
Hanser zatrzymuje Ciana. Słowa o ojcu dziecka zmieniają wszystko. Hanser wpada do gabinetu Ciana, by stanąć w obronie Melia i powstrzymać mężczyznę przed kolejnym wybuchem gniewu.
Jednak Cio nie zamierza słuchać jej wyjaśnień. Oślepiony zazdrością, oskarża ją o potajemną relację i wspólną ucieczkę z Melichem. Każde słowo Hanser tylko pogłębia jego podejrzenia, a niewinna rozmowa szybko przeradza się w pełną emocji konfrontację.
— Kiedy rozwścieczony Cą rusza do samochodu, zdecydowany odnaleźć Melia, Hanser staje przed maską pojazdu. Jest gotowa zaryzykować wszystko, by nie pozwolić mu odjechać.
Jej odwaga sprawia, że C zabiera ją ze sobą, a podczas napiętej podróży na jaw wychodzą uczucia, których oboje nie potrafią już dłużej ukrywać. Hanser przyznaje, że ma dość kłamstw i rozłąki. Pragnie znaleźć się w ramionach Ciana, lecz wie, że prawda może zniszczyć ich oboje.
W końcu wypowiada słowa, które doprowadzają go do furii. Prosi, aby zostawił w spokoju ojca jej dziecka.
— Czy mówi o Melichu? Czy próbuje w ten sposób ukryć znacznie bardziej bolesną tajemnicę?
I co zrobi Co, gdy odkryje, kim naprawdę jest mężczyzna, którego Hanser tak desperacko próbuje chronić?
Hanser staje na drodze Ciana. Nad Stambułem wisiała delikatna, szara mgła. Wody cieśniny połyskiwały pod ciężkim niebem, a ogromny most rozciągał się pomiędzy dwoma brzegami miasta niczym stalowa nić łącząca dwa zupełnie różne światy.
Z wysokości samochody wyglądały jak drobne punkty przesuwające się powoli po szerokiej jezdni. Miasto żyło swoim codziennym rytmem, nieświadome, że w jednym z nowoczesnych biurowców właśnie miało dojść do konfrontacji, która mogła zmienić życie kilku osób.
Kamera przesuwała się nad dachami budynków, aż wreszcie zatrzymała się na eleganckiej fasadzie siedziby Develoglu Holding. Wielkie srebrne litery połyskiwały nad głównym wejściem, za którym nieustannie obracały się szklane drzwi. Przed budynkiem stał luksusowy, ciemny samochód terenowy. Jego wypolerowana karoseria odbijała pochmurne niebo i przechodzących ludzi.
— Wewnątrz budynku panowała zupełnie inna atmosfera. Jasne korytarze, marmurowe podłogi i szklane ściany gabinetów tworzyły wrażenie chłodnego porządku. Pracownicy poruszali się cicho, jakby instynktownie wyczuwali napięcie dochodzące z gabinetu prezesa.
Con siedział za szerokim, ciemnym biurkiem. Miał na sobie grafitową koszulę i elegancką marynarkę, lecz jego wygląd nie przypominał spokojnego biznesmena, który z pełną kontrolą zarządzał firmą. Plecy trzymał sztywno, szczękę miał zaciśniętą, a palce zaciskały się na smartfonie tak mocno, że pobielały mu knykcie.
Na ekranie telefonu widniało zdjęcie Melia. Cong patrzył na nie z taką wściekłością, jakby sam obraz mężczyzny był dla niego osobistą zniewagą.
W jego głowie nieustannie powracały obrazy z ostatnich godzin. Hanser stojąca obok Melia, jej milczenie, próba ucieczki, a przede wszystkim słowa o ciąży, o której dowiedział się nie od niej, lecz od obcego człowieka. W jednej chwili zacisnął dłoń i rzucił telefon na biurko. Urządzenie uderzyło o drewniany blat, przesunęło się po nim i zatrzymało przy stosie dokumentów.
— „Kim ty właściwie jesteś, Melich?” — wyszeptał Cio. — „I od kiedy próbujesz odebrać mi wszystko, co do mnie należy?”
Nie zdążył jednak uporządkować myśli. Drzwi gabinetu otworzyły się gwałtownie. Hanser weszła do środka tak szybko, że sekretarka stojąca za nią nie zdążyła jej powstrzymać.
Kobieta miała na sobie szarą kurtkę i bordową spódnicę. Jej włosy były lekko rozczochrane, oddech przyspieszony, a twarz rozpalona gniewem. W oczach miała jednak nie tylko złość — kryły się w nich również strach i desperacja.
— „Proszę pana, próbowałam ją zatrzymać…” — zaczęła niepewnie sekretarka.
C nawet na nią nie spojrzał. „Zostaw nas” — powiedział chłodno. Kobieta skinęła głową i natychmiast zamknęła drzwi.
Przez kilka sekund Hanser i Cią patrzyli na siebie bez słowa. Napięcie pomiędzy nimi było tak silne, że zdawało się wypełniać całe pomieszczenie. Hanser zrobiła kilka kroków w stronę biurka, nie spuszczając z niego wzroku.
— „Gdzie jest Melich?” — zapytała.
C odchylił się na krześle. „Wpadasz do mojego gabinetu bez pozwolenia i pierwsze, o co pytasz, to gdzie jest Melich?”
„Odpowiedz mi.”
— „Nie muszę ci się tłumaczyć. Wylałeś już swój gniew” — wybuchła Hanser. — „Uderzyłeś go, obraziłeś, potraktowałeś jak przestępcę. Czego jeszcze od niego chcesz?”
Cong gwałtownie wstał. „Uważaj, jak się do mnie odzywasz.”
„Nie będę uważać. Nie tym razem. Twoim problemem jestem ja, nie on. To na mnie jesteś zły, to mnie oskarżasz. Więc dlaczego prześladujesz Melia?”
— Obszedł biurko i zatrzymał się kilka kroków przed nią.
„Bo to on pomógł ci uciec.”
„Nie uciekłam z nim.”
— „Nie kłam mi prosto w oczy!” — Jego głos odbił się echem od szklanych ścian gabinetu.
Hanser drgnęła, ale nie cofnęła się ani o krok. „Nie masz prawa tak mnie traktować” — odpowiedziała.
„Nie mam prawa?” — Cą zaśmiał się gorzko. — „Jeszcze rano dowiaduję się, że nosisz dziecko. Nie od ciebie, od obcego człowieka. A kilka godzin później znikasz razem z Melichem. Jak mam to rozumieć?”
— „Tak jak zawsze wszystko rozumiesz” — odparła z bólem. — „W najgorszy możliwy sposób.”
„Od kiedy go znasz?”
„To nie ma znaczenia.”
„Dla mnie ma. Dlaczego? Odpowiedz.”
Hanser odwróciła na chwilę twarz. Bała się, że jeśli spojrzy mu w oczy, zdradzi się zbyt szybko.
Cong wciąż miał nad nią ogromną władzę, choć nie był już jej mężem. Jeden jego gest wystarczał, by przypomniała sobie chwilę, kiedy trzymał ją za rękę, kiedy chronił ją przed całym światem, kiedy obiecywał, że nigdy nie pozwoli jej odejść.
— Teraz jednak stał przed nią człowiek zaślepiony zazdrością. „Melich jest moim przyjacielem” — powiedziała cicho.
„Przyjacielem? Przyjaciele nie pomagają zamężnym kobietom uciekać w środku nocy.”
Hanser spojrzała na niego gwałtownie. „Nie jestem twoją żoną.”
Słowa uderzyły Ciana mocniej, niż chciał to pokazać. Na moment jego twarz zastygła. W oczach pojawiło się coś przypominającego ból, lecz natychmiast ukrył go za gniewem.
— „Wiem” — powiedział przez zaciśnięte zęby. — „Doskonale wiem, że nie jesteś moją żoną.”
„Więc przestań zachowywać się tak, jakbyś miał prawo kontrolować każdy mój krok.”
„Nie kontroluję cię.”
„Śledzisz ludzi, z którymi rozmawiam. Wypytujesz o mnie, wpadasz w szał, kiedy ktoś mi pomaga. Uderzyłeś Melia tylko dlatego, że zobaczyłeś go obok mnie.”
— „Uderzyłem go, bo próbował cię przede mną ukryć.”
„Chronił mnie!”
„Przede mną?” — W głosie ciana zabrzmiało niedowierzanie. — „Naprawdę musisz być chroniona przede mną?”
Hanser milczała. To milczenie zraniło go bardziej niż odpowiedź.
— „Spójrz na mnie” — zażądał.
Nie zrobiła tego.
„Hanser, spójrz na mnie.”
Powoli podniosła wzrok. Jej oczy błyszczały od niewypowiedzianych łez. „Bałam się” — przyznała. — „Tego, co zrobisz, kiedy dowiesz się o dziecku.”
Cą zacisnął szczękę. „Gdybyś powiedziała mi prawdę, nic z tego by się nie wydarzyło.”
— „Jaką prawdę chciałeś usłyszeć? Taką, która pasowałaby do twoich podejrzeń.”
„Chciałem usłyszeć ją od ciebie.”
„Nie dałeś mi żadnej szansy. Od początku oskarżałeś mnie o kłamstwa, manipulacje i zdradę. Każde moje słowo obracałeś przeciwko mnie.”
„Bo wciąż coś ukrywasz.”
„Ukrywam, ponieważ nie potrafię ci już ufać.”
— Przez chwilę oboje milczeli. Słychać było jedynie odległy szum klimatyzacji i przytłumione odgłosy ruchu ulicznego dochodzące zza panoramicznych okien.
Cong zrobił krok w stronę Hanser. „Powiedz mi, kim jest dla ciebie Melich?”
„Już odpowiedziałam.”
„Nie wierzę ci.”
„To twój problem.”
— „Czy to on jest ojcem dziecka?”
Hanser zamarła. Pytanie zawisło między nimi niczym ostrze.
Co obserwował najdrobniejszy ruch jej twarzy. Widział, jak jej usta lekko się rozchylają, jak oddech zatrzymuje się na moment i jak dłoń bezwiednie przesuwa się w stronę brzucha.
„Odpowiedz” — powiedział ciszej. — „Czy Melich jest ojcem twojego dziecka?”
— Hanser opuściła rękę. „Zostaw go w spokoju.”
„To nie jest odpowiedź.”
„Nie pozwolę ci go skrzywdzić.”
„Dlaczego tak bardzo go bronisz?”
„Bo jest niewinny. Niewinny mężczyzna nie wywozi nocą kobiety, która spodziewa się dziecka.”
— „Próbował mi pomóc.”
„Dokąd chciał cię zabrać?”
„Jak najdalej od tego wszystkiego. Ode mnie, od kłamstw, od oskarżeń, od ludzi, którzy uważają, że mogą decydować o moim życiu.”
„Czyli ode mnie.”
— „Nie wszystko dotyczy ciebie, Co.”
„W moim życiu wszystko zaczęło dotyczyć ciebie od dnia, w którym przekroczyłaś próg mojego domu.”
Te słowa wyrwały mu się, zanim zdążył je powstrzymać. Hanser spojrzała na niego zaskoczona.
Przez krótką chwilę pod warstwą gniewu zobaczyła dawnego Ciana — mężczyznę, który nie potrafił mówić o swoich uczuciach, dlatego zamieniał je w rozkazy, pretensje i milczenie.
— „Gdyby to była prawda” — wyszeptała — „nie pozwoliłbyś mi odejść.”
„To ty odeszłaś.”
„Bo nie dałeś mi powodu, żeby zostać.”
„Nie zmieniaj tematu. Chcę wiedzieć, co łączy cię z Melichem.”
„Nic, co powinno cię obchodzić.”
— „Będzie mnie obchodzić, dopóki nie usłyszę prawdy.”
„A jeśli nigdy ci jej nie powiem?”
„Wtedy sam ją znajdę.”
Hanser pobladła. „Nie waż się zbliżać do Melia.”
„Nie rozkazuj mi.”
„Ostrzegam cię, Co. Zostaw go w spokoju.”
„A jeśli tego nie zrobię?”
„Wtedy będziesz musiał najpierw przejść przeze mnie.”
— Con zmrużył oczy. „Nie kuś mnie.”
„Co zamierzasz zrobić? Znowu go uderzyć? Zamknąć gdzieś? Zniszczyć mu życie tylko dlatego, że nie potrafisz zapanować nad własną zazdrością?”
„To nie jest zazdrość.”
„Więc co?”
Cią nie odpowiedział.
„Powiedz” — naciskała Hanser. — „Dlaczego tak bardzo obchodzi cię, z kim rozmawiam? Przecież masz żonę, masz rodzinę. Sam wybrałeś swoje życie. Dlaczego więc nie pozwalasz mi wybrać mojego?”
— „Bo twoje wybory mogą skrzywdzić moje dziecko.”
„Twoje dziecko?”
„Tak.”
„Nie wiesz, czy jest twoje.”
„Ale ty wiesz.”
„Wiem.”
„Więc powiedz.”
Hanser odwróciła się, jakby chciała odejść. Cion zastąpił jej drogę.
— „Nie wyjdziesz, dopóki mi nie odpowiesz.”
„Odsuń się.”
„Najpierw prawda.”
„Twoja prawda czy moja?”
„Jedyna prawda, jaka istnieje.”
„Ty nie chcesz prawdy, Co. Chcesz usłyszeć coś, co da ci prawo do kolejnego wybuchu gniewu.”
— „Powiedz mi, od kiedy jesteś z Melichem?”
„Nie jestem z nim.”
„Więc dlaczego uciekaliście razem?”
„Ponieważ błagałam go o pomoc.”
„Dlaczego nie przyszłaś do mnie?”
Hanser spojrzała na niego z niedowierzaniem. „Naprawdę pytasz?”
„Tak.”
— „Ponieważ za każdym razem, gdy do ciebie przychodzę, traktujesz mnie jak podejrzaną. Krzyczysz, żądasz odpowiedzi i nie słyszysz ani jednego mojego słowa.”
„A ty za każdym razem coś ukrywasz.”
„Bo kiedy próbuję powiedzieć ci prawdę, przypominasz mi, że nie jestem już częścią twojego życia.”
„Nigdy nie powiedziałem, że nie jesteś jego częścią.”
„Nie musiałes. Pokazałeś mi to, poślubiając Beię.”
— Cios sprawił, że Cią cofnął się nieznacznie. Hanser dostrzegła jego reakcję.
„Właśnie” — powiedziała gorzko. — „Masz żonę. A mimo to stoisz tutaj i przesłuchujesz mnie jak człowiek, który został zdradzony.”
„Bo może zostałem.”
„Nie mogłam cię zdradzić. Nie byłam już twoją żoną.”
„Dla mnie to nie ma znaczenia.”
„Dla mnie ma ogromne.”
— „Przestań mówić o Bejzie.”
„Dlaczego? Prawda boli?”
„Powiedziałem, żebyś przestala.”
„Nie, to ty przestaniesz. Przestaniesz śledzić Melia, grozić mu i wymierzać mu karę za coś, czego nie zrobił.”
„Jeśli jeszcze raz zbliży się do ciebie, co wtedy?”
„Zabiję go.”
— W gabinecie zapadła martwa cisza. Hanser patrzyła na Ciana, jakby nie mogła uwierzyć, że wypowiedział te słowa.
„Nie mów tak” — wyszeptała.
„Ostrzegałem go.”
„Nie jesteś sobą.”
„Właśnie teraz jestem bardziej sobą niż kiedykolwiek.”
„Człowiek, którego znałam, nie groził niewinnym ludziom.”
„Człowiek, którego znałaś, nie musiał patrzeć, jak kobieta, którą…” — urwał nagle.
— Hanser wstrzymała oddech. „Jak kobieta, którą…?” — zapytała.
Cą odwrócił wzrok. „To nie ma znaczenia.”
„Dokończ.”
„Powiedziałem, że to nie ma znaczenia.”
Chwycił kluczyki do samochodu i ruszył w stronę drzwi.
— „Dokąd idziesz?” — zapytała Hanser.
Nie odpowiedział. Con otworzył drzwi i wyszedł na korytarz. Hanser natychmiast ruszyła za nim.
Pracownicy firmy odwracali wzrok, udając, że nie zauważają prezesa maszerującego w stronę windy z twarzą ściągniętą gniewem. Hanser niemal biegła, próbując go dogonić.
„Zatrzymaj się!” — wołała. — „Nie waż się jechać do Melia!”
— Cio nacisnął przycisk windy. „Wracaj do domu.”
„Nie rozkazuj mi.”
„To ostatnie ostrzeżenie.”
„Dla mnie czy dla niego?”
Drzwi windy otworzyły się. C wszedł do środka, lecz Hanser wsunęła dłoń pomiędzy zamykające się skrzydła. Czujnik zareagował i drzwi ponownie się rozsunęły.
— „Nie zostawię cię samego” — oznajmiła.
„Nie jedziesz ze mną.”
„Więc nigdzie nie pojedziesz.”
Cion spojrzał na nią z niedowierzaniem. „Naprawdę myślisz, że możesz mnie zatrzymać?”
„Spróbuję.”
Zjechali na parter w całkowitym milczeniu.
— Hanser słyszała przyspieszony oddech Ciana. Stał obok niej, napięty, z dłońmi zaciśniętymi w pięści. Bała się tego, co może zrobić, lecz jeszcze bardziej bała się, co stanie się z Melichem, jeśli pozwoli Cichanowi odejść.
Gdy drzwi windy się otworzyły, natychmiast ruszył w stronę wyjścia. Przeszedł przez przestronny hol, nie zwracając uwagi na ochroniarzy ani pracowników recepcji. Hanser biegła tuż za nim.
„Cio, proszę!” — wołała. — „Zatrzymaj się i pomyśl!”
— Obrotowe drzwi wypuściły ich na zewnątrz. Chłodne powietrze uderzyło Hanser w twarz. C szedł prosto do swojego samochodu.
„Nie pojedziesz tam!” — krzyknęła.
„Zejdź mi z drogi.”
„Nie, dopóki nie obiecasz, że zostawisz Melia w spokoju.”
„Nie będę ci niczego obiecywał.”
— Otworzył drzwi od strony kierowcy. Hanser rozejrzała się gorączkowo, po czym pobiegła przed samochód i stanęła tuż przed jego maską.
C spojrzał na nią znad otwartych drzwi. „Co ty robisz?”
„Zatrzymuję cię.”
„Odsuń się.”
„Nie.”
„Hanser, nie wystawiaj mojej cierpliwości na próbę.”
„Możesz grozić, krzyczeć i patrzeć na mnie tak, jakbyś chciał mnie zniszczyć. Nie ruszę się.”
— Cong wsiadł do samochodu i zatrzasnął drzwi. Przekręcił kluczyk, a silnik ożył głębokim pomrukiem. Hanser położyła obie dłonie na masce.
Ciocnął klakson. Głośny dźwięk przeszył powietrze. Kilka osób stojących przy wejściu odwróciło się w ich stronę.
„Zejdź z drogi!” — krzyknął Cią przez szybę.
Hanser pokręciła głową. „Nie pojadę, dopóki tam stoisz, więc będziesz musiał po mnie przejechać.”
— C uderzył dłonią w kierownicę. „Nie zachowuj się jak szalona.”
„To ty zachowujesz się jak szaleniec. Chcesz skrzywdzić człowieka tylko dlatego, że ci się sprzeciwił.”
„Odsuń się.”
„Nie, Hanser. Prędzej mnie potrącisz, niż pozwolę ci dotknąć Melia.”
Przez kilka sekund patrzyli na siebie przez przednią szybę. Con widział w jej twarzy upór, którego nigdy wcześniej u niej nie znał. Jej dłonie drżały, lecz nie cofnęła ich z maski. Stała nieruchomo, gotowa zaryzykować wszystko.
— Ta determinacja tylko bardziej rozpalała jego zazdrość — skoro tak bardzo broniła Melia, co naprawdę ich łączyło?
C wyłączył silnik, wysiadł z samochodu z takim impetem, że drzwi niemal odbiły się od ogranicznika.
„Odejdź od auta” — powiedział.
„Najpierw obiecaj.”
„Dosyć tego.”
„Nie ruszę się.”
„Powiedziałem: odejdź.”
„A ja powiedziałam, że…”
— Nie zdążyła dokończyć. Con podszedł do niej, chwycił ją stanowczo za ramię i odciągnął od maski.
„Puść mnie!” — krzyknęła.
„Skoro nie potrafisz zejść z drogi, pojedziesz ze mną.”
„Nigdzie z tobą nie jadę.”
„Nie pytałem cię o zdanie.”
„Co, puść, to boli.”
— Na dźwięk tych słów jego chwyt na moment osłabł. Spojrzał na jej twarz, ale zamiast ją uwolnić, poprowadził ją w stronę drzwi pasażera.
„Wsiadaj.”
„Nie.”
„Nie zmuszaj mnie, żebym powtarzał.”
„Nie będziesz decydował, dokąd pojadę.”
„Właśnie uratowałaś Melia przed moją wizytą. Powinnaś być zadowolona.”
Otworzył drzwi i niemal siłą posadził ją na siedzeniu. Hanser próbowała wysiąść, lecz Cią nachylił się ku niej.
„Zostań w samochodzie.”
„Dokąd mnie zabierasz?”
„Tam, gdzie wreszcie powiesz mi całą prawdę.”
— Zamknął drzwi, obszedł samochód i usiadł za kierownicą. Gdy uruchomił silnik, Hanser chwyciła za klamkę. Drzwi były zablokowane.
„Otwórz” — zażądała.
„Zapnij pas.”
„Otwórz drzwi.”
„Zapnij pas. Hanser, nie jestem twoją więźniarką.”
C spojrzał na nią krótko. „Więc przestań zachowywać się tak, jakbyś chciała zrobić sobie krzywdę.”
— Ruszył gwałtownie. Opony zapiszczały na gładkiej nawierzchni, a samochód szybko oddalił się od siedziby Develoglu Holding.
Przez pierwsze minuty żadne z nich się nie odzywało. Cion prowadził zbyt szybko, zmieniał pasy gwałtownie, mocno zaciskał dłonie na kierownicy i patrzył wyłącznie przed siebie.
Hanser siedziała odwrócona w stronę okna. Za szybą przesuwały się kolejne ulice, sklepy i przystanki. Ludzie szli chodnikami, zajęci własnymi sprawami, podczas gdy w samochodzie rozgrywała się walka dwóch osób, które wciąż kochały się zbyt mocno, by móc spokojnie żyć osobno.
— Hanser położyła dłoń na brzuchu. Ten drobny gest nie umknął uwadze ciana. Zerknął na nią, lecz natychmiast wrócił wzrokiem na drogę.
„Dobrze się czujesz?” — zapytał chłodno.
„Teraz pytasz?”
„Odpowiedz.”
„Nic mi nie jest.”
„Trzymasz się za brzuch.”
„To przez stres.”
„Więc przestań się denerwować.”
Hanser roześmiała się cicho, ale w jej śmiechu nie było radości. „Zamknąłeś mnie w samochodzie, jedziesz jak szalony i grozisz człowiekowi, który mi pomógł. A potem mówisz, żebym się nie denerwowała.”
— Cio nie odpowiedział.
„Zwolnij” — poprosiła.
Natychmiast zdjął nogę z gazu. Hanser zauważyła to i poczuła bolesne ukłucie w sercu. Nawet w największym gniewie reagował na jej prośby, kiedy chodziło o bezpieczeństwo dziecka. Nie wiedziała jednak, czy robił to dla niej, czy wyłącznie dla maleństwa, które uważał za swoje.
— Przez kilka chwil patrzyła przez okno. „Nie mam już siły” — powiedziała nagle.
C zmarszczył brwi. „Na co?”
„Na to wszystko. Na ciągłe kłamstwa, na udawanie, że nic nie czuję. Na przekonywanie samej siebie, że potrafię żyć z dala od ciebie.”
C ją znieruchomiał, lecz nie spojrzał w jej strony. Hanser mówiła dalej, jakby każde słowo przez długie miesiące było zamknięte w jej piersi i dopiero teraz znalazło drogę na zewnątrz.
— „Każdego dnia powtarzam sobie, że tak będzie lepiej, że ty masz swoje życie, a ja muszę zbudować własne. Mówię sobie, że nie powinnam o tobie myśleć, że nie mam prawa tęsknić, ale kiedy cię widzę, wszystko znika.”
„Hanser…”
„Pozwól mi dokończyć.” — Jej głos drżał. — „Nie wiesz, ile razy chciałam po prostu do ciebie podejść, rzucić ci się w ramiona, powiedzieć, że już nie potrafię walczyć, że nie chcę być silna… że chcę wrócić do dnia, kiedy wierzyłam, że przy tobie nic złego nie może mi się stać.”
Cong przełknął ślinę. „Dlaczego więc tego nie zrobiłaś?”
— Hanser spojrzała na niego z bólem. „Ponieważ za każdym razem, gdy wyciągałam do ciebie rękę, przypominałam sobie, że wróciłabym do mężczyzny, który wybrał inną kobietę.”
„Nie znasz całej prawdy.”
„A ty nie znasz mojej.”
„Więc mi ją powiedz.”
„To już nie ma znaczenia.”
„Dla mnie ma.”
„Nie dla ciebie. Znaczenie ma tylko to, czy Melich jest ojcem mojego dziecka.”
— Cong zacisnął palce na kierownicy. „Od kiedy się z nim spotykasz?”
Hanser zamknęła oczy. „Znowu zaczynasz.”
„Chcę wiedzieć.”
„Nie spotykam się z nim.”
„Jak dobrze go znasz?”
„Wystarczająco, by wiedzieć, że nie zasługuje na twoją nienawiść.”
„A może znasz go lepiej niż mnie?”
„Ciebie już chyba wcale nie znam.”
— C gwałtownie skręcił na pobocze i zatrzymał samochód. Hanser zachwiała się, ale pas bezpieczeństwa utrzymał ją na miejscu. Odwrócił się do niej.
„Spójrz mi w oczy i powiedz, że nic cię z nim nie łączy.”
„Dlaczego miałbyś mi uwierzyć?”
„Powiedz.”
„Nie uwierzysz.”
„Spróbuj.”
— Hanser patrzyła na niego przez długą chwilę. „Nic mnie z nim nie łączy” — powiedziała wyraźnie. — „Melich nie jest człowiekiem, którego kocham.”
W oczach Ciana pojawiła się iskra nadziei. „Więc kogo kochasz?”
Hanser otworzyła usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Nie potrafiła odpowiedzieć — nie dlatego, że nie znała odpowiedzi. Znała ją aż za dobrze.
Kochała mężczyznę siedzącego obok niej, mimo wszystkich ran, jakie jej zadał. Kochała go wbrew rozsądkowi, dumie i strachowi.
— Cą czekał.
„Widzisz?” — wyszeptała w końcu. — „Nawet gdybym powiedziała prawdę, niczego by to nie zmieniło.”
„Pozwól mi o tym zdecydować.”
„Ty już zdecydowałeś. Poślubiłeś Bejzę.”
„Nie rozmawiamy teraz o niej.”
„Właśnie dlatego nie możemy rozmawiać o nas.”
— Cą odwrócił twarz i ponownie włączył się do ruchu.
„Skoro i tak mi nie wierzysz” — powiedziała Hanser — „możesz wierzyć w to, co zechcesz. Możesz wymyślić sobie historię, w której uciekłam z Melichem, bo go kocham. Możesz uznać mnie za kłamczynię i zdrajczynię. Przecież zawsze łatwiej było ci mnie oskarżać niż słuchać.”
„Nie graj ofiary.”
„Nie gram.”
„To ty przede mną uciekłaś.”
„Bo nie miałam innego wyjścia.”
„Zawsze jest inne wyjście.”
„Nie wtedy, gdy człowiek, którego kochasz, patrzy na ciebie jak na wroga.”
— Cio ponownie na nią spojrzał. Hanser szybko odwróciła twarz w stronę okna.
„Zostaw ojca mojego dziecka w spokoju” — powiedziała cicho.
Słowa te spadły na ciana jak iskra na rozlaną benzynę. „Ojca twojego dziecka?” — powtórzył.
Hanser nie odpowiedziała.
„Mówisz o Melichu?”
„Powiedziałam tylko, żebyś zostawił go w spokoju.”
„Nazwałaś go ojcem dziecka.”
„Nie powiedziały, że chodzi o niego.”
„Nie próbuj teraz odwracać znaczenia własnych słów.”
„Ty słyszysz wyłącznie to, co chcesz usłyszeć.”
— „Dziś rano dowiaduję się od obcego człowieka, że jesteś w ciąży!” — krzyknął Cią. — „Nie od ciebie, nie od lekarza, nie od nikogo z rodziny, od człowieka, którego nawet nie znam. A wieczorem okazuje się, że uciekasz z nim nie wiadomo dokąd.”
„Nie uciekłam z nim dlatego, że jest ojcem dziecka.”
„Więc kto nim jest?”
„To nie jest twoja sprawa.”
„Jest moją sprawą!”
„Dlaczego?”
„Bo to dziecko może być moje!”
— Hanser zamilkła. Cą oddychał ciężko. Jego głos załamał się pod ciężarem tłumionych emocji.
„Rozumiesz?” — mówił już ciszej. — „Moje. Mogę mieć dziecko, o którym nic nie wiedziałem. Dziecko, którego pierwszych miesięcy życia omal nie straciłem, bo postanowiłaś przede mną uciec.”
„Nie uciekam przed tobą.”
„Chronię je.”
„Przede mną?”
„Przed chaosem, który nas otacza. Przed Bejzą, przed Nuśretem, przed twoją rodziną i twoim gniewem.”
„Nigdy nie skrzywdziłbym dziecka.”
„Wiem.”
„A ciebie?” — Hanser spojrzała na niego. Cihanowi zadrżał głos. — „Czy naprawdę myślisz, że mógłbym skrzywdzić ciebie?”
„Już mnie skrzywdziłeś.”
W jego oczach pojawił się ból. „Nie mówię o uczuciach…”
„A ja właśnie o nich mówię.”
— Samochód ponownie wypełniła cisza. Hanser oparła głowę o szybę i zamknęła oczy. Cą prowadził wolniej niż wcześniej.
Co jakiś czas spoglądał na jej dłoń spoczywającą na brzuchu. Chciał zapytać, czy dziecko jest zdrowe, czy słyszała już bicie jego serca, czy zna termin porodu, czy czuje ruchy. Miał w głowie setki pytań, ale każde z nich zatrzymywało się na jednej najważniejszej wątpliwości: czy był ojcem?
— „Hanser” — odezwał się po chwili. Nie otworzyła oczu. — „Co?”
„Dokąd chciałaś wyjechać z Melichem?”
„Nie wiem.”
„Jak to nie wiesz?”
„Chciałam tylko znaleźć miejsce, w którym nikt nie będzie mnie szukał.”
„Ja zawsze będę cię szukał.”
— Otworzyła oczy i spojrzała na niego. „Nie mów tak.”
„Dlaczego?”
„Bo dajesz mi nadzieję.”
Cong przez chwilę milczał. „A jeśli właśnie tego chcę?”
Hanser pokręciła głową. „Nie możesz raz mnie odpychać, a potem przyciągać do siebie, kiedy boisz się, że ktoś inny zajmie twoje miejsce.”
„Nikt nie zajmie mojego miejsca.”
„Nie jesteś tego pewien. Dlatego nienawidzisz Melia.”
„Nienawidzę go, bo był przy tobie, kiedy powinienem być tam ja.”
„Sam wybrałeś, że cię nie będzie.”
„Popełniłem błędy.”
„Błędy mają konsekwencje.”
„A jedną z tych konsekwencji ma być to, że wychowasz moje dziecko z innym mężczyzną?”
— „Znowu zakładasz, że dziecko jest twoje.”
„A ty robisz wszystko, żeby mi tego nie powiedzieć.”
„Bo boję się, co się stanie, gdy poznasz prawdę.”
„Ja też się boję.”
Hanser spojrzała na niego ze zdumieniem. Con rzadko przyznawał się do strachu.
„Czego?” — zapytała.
„Że powiesz, że nie jestem ojcem. Że ten człowiek dał ci coś, czego ja nie potrafiłem — spokój, bezpieczeństwo, zaufanie.”
— „Melich dał mi tylko pomoc, a ja…” — W oczach Hanser pojawiły się łzy. — „Ty dałeś mi miłość, której nie potrafię zapomnieć, i ból, z którym nie potrafię żyć.”
C ją zwolnił jeszcze bardziej. Przez moment wyglądał, jakby chciał zatrzymać samochód, wziąć ją w ramiona i już nigdy nie pozwolić jej odejść. Zamiast tego patrzył przed siebie, walcząc z własną dumą.
— „Powiedz mi prawdę” — poprosił. — „Tylko jeden raz. Bez kłamstw, bez ucieczki i bez Melija pomiędzy nami.”
Hanser otarła łzę. „Prawda nie zawsze przynosi ulgę.”
„Wolę ból prawdy niż kolejną noc niewiedzy.”
„A jeśli prawda zniszczy życie wielu ludzi?”
„Nasze życia już są zniszczone.”
„Nie tylko o nas chodzi.”
„Dla mnie w tej chwili istniejesz tylko ty i to dziecko.”
— Hanser ponownie położyła dłoń na brzuchu. Cong patrzył na ten gest kątem oka.
„Ono nie jest winne żadnemu z naszych błędów” — powiedziała.
„Wiem. Musi być bezpieczne.”
„Przy mnie będzie.”
„Nie możesz tego obiecać.”
„Mogę obiecać, że zniszczę każdego, kto spróbuje je skrzywdzić.”
„Właśnie tego się boję” — odparła Hanser. — „Ty zawsze chcesz coś niszczyć, żeby coś innego ocalić.”
— Cion zamilkł. Jej słowa dotknęły najgłębszej prawdy o nim samym. Przez całe życie wierzył, że siła oznacza atak, a miłość oznacza posiadanie. Kiedy się bał, groził. Kiedy cierpiał, krzyczał. Kiedy kochał, próbował zamknąć ukochaną osobę w świecie, który sam dla niej zbudował. Nie zauważył, że ten świat z czasem stał się więzieniem.
„Nie pojadę do Melia” — powiedział nagle.
Hanser odwróciła się do niego. „Co?”
„Słyszałaś.”
„Obiecujesz?”
„Nie będę go szukał. Dziś. A jutro — to zależy od ciebie.”
— „Znowu próbujesz mnie szantażować.”
„Nie. Daję ci czas, żebyś powiedziała prawdę.”
„A jeśli nie będę gotowa?”
„W takim razie będę czekał.”
„Ty nie potrafisz czekać.”
„Dla ciebie robiłem już rzeczy, których nie potrafiłem.”
Hanser spojrzała przez przednią szybę.
— Na horyzoncie ponownie pojawił się most — ten sam, który wcześniej widziany z lotu ptaka wydawał się spokojny i nieruchomy. Teraz, z perspektywy samochodu, był ogromną konstrukcją zawieszoną nad wodą. Przypominał ich relację: most pomiędzy miłością a nienawiścią, pomiędzy przeszłością a przyszłością, pomiędzy prawdą, którą Hanser nosiła w sercu, a kłamstwem, które miało chronić ich dziecko.
Cion prowadził już spokojnie. Gniew wciąż się w nim tlił, lecz został przytłumiony przez strach i nadzieję.
Hanser wiedziała, że nie może ukrywać prawdy wiecznie. Czuła również, że chwila, w której Ci dowie się, że to on jest ojcem dziecka, może stać się początkiem ich nowego życia albo ostatecznym końcem wszystkiego, co kiedyś ich łączyło.
Spojrzała na jego…