Zamek błyskawiczny zgrzytnie tak głośno, że Gulsum zamrze i przez całą minutę będzie nasłuchiwać, czy ktoś nie idzie korytarzem. Cisza. Weźmie torbę, otworzy drzwi swojego pokoju i zrobi pierwszy krok w stronę wolności, nie wiedząc, że na końcu korytarza, w szlafroku i z lampką nocną w dłoni, ktoś już na nią czeka.
Jeśli tak jak ja trzymacie kciuki za Gulsum i chcecie wiedzieć, czy uda jej się wyjść z tego domu, zostawcie łapkę w górę i zasubskrybujcie kanał, bo za chwilę jeden mały wydruk z autostrady zmieni bieg całej tej historii.
— Dokąd to się wybierasz o tej porze? — głos Mukadder rozetnie ciemność jak nóż.
Gulsum podskoczy, torba wypadnie jej z ręki i uderzy o podłogę. — Pani Mukadder… ja… ja tylko pytam… — Dokąd idziesz? Bez słowa, bez pozwolenia, w środku nocy, z torbą jak złodziejka?
Gulsum podniesie torbę i przyciśnie ją do piersi, a potem — zamiast spuścić głowę i przeprosić, jak robiła to przez wszystkie lata służby — powie coś, czego Mukadder nigdy się po niej nie spodziewała. — Odchodzę, pani Mukadder. Jeśli macie choć trochę rozumu, to wy też odejdziecie. Pani, pan Cihan, pani Hanser — wszyscy, najlepiej jeszcze dziś. — Oszalałaś? Co ty wygadujesz?! — To nie ja jestem szalona — głos Gulsum będzie drżał, ale nie umiknie. — Pani też to wie, tylko nie chce pani tego powiedzieć na głos. On zamurował kobietę żywcem, własną żonę, matkę swojego dziecka! Skoro zrobił to jej, to co zrobi mnie? Pan Metin nigdy nie powinien był wychodzić z tamtej kliniki, nie trzymali go tam bez powodu!
Policzek padnie, zanim Gulsum zdąży skończyć zdanie, a lampka nocna zakołysze się w dłoni Mukadder, rzucając na ściany skaczące cienie. — Ty niewdzięczna, bezczelna! Tak mówisz o moim synu?! W moim domu szukasz pretekstu, żeby uciec, i zrzucasz winę na mojego chorego syna?!
Mukadder podejdzie bliżej, tak blisko, że Gulsum poczuje zapach jej kremu na noc. — Wynoś się! Nawet gdybyś padła mi do stóp, nie przyjmą cię z powrotem. Pakuj te swoje szmaty i znikaj, ale zapamiętaj sobie jedno: jeśli kiedykolwiek usłyszę, że gdziekolwiek komukolwiek powiedziałaś jedno słowo o Metinie albo o nazwisku Develioglu, zniszczę cię! Pamiętasz, co się stało z Beją? Niech jej los będzie dla ciebie przestrogą!
Gulsum będzie stała z torbą przy piersi, z piekącym policzkiem i z łzami w oczach, gdy nagle z głębi korytarza rozlegnie się cichy, zaspany głosik: — Mamo… mamusiu…
Obie odwrócą głowę: w drzwiach pokoju będzie stała Mine, w piżamie, z rozczochranymi włosami i z oczami pełnymi łez, wołając matkę przez sen, jak co noc. Mukadder w jednej sekundzie zmieni się nie do poznania: lodowata królowa zniknie, a na jej miejscu pojawi się czuła babcia. Uklęknie przed wnuczką, przytuli ją i będzie gładziła po włosach. — Moje serduszko, czemu płaczesz? Nikt nie krzyczy, kochanie, tylko rozmawiałyśmy. — Ale ty krzyczałaś na Gulsum… — Obudziłaś się, to ci się tak wydawało. Wołałam Gulsum, ale nie słyszała, więc musiałam mówić głośniej. Chodź, ułożę cię z powrotem do łóżka.
Mukadder zabierze Mine do pokoju, a przechodząc obok Gulsum, nawet na nią nie spojrzy. Gulsum zostanie sama w ciemnym korytarzu z torbą w ręce i zrozumie, że nie wyjdzie dziś z tego domu — nie przez groźby Mukadder, lecz przez Mine. Bo kto przy niej zostanie, jeśli wszyscy, którzy znają prawdę, uciekną?
Mukadder ułoży Mine do łóżka, przykryje ją kołdrą aż pod brodę i będzie siedziała przy niej tak długo, aż oddech małej stanie się równy i spokojny. Mine jeszcze przez sen mamrocze, że jutro jadą z tatą po króliki i że może mama też przyjedzie je zobaczyć, a Mukadder pogłaszcze ją po głowie i nic nie odpowie.
Potem wyjdzie na korytarz i zatrzyma się przy drzwiach pokoju Metina. Spod drzwi nie będzie sączyło się żadne światło, ale Mukadder będzie miała dziwne wrażenie, że syn nie śpi, że stoi tuż po drugiej stronie w ciemności i słucha.
Przypomni jej się twarz lekarza z kliniki, który prowadził Metina przez te wszystkie lata — spokojny, siwy mężczyzna w okularach. Powiedział jej wtedy w swoim gabinecie, przy zamkniętych drzwiach, że jej syn jest stabilny, dopóki nic go nie wytrąci z równowagi, ale że w chwilach silnego wzburzenia może stać się nieprzewidywalny i groźny dla innych oraz dla siebie. Mukadder wysłuchała go wtedy z kamienną twarzą i uznała, że lekarze zawsze przesadzają, a jej syn potrzebuje domu, a nie zamkniętego oddziału.
Teraz, stojąc pod jego drzwiami z policzkiem Gulsum wciąż piekącym ją w dłoni, po raz pierwszy pomyśli, że może tamten lekarz nie przesadzał, po czym odepchnie tę myśl szybko, mocno, tak jak odpycha się kogoś, kto za bardzo się zbliżył. Bo jeśli ta myśl zostanie, to będzie musiała przyznać, że Gulsum miała rację, a Mukadder Develioglu nigdy nie przyznaje racji służącym.
Gulsum w tym czasie wróci do swojego pokoju, postawi torbę przy drzwiach (spakowaną, gotową), usiądzie na łóżku i będzie myślała. Pan Cihan… musi porozmawiać z panem Cihanem, powie mu, że nie wytrzymuje i że musi odejść, a jeśli on dowie się wszystkiego, stanie po jej stronie, bo zawsze stawał po stronie słabszych. Ma przecież jeszcze miesięczną pensję do odebrania, ma przecież jeszcze trochę czasu.
Położy się w ubraniu, z otwartymi oczami, i nagle usłyszy za drzwiami kroki, które zatrzymają się dokładnie przy jej progu. Długa chwila ciszy, a potem szept przez szparę w drzwiach — tak cichy, że równie dobrze mógłby jej się przyśnić: — Wiem, że nie śpisz, Gulsum. Bravo, tak trzymaj. A jeśli nie możesz zasnąć, to chociaż zamknij te swoje ciekawskie oczy. Nawet jeśli coś widzisz, udawaj, że nie widzisz.
Kroki oddalą się korytarzem, a Gulsum zaciśnie w dłoni różaniec po matce i nie wypuści go aż do świtu.
Rano w rezydencji wszystko będzie wyglądało zwyczajnie: śniadanie na tarasie, zapach świeżego chleba, Mine opowiadająca z pełną buzią o królikach, które dziś po południu pojadą kupić, oraz Mukadder udająca, że nocna scena w korytarzu nigdy się nie wydarzyła.
Cihan i Hanser zostaną przy stole najdłużej. Hanser zauważy, że mąż ledwo tknął jedzenie i od kwadransa obraca w palcach tę samą łyżeczkę. — Coś ci gryzie, prawda? Coś więcej niż twój brat.
Cihan opowie jej o wizycie adwokatki od Siły, o ugodzie, którą odrzucił, a Hanser wysłucha go spokojnie i zapyta ostrożnie, czy może ta propozycja była szczera i czy on — uprzedzony do wszystkiego, co wiąże się z tamtą rodziną — źle ją odczytał. — Hanser, ty widzisz wszystkich takimi, jaka sama jesteś, ale nie wszyscy mają takie serce jak ty. A jednak dobrzy ludzie wciąż istnieją. Na przykład ta pani z minibusu w ogóle mnie nie znała, a zapłaciła za mnie bilet, dała mi nawet swój adres, żebym mogła oddać pieniądze.
Cihan po raz pierwszy tego ranka się uśmiechnie. — Przecież chciałaś jej podziękować. Jedź, kierowca cię zawiezie i przywiezie. Nie martw się o mnie, Mine jest szczęśliwa z ojcem, a ty potrzebujesz trochę spokoju.
Hanser wróci z pokoju po godzinie w jasnej sukience i z torbą pełną prezentów. Cihan pomoże jej zejść po schodach, krok po kroku, trzymając ją pod łokieć. — Co ja takiego zrobiłem w życiu, że dostałem taką żonę? Dobrze, że jesteś, przy tobie jestem spokojny.
Nie będzie wiedział, że zaraz ten spokój pęknie. Bo poprzedniej nocy, kiedy w rezydencji Gulsum pakowała torbę, Engin też nie spał: siedział w swoim małym pokoju nad garażem przy laptopie, z kubkiem wystygłej herbaty, a mandat leżał na stole obok klawiatury (złożony na pół, rozłożony, znowu złożony). Pan Cihan kazał go zapłacić i zapomnieć, i zawsze robi to, co każe pan Cihan, ale tym razem coś mu nie pozwalało. To on prowadził samochód pana Metina, to on znalazł w bagażniku kilof i łopatę oblepione ziemią, to on widział szary pył na trzonkach, który nie wyglądał na ogrodowy piasek, i to on usłyszał przez uchylone drzwi jadalni słowa o ceglanym grobie bez drzwiczek i okien. Od tamtego ranka nie potrafił przestać o nich myśleć.
Zalogował się więc do systemu opłat za autostradę, w którym zarejestrowane są wszystkie samochody firmy, wpisał numer rejestracyjny i przewijał listy przejazdów powoli, linijka po linijce, mrużąc oczy przed światłem ekranu: Stambuł, Stambuł, Stambuł… A potem nagle ta sama nazwa — raz, drugi raz, trzeci raz, trzy dni z rzędu, zawsze ta sama bramka, zawsze w tym samym kierunku. Zamknął laptopa i siedział w ciemności, czując, jak serce wali mu coraz mocniej: nie wiedział jeszcze, co to znaczy, wiedział tylko, że pan Cihan musi się o tym dowiedzieć, choćby miał za to stracić pracę.
Pół godziny po wyjeździe Hanser zadzwoni telefon Cihana: Yigit właśnie wysadził panią Hanser pod pensjonatem i czeka w samochodzie przy bramie. — Panie Cihanie, jeszcze jedno. Wiem, że kazał mi pan zapłacić ten mandat i zapomnieć, ale coś mi nie dawało spokoju. Sprawdziłem w systemie opłat za autostradę historię przejazdów samochodu pana Metina. I co? Samochód pana Metina trzy dni z rzędu przejeżdżał przez bramki pod Sharkoy! Trzy dni pod rząd, panie Cihanie! I mandat też jest stamtąd, z autostrady, przy zjeździe na Sharkoy.
Cihan zamilknie. — Sharkoy? — Tak, Sharkoy. Halo, panie Cihanie, jest pan tam?
Cihan będzie stał w swoim gabinecie z telefonem przy uchu, ale już nie będzie słyszał Yigita, bo w jego głowie — jak film puszczony od nowa — wróci wieczór sprzed lat. Osiem lat temu, może trochę więcej: taras tej samej rezydencji, ciepły letni wieczór, zapach jaśminu. Metin — jeszcze zdrowy, jeszcze uśmiechnięty, jeszcze ten brat, którego Cihan kochał bardziej niż kogokolwiek — siedział z nim razem przy balustradzie z dwiema szklankami herbaty. — Pamiętasz, jak mówiłem ci o działce w Sharkoy? — zapytał wtedy Metin. — Kupiłem ją. Ziemia nad samym morzem, niedługo ruszy budowa. — Dobry ruch, bracie. Dobra inwestycja. — To coś więcej niż inwestycja. To będzie niespodzianka dla Sinem, własny dom, nasz dom. Chcę, żeby zdążyli przed narodzinami dziecka. I słuchaj, w domu będzie duży pokój gościnny specjalnie dla ciebie, wiesz, że lubię, jak przyjeżdżasz.
Cihan pamięta, jak się roześmiał i jak zapytał, czy Metin jest gotów na awanturę z matką, bo przecież Mukadder Sultan nigdy nie pozwoli synom wyprowadzić się spod swojego dachu. A Metin położył mu dłoń na ramieniu i poprosił, żeby na razie nic jej nie mówił, że kiedy dom będzie gotowy, wtedy jej powie, że Sinem zasługuje na to, żeby wreszcie być panią we własnym domu.
Potem na taras zeszła Sinem z zaokrąglonym brzuchem, w którym rosła Mine, i zapytała, o czym bracia tak szepczą, a Metin objął ją i powiedział, że o niczym, o pracy, o nudnych sprawach, po czym pocałował ją w czoło. Kilka miesięcy później Metin zniknął, a dom w Sharkoy nigdy nie powstał… A przynajmniej tak wszyscy myśleli.
Cihan oprze się o biurko, bo nagle zakręci mu się w głowie: „Zbudowałem jej grób własnymi rękami, cegła po cegle, bez drzwi, bez okien”. Te słowa, wypowiedziane przy śniadaniu z uśmiechem, wrócą do niego teraz z siłą, która odbierze mu oddech. Działka w Sharkoy, budowa, trzy dni z rzędu, kilof i łopata w bagażniku, dom, który miał być prezentem dla Sinem.
I w tej samej chwili, kilka godzin drogi od Stambułu, w ciemnym, wilgotnym pomieszczeniu bez okien, Sinem otworzy oczy. Nie będzie już wiedziała, czy jest dzień, czy noc, butelka z wodą będzie pusta od wielu godzin, a jej palce, zdarte do krwi od drapania w cegły, nie będą miały siły się zacisnąć. Leżąc na zimnej posadzce, przyciśnie policzek do muru, bo tylko ten mur jest jeszcze czymś, czego może dotknąć. — Boże, pomóż mi — szepcze. — Nie zabieraj mi życia, zanim zobaczę córkę, tylko jeszcze raz, jeden raz…
I wtedy w ciemności znowu zobaczy Mine, ale tym razem dziewczynka nie będzie się na nią gniewała: usiądzie obok niej na posadzce, tak blisko, że Sinem poczuje zapach jej włosów, zapach dziecięcego szamponu i słońca. — Mamusiu, dokąd idziesz? — Nie wiem, kochanie. Wiem tylko, że muszę iść. — Nie idź, proszę.
Sinem z ogromnym wysiłkiem podniesie dłoń i dotknie policzka córki, a jej palce przejdą przez powietrze. — Ty jeszcze jesteś taka mała, Mine. Masz przed sobą tyle życia, tyle rzeczy, które zobaczysz. Będziesz żyła, a ja będę żyła w tobie — za każdym razem, kiedy się uśmiechniesz, ja też będę szczęśliwa, a moja miłość zostanie z tobą zawsze. Dobrze, że przyszłaś, córeczko, tak się bałam, że odejdę, zanim przyjdziesz. Jesteś największym darem, jaki dostałam od tego świata. Cokolwiek ci powiedzą, pamiętaj, że cię kochałam, najbardziej na świecie. Zamknij oczy…
Jej oddech stanie się płytki, nierówny, coraz rzadszy — to będzie ten moment, w którym wszystko wyda się stracone. Sinem żegna się z życiem, Mine w ogrodzie czeka na króliki i wierzy, że mama ją porzuciła, Gulsum siedzi ze spakowaną torbą, zastraszona do milczenia, Mukadder broni syna przed całym światem, a Metin jest tak pewny siebie, że jutro zabierze córkę do sklepu zoologicznego jak najczulszy ojciec pod słońcem.
Wydawać się będzie, że nikt nie zdąży, ale jedna osoba właśnie odłożyła telefon. Cihan będzie stał w gabinecie zupełnie nieruchomo, a potem powoli, bardzo powoli wyprostuje się: jego twarz będzie blada, ale oczy nagle staną się jasne i twarde jak stal, bo zrozumie, że to nie jest już pytanie, czy brat kłamał — to jest pytanie, ile czasu jeszcze zostało. — Bracie… — wyszepcze do pustego pokoju. — Powiedz mi, że nie zrobiłeś tego, o czym myślę. Powiedz, że się mylę.
Ale nikt mu nie odpowie. Chwyci kluczyki ze stołu, marynarkę zostawi na oparciu krzesła i zbiegnie po schodach firmy, przeskakując po dwa stopnie i wybierając w biegu numer Yigita. — Yigit, słuchaj mnie uważnie! Zostań z panią Hanser, nie odstępuj jej na krok i nikomu ani słowa o Sharkoy. Nikomu, zwłaszcza w domu! — Panie Cihanie, a pan? — Ja jadę po moją bratową.
Silnik zaryczy na parkingu, a samochód Cihana wyjedzie na ulicę i skręci w stronę autostrady — tej samej, którą jego brat jeździł trzy dni z rzędu do miejsca, w którym kiedyś miał stanąć dom pełen szczęścia, a stanął grób. Za szybą będą migać ekrany reklamowe, stacje benzynowe, mosty, a potem coraz rzadsze zabudowania i coraz szersze pola.
Cihan nie włączy radia, będzie słyszał tylko szum opon, własny oddech i myśli, które będą krążyły w kółko jak ptaki nad wodą: „Co, jeśli się mylę? Co, jeśli to tylko zbieg okoliczności, a on zostawił chorą matkę, ciężarną żonę i dziecko w domu z człowiekiem, którego właśnie oskarżył o najgorszą zbrodnię? A co, jeśli się nie myli? Co, jeśli dojedzie za późno?”.
Przypomni sobie twarz Sinem z tamtego letniego wieczoru, jej dłoń na zaokrąglonym brzuchu i jej śmiech, kiedy Metin pocałował ją w czoło: przez osiem lat ta kobieta mieszkała pod jednym dachem z rodziną, która traktowała ją jak intruza, znosiła każde spojrzenie Mukadder, każdą przykrość i każdą samotną noc, bo czekała, bo wychowywała Mine i bo wierzyła, że kiedyś wszystko się ułoży. Cihan dociśnie gazu mocniej: — Nie zdążyłem cię ochronić przez osiem lat, bratowo, ale dziś zdążę. Muszę zdążyć!
W tym samym czasie Hanser będzie wchodziła po wąskich schodach pensjonatu z torbą pełną owoców i drobnych prezentów, zupełnie nieświadoma, że mąż właśnie pędzi autostradą w stronę morza. Zapuka do drzwi na drugim piętrze, a drzwi otworzy starsza kobieta z minibuszu i na jej widok zakryje usta dłonią, jakby zobaczyła ducha. Ale to już zupełnie inna historia, o której opowiem wam w następnym filmie.
A w ogrodzie rezydencji, pod starym kasztanowcem, Mine będzie siedziała przy pustej klatce i szeptała do niej jak do kogoś, kto słucha: — Jutro przyjedziecie, a potem przyjedzie mama i was zobaczy. Wujek Gokhan mówił, że mamy nie zostawiają swoich dzieci, że zawsze wracają.
Metin, który będzie stał za nią w cieniu, położy jej dłoń na ramieniu: — Nie zaprzątaj sobie tym głowy, motylku. Nawet jeśli mamy nie ma, tata jest przy tobie, zawsze będzie.
Mine odwróci się i uśmiechnie do niego, a Metin uśmiechnie się do niej i nie będzie wiedział, że po raz pierwszy od powrotu jego plan zaczyna się sypać: Mine zyskała domek dla królików, ale nie wie, że ojciec zbudował też drugi dom; Gulsum znalazła odwagę, żeby powiedzieć prawdę, ale straciła pracę i została w domu tylko dla dziecka; Mukadder obroniła syna, ale uderzyła jedyną osobę, która próbowała ją ostrzec; Sinem straciła już prawie wszystko oprócz jednego — nadziei, że zobaczy córkę jeszcze raz; a Cihan odzyskał pamięć o jednym letnim wieczorze i być może właśnie ona uratuje komuś życie.
Teraz pytanie do was, przyjaciele: czy Cihan zdąży dotrzeć do Sharkoy, zanim będzie za późno? Czy Metin zorientuje się, że brat wpadł na jego trop? I co zrobi Gulsum, kiedy wreszcie stanie przed panem Cihanem ze swoją spakowaną torbou?
Piszcie w komentarzach, czytam każdy z nich i jestem bardzo ciekaw, jak wy widzicie dalszy ciąg. Dziękuję, że tu jesteście, przyjaciele, a następny odcinek będzie jeszcze bardziej poruszający.
Jeśli trzymała was ta historia w napięciu do ostatniej sekundy, polubcie ten film, zasubskrybujcie kanał i kliknijcie dzwoneczek powiadomień, żeby nie przegapić chwili, w której Cihan stanie przed tym murem. A jeśli chcecie wesprzeć kanał, każdy komentarz i każde udostępnienie naprawdę pomaga mi dalej opowiadać wam Panna Młoda.
Do zobaczenia już wkrótce, przyjaciele, tu Robert, i do usłyszenia przy następnej tajemnicy rodziny Develioglu. Bo kiedy Cihan będzie pędził autostradą w stronę morza, kto w rezydencji pierwszy zauważy, że jego samochód zniknął… i czy tym kimś nie będzie właśnie Metin?