Hancer zacisnęła usta i wzięła tacę do rąk.
— Nie będę dziś o nim myśleć — powiedziała cicho do siebie. — Ani dziś, ani jutro. Muszę nauczyć się żyć tak, jakby nigdy nie miał wrócić.
Słowa te zabrzmiały stanowczo, lecz nie przekonały nawet jej samej. Wyszła z kuchni i skierowała się w stronę przedpokoju. Gdy znalazła się przy przeszklonych drzwiach wejściowych, odstawiła tacę na szafkę na buty, zamierzając zabrać płaszcz i zjeść na tarasie. Właśnie wtedy za szybą pojawił się cień. Hancer zamarła. Sylwetka zbliżała się powoli od strony ogrodowej ścieżki. Przez głowę przemknęła jej jedna niebezpieczna myśl: Cihan. Przez krótką chwilę poczuła jednocześnie strach i tęsknotę.
Rozległo się zdecydowane pukanie. Hancer ostrożnie podeszła do drzwi. Przez szybę dostrzegła znajomy profil. Nie był to Cihan, był to Melih. Mężczyzna miał na sobie szarą marynarkę i białą koszulę, a na ramieniu zawieszony czarny plecak, wyglądający na wypełniony rzeczami potrzebnymi w podróży. Jego twarz była poważna, a pod oczami widać było ślady zmęczenia. Hancer otworzyła drzwi, nie kryjąc zaskoczenia.

— Melih? Co ty tutaj robisz? — Dzień dobry, Hancer. — Nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Dlaczego tu jesteś? — Mogę wejść? — Miałeś wyjechać. Mówiłeś, że musisz wyjechać dzisiaj rano, że wszystko zostało już ustalone. — Tak powiedziałem. — Więc dlaczego stoisz przed moimi drzwiami? — Bo nie wyjechałem. — To widzę. Pytam: dlaczego? — Ponieważ są decyzje, których człowiek nie może podjąć tylko dlatego, że wydają się rozsądne. — Melih, nie mów do mnie zagadkami. — Jest zimno, a ty nie powinnaś stać w przeciągu. Porozmawiajmy na zewnątrz, na tarasie. Tylko kilka minut. Potem, jeśli każesz mi odejść, odejdę.
Rozmowa na tarasie i trudne pytania
Hancer założyła ciemnoszary płaszcz, wzięła przygotowaną tacę i wyszła z nim na taras. Na zewnątrz powietrze było chłodne i wilgotne. Postawiła tacę na zadaszonym stole i usiadła. Melih zajął miejsce naprzeciwko i położył plecak na podłodze.
— No dobrze, słucham — powiedziała Hancer, ogrzewając dłonie o szklankę herbaty. — Wczoraj długo myślałem o naszej rozmowie — zaczął Melih. — O tej, podczas której powiedziałaś, że po zakończeniu pracy znikniesz. Wyjedziesz tak daleko, by nikt cię nie znalazł. — Nie miałeś prawa o tym komukolwiek mówić. — Nikomu nie powiedziałem. Nawet Sinem. A tym bardziej Cihanowi. — Więc czego ode mnie oczekujesz? — Chcę zrozumieć, dlaczego jesteś przekonana, że jedynym rozwiązaniem jest ucieczka. — Nie nazywaj tego ucieczką! To nowy początek. — Nowy początek nie musi oznaczać samotności. — Przez wiele miesięcy inni decydowali o moim życiu — głos Hancer stał się bardziej stanowczy. — Mówili, gdzie mam mieszkać, z kim mam być, co powinnam czuć. Teraz mam dziecko. Nie mogę pozwolić, żeby ono również dorastało wśród tych samych kłótni, tajemnic i pretensji. — Nie mówię, że masz wrócić do rezydencji, ale nie powinieneś znikać bez słowa. — Dla kogo mam zostać? Dla Cihana? On ma żonę, ma dziecko, ma matkę, rodzinę, rezydencję i całe życie, do którego ja już nie należę. — A to dziecko? — Melih spojrzał na jej brzuch. — Ono nie należy do jego życia — Hancer natychmiast zasłoniła brzuch płaszczem. — Nie chcę o tym rozmawiać, to nie jest twoja odpowiedzialność. — I właśnie w tej sprawie się mylisz. Przez całe życie myślałem, że odpowiedzialność oznacza robienie tego, czego oczekują od nas inni: pracować, milczeć, znosić. Potem zobaczyłem, jak wszystko wokół nas się rozpada. A ty spróbujesz dźwigać cały świat sama. — Nie robię tego! A co mam zrobić? Usiąść i czekać, aż ktoś mnie uratuje? — Masz pozwolić, żeby ktoś usiadł obok ciebie.
Deklaracja obecności Meliha
— Melih, naprawdę doceniam wszystko, co dla mnie zrobiłeś. Byłeś przy mnie, kiedy nie miałam dokąd pójść. Broniłeś mnie, ale nie jesteś mi nic winien. Nie możesz rezygnować z własnej przyszłości tylko dlatego, że ja znalazłam się w trudnej sytuacji. — Nie rezygnuję z przyszłości, po prostu wybieram inną. Nie jestem Cihanem, Hancer. — Nie porównuj się z nim! — To ty porównujesz wszystkich do niego! Każdy gest podejrzewasz o ukryty cel, każdą pomoc traktujesz jak początek nowego długu, każdą obietnicę słyszysz jak groźbę. — Bo obietnice najczęściej ranią tych, którzy w nie wierzą! Cihan dokonał wyboru. — A ty? Mam wrażenie, że nie wybrałaś odejścia. Zostałaś do niego zmuszona przez okoliczności, przez jego rodzinę, przez strach i przez przekonanie, że twoja obecność wszystkim szkodzi. Gdybyś powiedziała całą prawdę… — Gdybym powiedziała wszystko, ktoś musiałby podjąć decyzję, a ja nie chcę, żeby moje dziecko stało się powodem, dla którego rozpadnie się kolejna rodzina. Nie chcę, żeby Cihan zostawił Beyzę z powodu dziecka. — A gdyby chciał wrócić z powodu ciebie? — Nie zadawaj mi takich pytań! Nie mogę sobie pozwolić na nadzieję. — Więc nie podejmuj dziś żadnej decyzji. Ani o wyjeździe, ani o Cihanie. Daj sobie czas.
Hancer popatrzyła na niego z powagą:
— A ty jaką decyzję podjąłeś? — Zostaję. Nie wyjeżdżam. Zrezygnowałem z nowej pracy, zadzwoniłem rano. — Zrezygnowałeś?! To szaleństwo! — Hancer wstała gwałtownie. — Nie przychodź tutaj i nie oznajmiaj mi, że zrezygnowałeś z pracy przeze mnie! — Prawda jest taka, że od dawna nie chciałem wyjeżdżać. Nie chcę pewnego dnia dowiedzieć się, że wyjechałaś sama, będąc w ciąży, i że nikt nie wiedział, gdzie jesteś. Nie chcę żyć z myślą, że mogłem zostać, ale wybrałem własną wygodę. Nie zamierzam odbierać Cihanowi miejsca, które do niego należy, ani stawać między wami. Chcę tylko, żebyś wiedziała, że dopóki nie zdecydujesz, co dalej, nie zostaniesz sama. — Dlaczego jesteś dla mnie taki dobry? — Może dlatego, że sam zbyt długo czekałem, aż ktoś będzie dobry dla mnie.
Tajemniczy prezent i symbolika czerwonego kocyka
Melih pochylił się i sięgnął do swojego plecaka. Wyjął błyszczący, fioletowy pakunek i położył go na stole.
— Jest jeszcze coś. To prezent. — Gdzie to kupiłeś? — Dziś rano. Najpierw byłem na dworcu, miałem bilet w ręku i stałem przed autobusem. Ale zobaczyłem kobietę z małym dzieckiem w czerwonej czapce. Pomyślałem wtedy o tobie — o tym, że za kilka miesięcy możesz stać gdzieś zupełnie sama z dzieckiem na ręku, a ja nie będę wiedział, czy jesteś bezpieczna. Oddałem bilet i wszedłem do sklepu dziecięcego.
Hancer ostrożnie rozerwała papier. W środku znajdował się miękki, czerwony kocyk dla niemowlęcia z wyhaftowaną małą białą gwiazdką oraz niewielkie ubranko w podobnym kolorze. Przesunęła palcami po delikatnym materiale, a jej dłonie zaczęły drżeć.
— To jest piękne… — wyszeptała. — Nie wiedziałem, czy będzie chłopiec, czy dziewczynka. Sprzedawczyni powiedziała, że czerwony pasuje do każdego dziecka. — Sprzedawczyni miała rację. — Widzisz? Już jesteś matką — uśmiechnął się Melih. — Ono jeszcze się nie urodziło, a ty już myślisz o nim przed każdym własnym krokiem. — Czasami czuję, że się porusza. Bardzo delikatnie, jakby ktoś dotykał mnie od środka… — Obiecaj mi jedną rzecz: nie wyjedziesz bez pożegnania. Jeśli uznasz, że musisz odejść, zadzwoń do mnie, żebym pomógł ti dotrzeć na miejsce i upewnił się, że jesteś bezpieczna. — A ty po czyjej staniesz stronie? — Po stronie dziecka. Jeśli uznam, że Cihan chce cię skrzywdzić, stanę przed nim. Jeśli jednak zobaczę, że naprawdę chce być ojcem i naprawić swoje błędy, nie pomogę ti pozbawić dziecka szansy na poznanie go.
Hancer złożyła czerwony kocyk i położyła go na kolanach.
— Dziękuję. Za prezent i za to, że wróciłeś. — Zostaję w mieście, wrócę do pracy w taksówce. Jeśli będziesz czegokolwiek potrzebowała, zadzwoń.
Nadzieja na przekór strachowi
Melih założył plecak i pożegnał się, ruszając w stronę ogrodowej furtki. Hancer odprowadziła go wzrokiem, a gdy zniknął za ogrodzeniem, wróciła do stołu. Pogładziła dłonią wyhaftowaną na kocyku gwiazdkę i przyłożyła ręce do brzucha.
— Słyszałeś? — wyszeptała do dziecka. — Nie jesteśmy całkiem sami.
Dziecko poruszyło się delikatnie. W oczach Hancer pojawiły się łzy wzruszenia i mała iskra nadziei. W tym samym czasie, chłodny wiatr rozsunął chmury i promień słońca padł prosto na czerwony kocyk na jej kolanach.
Hancer nie zauważyła jednak, że daleko za ogrodzeniem zatrzymał się ciemny samochód. Przez przyciemnioną szybę ktoś uważnie obserwował dom, taras i kobietę trzymającą w dłoniach dziecięcy prezent. Po chwili silnik zamruczał i samochód odjechał w milczeniu.