
Melich poświęca wszystko dla Hanser. Tajemnicza przesyłka zdradza, że Cion zna ich plan.
Hanser nie potrafi powstrzymać łez, choć Melich zapewnia ją, że wszystko robią dla dobra dziecka. Kobieta coraz mocniej obwinia się o kłopoty, które sprowadziła na jego życie.
Mężczyzna przygotował jednak ryzykowny plan. Hanser ma ukryć się w niewielkim pensjonacie w Kadikoj, podczas gdy on porzuci taksówkę, zabierze torbę i odpłynie porannym statkiem.
Oboje mają zniknąć, pozostawiając za sobą rodzinę, znajomych i wszystkie dotychczasowe problemy.
Melich wierzy, że ich pozorne rozstanie z dawnym życiem ochroni Hanser. Skoro Cion jest przekonany, że dziecko ma już innego ojca, powinien wreszcie przestać jej szukać.
Jednak czy człowiek taki jak Cion naprawdę tak łatwo zrezygnuje z kobiety, o której nie potrafi zapomnieć?
Kiedy Melich wraca na postój taksówek, koledzy witają go jak świeżo upieczonego pana młodego. Žartobliwa atmosfera szybko jednak znika.
W niewielkim kontenerze czeka na niego tajemnicze zaklejone pudło, pozostawione przez wysokiego, postawnego i wyraźnie zamożnego mężczyznę. Nieznajomy odchodzi bez słowa, zanim Melich zdąży go zobaczyć.
Dlaczego Melich natychmiast domyślił się, kim był tajemniczy gość i czy przesyłka oznacza, że Cion odkrył prawdę o planowanej ucieczce?
Gdy w myślach Melicha pojawia się obraz Hanser w ramionach Ciona, staje się jasne, że ta historia jeszcze się nie skończyła.
Najtrudniejsza decyzja dopiero przed nim. Musi wybrać między obietnicą złożoną Hanser a prawdą, której nie da się ukrywać wiecznie.
Melich znika, by ocalić Hanser. Tajemnicze pudełko ujawnia plan Ciona.
W niewielkiej restauracji panował spokój, który tylko pozornie mógł koić nerwy. Zadaszony taras wychodził na rozległą okolicę, gdzie pomiędzy niskimi zabudowaniami ciągnęły się wąskie drogi i porośnięte krzewami wzgórza.
W powietrzu unosił się zapach gorącej zupy, świeżego pieczywa i dymu wydobywającego się z ustawionego pośrodku pomieszczenia żeliwnego pieca typu koza.
Przy jednym ze stolików przykrytym niebiesko-białym obrusem w kratę siedzieli Melich i Hanser. Na stole stały dwie miski zupy, niewielki koszyk z chlebem, szklanki z wodą oraz talerzyk z plasterkami cytryny.
Melich jadł powoli, ale co kilka sekund podnosił wzrok i spoglądał na kobietę siedzącą naprzeciwko.
Hanser trzymała łyżkę w dłoni, jednak od dłuższej chwili nie zbliżyła jej do ust. Wpatrywała się w powierzchnię zupy, jakby chciała odnaleźć w niej odpowiedź na pytanie, co powinna zrobić ze swoim życiem.
Jej twarz była blada, a pod zaczerwienionymi oczami widniały ślady bezsennej nocy. Ramiona miała napięte, plecy lekko zgarbione.
Jedną ręką ściskała krawędź płaszcza, drugą obracała łyżkę pomiędzy palcami.
Melich odłożył sztućce i odezwał się spokojnie: — Hanser, spójrz na mnie.
Kobieta nie zareagowała. — Proszę — dodał łagodniej — chociaż na chwilę.
Dopiero wtedy uniosła głowę. W jej oczach natychmiast pojawiły się łzy, choć usiłowała je powstrzymać.
Melich nachylił się nad stołem: — Nie możesz się tak zamartwiać. Wiem, że to trudne. Wiem, że wszystko wydarzyło się za szybko, ale musimy teraz myśleć rozsądnie.
— Rozsądnie? — powtórzyła cicho Hanser. — Jak mam myśleć rozsądnie, skoro właśnie zostawiam za sobą całe swoje życie?
— Nie zostawiasz życia. Próbujesz je uratować.
— Uciekam.
— Chronisz siebie i dziecko.
Na dźwięk ostatniego słowa Hanser instynktownie położyła dłoń na brzuchu. Ten drobny gest nie umknął uwadze Melicha.
Mężczyzna westchnął, starając się zachować spokój, chociaż także on doskonale rozumiał, jak ryzykowny był plan, który zamierzali zrealizować.
— Wszystko co teraz robimy, robimy właśnie dla niego — powiedział. — Dla twojego dziecka. Ono nie może dorastać pośród gróźb, kłótni i nieustannego strachu.
Hanser ponownie opuściła wzrok: — Cion nigdy nie pozwoli mi odejść.
— Pozwoli, kiedy uwierzy, że nie ma już prawa decydować o twoim życiu.
— On zawsze uważa, że ma prawo.
— Właśnie dlatego musimy sprawić, żeby przestał cię szukać.
Hanser zacisnęła usta i nabrała na łyżkę niewielką ilość zupy. Jednak jej dłoń drżała tak mocno, że część płynu wylała się z powrotem do miski.
Spróbowała jeszcze raz. Tym razem zdołała unieść łyżkę, lecz zanim dotknęła nią ust, odłożyła ją gwałtownie. Metal uderzył o porcelanę.
Kobieta zakryła twarz dłońmi: — Nie potrafię — wyszeptała.
Melich natychmiast przesunął krzesło bliżej niej.
— Hanser, nie potrafię jeść — kontynuowała. — Nie potrafię oddychać. Nie potrafię nawet zebrać myśli. Cały czas widzę jego twarz.
Melich nie musiał odpowiadać. Oboje wiedzieli, że mówiła o Cionie.
— Widzę jak na mnie patrzył — mówiła dalej. — Był wściekły, ale za tą złością kryło się coś jeszcze. Jakby próbował zrozumieć, dlaczego go zostawiam, a ja nie mogłam powiedzieć mu prawdy.
— Gdybyś powiedziała prawdę, nigdy by cię nie wypuścił.
— Może nie powinnam była odchodzić…
Melich spojrzał na nią uważnie: — Naprawdę tak myślisz, Hanser?
Przez chwilę milczała. — Nie wiem — odpowiedziała w końcu. — Już niczego nie wiem. Wiem tylko, że każde rozwiązanie kogoś rani.
— Kiedy zostaję, cierpię ja. Kiedy odchodzę, cierpi Cion. Kiedy milczę, krzywdzę dziecko. Kiedy mówię prawdę, wywołuję kolejną wojnę.
Po policzku spłynęła jej pierwsza łza. Melich wyciągnął z kieszeni chusteczkę i podał jej przez stół: — Nie płacz.
— Jak mam nie płakać?
— Bo jeśli zaczniesz teraz, nie będziesz mogła przestać.
— Może właśnie tego potrzebuję.
— Potrzebujesz siły.
— Nie mam jej już w sobie.
— Masz. Jesteś tylko zbyt zmęczona, żeby to zobaczyć.
Hanser wzięła od niego chusteczkę, lecz zamiast otrzeć łzy, zacisnęła ją w dłoni: — Melich, dokąd ja właściwie pojadę?
Mężczyzna wyprostował się. Wiedział, że nadszedł moment, aby szczegółowo przedstawić jej plan.
— Mam przyjaciela w okolicach Kadikoj — powiedział. — Znamy się od wielu lat. Prowadzi niewielki pensjonat. Nie jest luksusowy, ale jest czysty, spokojny i stoi przy bocznej uliczce. Nie zaglądają tam przypadkowi ludzie.
— Wie o mnie?
— Powiedziałem mu tylko, że potrzebuję pokoju dla bliskiej znajomej. Żadnych nazwisk, żadnych szczegółów.
— A jeśli zacznie pytać?
— Nie będzie. Kiedyś pomogłem mu w bardzo trudnej sytuacji. Wie, że skoro proszę go o dyskrecję, to mam ku temu powód.
— Jak długo mogę tam zostać?
— Tak długo, jak będzie trzeba.
— Nie mam wystarczająco dużo pieniędzy.
— Tym się nie martw.
Hanser natychmiast pokręciła głową: — Nie, już i tak zrobiłeś dla mnie zbyt wiele.
— Zapłacę za pierwszy tydzień, później coś wymyślimy.
— Nie mogę tego przyjąć!
— Możesz. Hanser, nie zamierzam się z tobą o to kłócić. Najważniejsze jest, żebyś miała dach nad głową i mogła spokojnie odpocząć.
— Nie wolno ci się przemęczać — dodał. — Lekarz wyraźnie powiedział, że musisz unikać stresu.
Hanser zaśmiała się gorzko: — Unikać stresu? W moim życiu nie zostało już nic poza stresem.
— Właśnie dlatego wyjeżdżamy.
Melich nachylił się jeszcze bliżej i ściszył głos: — Posłuchaj mnie uważnie. Kiedy dotrzemy na miejsce, nie będziesz wychodzić bez potrzeby. Nie pokazuj się w okolicy.
— Nie dzwoń z własnego telefonu. Nie kontaktuj się z nikim, komu Cion mógłby zadawać pytania.
— Nawet z Derią?
— Szczególnie z nią. Nie dlatego, że jej nie ufam. Po prostu Cion będzie obserwował wszystkich, którzy mogą mieć z tobą kontakt.
— A Cami?
— Jemu też niczego nie mów. Będzie się martwił, ale lepiej, żeby się martwił, niż żeby nieświadomie zdradził miejsce twojego pobytu.
Hanser zadrżała: — Mówisz o tym tak, jakby Cion był przestępcą.
— Nie jest przestępcą — odpowiedział Melich. — Ale jest człowiekiem, który ma pieniądze, wpływy i wystarczająco dużo determinacji, żeby przewrócić całe miasto do góry nogami.
— Jeżeli uzna, że cię skrzywdziłem albo porwałem, nie zatrzyma się, dopóki mnie nie znajdzie.
— Właśnie tego się boję.
— Nie bój się o mnie.
— Jak mogę się nie bać? — Hanser spojrzała mu prosto w oczy. — Co zrobisz, kiedy mnie zostawisz w pensjonacie?
Melich zawahał się. Przez krótką chwilę przyglądał się ludziom siedzącym przy sąsiednich stolikach, jakby chciał upewnić się, że nikt ich nie słucha.
— Wrócę na postój — powiedział. — Zostawię taksówkę, zabiorę torbę i pojadę do portu.
— Do portu?
— Rano odpływa statek.
— Dokąd?
— Im mniej wiesz, tym bezpieczniej.
— Melich, nie możesz po prostu zniknąć!
— Mogę i właśnie to zrobię.
— A twoja rodzina?
Twarz mężczyzny na moment stężała: — Będą musieli sobie poradzić.
— Twoja matka… Sinem, Mine… nie utrudniaj mi tego. One pomyślą, że uciekłeś przeze mnie.
— Niech myślą.
— Ludzie zaczną mówić.
— Ludzie zawsze mówią.
— Tym razem będą mówić o tobie bardzo złe rzeczy — głos Hanser załamał się. Kobieta pochyliła głowę i zaczęła szlochać.
— Powiedzą, że odebrałeś Cionowi żonę. Że uciekłeś z kobietą, która nosi cudze dziecko. Że zdradziłeś swoich przyjaciół i własną rodzinę. Jak to zniesiesz, Melich?
Melich patrzył na nią przez chwilę bez słowa. Następnie przesunął w jej stronę szklankę z wodą: — W ogóle mnie to nie obchodzi.
Hanser podniosła głowę: — Jak możesz tak mówić?
— Ponieważ nie zamierzam już tam wracać. Tak samo jak ty.
— Ale dlaczego? Dlaczego poświęcasz wszystko?
Mężczyzna odwrócił wzrok. Jego twarz pozostała spokojna, jednak w oczach pojawił się ból, którego nie potrafił całkowicie ukryć.
— Nie poświęcam wszystkiego — powiedział. — Po prostu zostawiam za sobą miejsce, w którym już nic na mnie nie czeka.
— To nieprawda.
— Ty możesz uważać inaczej, ja wiem swoje.
— Robisz to dla mnie?
— Robię to, ponieważ tak trzeba.
— To nie jest odpowiedź.
— To jedyna odpowiedź, jaką mogę ci dać.
Hanser przyglądała mu się uważnie. Wyczuwała, że Melich ukrywał znacznie więcej niż chciał jej powiedzieć.
Być może próbował uciec nie tylko przed Cionem, ale także przed własnymi uczuciami, wyrzutami sumienia i odpowiedzialnością za kłamstwo, które właśnie tworzyli.
— A jeśli Cion cię znajdzie? — zapytała.
— Nie znajdzie.
— A jeśli jednak?
— Wtedy powiem mu to samo, co powiedziałem wcześniej. Że jesteś ojcem mojego dziecka.
Melich powoli skinął głową. Hanser zamknęła oczy.
Kłamstwo wypowiedziane na głos brzmiało jeszcze bardziej boleśnie. W rzeczywistości ojcem dziecka był Cion. To właśnie jego krew płynęła w żyłach maleńkiej istoty rozwijającej się pod jej sercem.
Jednak Cion nie mógł się o tym dowiedzieć. Nie teraz, gdy każda prawda mogła zostać użyta jako broń.
— To najlepsze rozwiązanie — przekonywał Melich. — W oczach Ciona dziecko ma teraz ojca. Nie będzie już próbował udowodnić, że należy do niego. Uzna, że nie ma powodu, aby cię zatrzymywać.
— Nie znasz go tak dobrze, jak ci się wydaje.
— Wiem, że jest dumny, a jego duma nie pozwoli mu walczyć o kobietę, która według niego spodziewa się dziecka z innym mężczyzną.
— To go zrani.
— Tak.
— Upokorzyłam go.
— Być może.
— A mimo to uważasz, że postąpiliśmy właściwie?
Melich spuścił głowę: — Nie powiedziałem, że właściwie. Powiedziałem, że nie mieliśmy innego wyjścia.
Przez chwilę oboje milczeli. W piecu zatrzeszczało drewno. Z kuchni dobiegł odgłos stawianych na blacie naczyń.
Ktoś przy sąsiednim stoliku zaśmiał się głośno, lecz dla Hanser i Melicha dźwięk ten wydawał się dochodzić z bardzo daleka.
— Obiecaj, że będziesz dzwonił — powiedziała Hanser.
— Będę codziennie. Tak często, jak będzie to bezpieczne.
— A jeśli przestaniesz?
— Nie przestanę.
— Obiecaj.
Melich wyciągnął rękę i położył ją na jej zaciśniętej dłoni: — Obiecuję.
Hanser spojrzała na jego palce, a następnie ponownie na jego twarz: — Nie chcę zostać sama.
— Nie zostaniesz sama. Masz dziecko.
— To nie to samo.
— Wiem.
— Boję się, że pewnego dnia ono zapyta mnie o ojca. Co mu wtedy powiem?
Melich cofnął rękę: — Kiedy nadejdzie ten dzień, podejmiesz właściwą decyzję.
— A jeśli będzie już za późno?
— Hanser, nie próbuj dziś rozwiązywać problemów, które mogą pojawić się za wiele lat. Najpierw musisz bezpiecznie przeżyć najbliższe dni.
Mężczyzna przesunął miskę bliżej niej i wskazał łyżkę: — Zjedz.
— Nie mam apetytu.
— Twoje dziecko może mieć.
— Melich…
— Chociaż kilka łyżek. Proszę.
Hanser otarła łzy chusteczką. Drżącą dłonią ponownie wzięła łyżkę: — Jesteś bardzo uparty.
— Wiem.
— Cion też taki jest.
Melich uśmiechnął się smutno: — Może dlatego tak bardzo mnie nie lubi.
— Nie chodzi tylko o to.
— Wiem również o tym.
Hanser nabrała odrobinę zupy i tym razem ją przełknęła. Melich obserwował ją z ulgą.
— Widzisz? — powiedział. — Jeden krok za drugim.
Nie odpowiedziała. Jadła powoli, a każda kolejna łyżka zdawała się kosztować ją ogromny wysiłek.
Jednak robiła to, ponieważ wiedziała, że Melich miał rację przynajmniej w jednej kwestii — od tej chwili nie mogła myśleć wyłącznie o własnym bólu. Musiała żyć dla dziecka.
Kilka godzin później żółta taksówka marki Renault skręciła w wąską ulicę prowadzącą do postoju Palmi Taxi Duragi.
Silnik pracował nierówno, jakby samochód także odczuwał zmęczenie ostatnich dni. Melich zwolnił i zaparkował przed niebiesko-żółtym kontenerem służącym kierowcom za biuro i pomieszczenie socjalne.
Przez chwilę siedział za kierownicą. Na fotelu pasażera wciąż leżała chusteczka, którą wcześniej podał Hanser. Kobieta musiał odłożyć ją tam podczas podróży.
Melich wziął ją do ręki, zacisnął palce, a następnie schował do kieszeni.
Spojrzał w lusterko. W jego twarzy nie było już śladu wcześniejszej łagodności. Zastąpiło ją napięcie człowieka, który właśnie przekroczył granicę i wiedział, że nie może się cofnąć.
Wysiadł z samochodu. Przy drewnianym stoliku przed kontenerem siedziało dwóch kierowców.
Starszy z siwiejącymi włosami i krótko przystrzyżoną brodą popijał herbatę z małej szklanki. Młodszy mężczyzna odchylił się na krześle i żuł wykałaczkę.
Kiedy zauważyli Melicha, natychmiast się ożywili.
— Spójrzcie tylko, kto przyjechał! — zawołał starszy. — Witaj, panie młody!
Młodszy kierowca klasnął w dłonie: — Gratulacje, straciliśmy kolejnego kawalera!
Melich zatrzymał się kilka kroków od nich: — O czym wy mówicie?
— Nie udawaj niewinnego — odparł starszy taksówkarz. — Wieści rozchodzą się szybciej niż nasze samochody.
— Jakie wieści?
— Podobno uciekłeś z piękną kobietą!
— A może już się pobrali? — wtrącił młodszy. — Może pan młody tylko przyjechał odebrać prezenty?
— Nie mam czasu na żarty.
— W takim razie pokaż obrączkę — zaśmiał się kierowca z wykałaczką.
Melich zacisnął szczękę: — Kto wam to powiedział?
— Nikt konkretny — odpowiedział starszy. — Jeden usłyszał od drugiego, drugi od trzeciego. Wiesz jak to działa.
— I wy wierzycie we wszystko, co ludzie mówią?
— Oczywiście, że nie — zapewnił go mężczyzna, choć rozbawienie nadal nie znikało z jego twarzy. — Ale musisz przyznać, że ostatnio zachowujesz się tajemniczo. Znikasz, nie odbierasz telefonu, odwołujesz kursy. A dziś przyjeżdżasz w garniturze.
Melich spojrzał na własne ubranie, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę, że rzeczywiście mógł wzbudzać podejrzenia: — Miałem ważną sprawę. Bardzo ważną.
— To nie wasz interes — dodał po chwili.
Starszy kierowca spoważniał i odstawił szklankę herbaty na stół: — Skoro mowa o ważnych sprawach, ktoś na ciebie czekał.
Melich znieruchomiał: — Kto?
— Nie wiem.
— Jak to nie wiesz?
— Nie przedstawił się. Powiedział tylko, że musi z tobą porozmawiać.
— Gdzie jest?
Starszy mężczyzna wskazał głową kontener: — Wszedł do środka jakiś czas temu.
— I pozwoliliście obcemu człowiekowi wejść do naszego pomieszczenia?
— Wyglądał jakby był właścicielem połowy miasta — odpowiedział młodszy kierowca. — Nie należał do ludzi, którym łatwo mówi się nie.
Melich spojrzał w stronę niebieskich drzwi: — Pytał o coś jeszcze?
— Tylko o ciebie — wyjaśnił starszy. — Powiedział, że zaczeka.
Melich nie odpowiedział. Ruszył w stronę metalowych schodków. Każdy kolejny krok stawiał ostrożniej.
W głowie kłębiły mu się nazwiska ludzi, którzy mogli go szukać — Engin, Cemil, a może ktoś wysłany przez rodzinę?
Położył dłoń na klamce, lecz przez moment jej nie naciskał. Spojrzał przez ramię na dwóch kolegów, którzy obserwowali go z wyraźną ciekawością.
— Długo był w środku? — zapytał.
— Kilkanaście minut — odpowiedział starszy.
Melich otworzył drzwi. W niewielkim pomieszczeniu panował półmrok. Przez małe okno wpadał wąski pas światła przecinający zakurzone powietrze.
Pod ścianą stało pojedyncze łóżko, obok niego stare krzesło i niewielka szafka. W rogu znajdował się czajnik elektryczny oraz kilka kubków. Nikogo tam jednak nie było.
Melich wszedł do środka: — Halo! — odezwał się.
Cisza. Sprawdził przestrzeń za drzwiami, zajrzał pod okno, a nawet uchylił zasłonę prowadzącą do niewielkiej wnęki. Pomieszczenie było puste.
Wtedy dostrzegł karton. Spore, zaklejone brązową taśmą pudełko leżało na łóżku.
Nie było na nim nazwiska nadawcy ani adresu. Jedynie na bocznej ściance widniała krótka, odręczna notatka: Dla Melicha.
Mężczyzna zbliżył się powoli. Przez chwilę nie dotykał pudełka. Przyglądał mu się, próbując ocenić, czy mogło stanowić zagrożenie.
Następnie kucnął i delikatnie przesunął karton w swoją stronę. Nie był ciężki. Melich wsunął paznokieć pod krawędź taśmy.
Klej trzymał mocno, dlatego szarpnął energiczniej. Dźwięk odrywanej taśmy wypełnił niewielkie pomieszczenie.
Mężczyzna otworzył pierwsze skrzydło kartonu, potem drugie i zajrzał do środka. Jego twarz natychmiast się zmieniła. Nie cofnął się jednak ani nie okazał strachu.
Zastygł w bezruchu, jakby to, co ujrzał, zmusiło go do ponownego przeanalizowania wszystkich wydarzeń ostatnich godzin.
Wyciągnął z pudełka niewielki przedmiot, obrócił go w dłoniach. Następnie dostrzegł coś jeszcze — kopertę albo złożoną kartkę umieszczoną pod spodem.
Przeczytał kilka słów i zmarszczył brwi. W jego oczach pojawiło się intensywne skupienie.
Nie wyglądał już jak człowiek planujący ucieczkę. Wyglądał jak ktoś, kto właśnie otrzymał ostrzeżenie, propozycję albo dowód, którego nie mógł zignorować.
Melich schował kartkę do wewnętrznej kieszeni marynarki. Przedmiot ponownie umieścił w pudełku, zamknął karton i podniósł się z klęczek.
Wyszedł z kontenera szybkim krokiem: — Gdzie on jest? — zapytał natychmiast.
Dwaj kierowcy spojrzeli po sobie: — Kto? — zdziwił się młodszy.
— Człowiek, który na mnie czekał!
— Myśleliśmy, że nadal jest w środku — odpowiedział starszy. — Nikogo tam nie ma.
— To musiał wyjść tylnym oknem.
Melich odwrócił się i spojrzał na boczną ścianę kontenera: — Nie zauważyliście go?
— Rozmawialiśmy. Może wyszedł, kiedy patrzyliśmy w drugą stronę.
— Nawet nie zapytaliście go o imię…
Starszy kierowca rozłożył ręce: — Nie przyszło nam to do głowy.
— Jak wyglądał?
— Wysoki — powiedział młodszy. — Bardzo wysoki.
— Postawny — dodał starszy. — Dobrze ubrany. Miał na sobie elegancki płaszcz.
— Ile miał lat?
— Trudno powiedzieć. Może 30 kilka, może 40. Kolor włosów ciemne, broda… chyba lekki zarost.
— Mówił z akcentem?
— Nie, brzmiał jak ktoś wykształcony. Spokojny, ale wiesz, od razu było widać, że nie przywykł do tego, żeby mu odmawiano.
Młodszy kierowca wyjął wykałaczkę z ust: — Wyglądał na bardzo bogatego. Miał drogi zegarek. Pewnie znudziło mu się czekanie i poszedł.
Melich przymknął oczy. Wysoki, postawny, charyzmatyczny, zamożny. Człowiek, który nie musiał podnosić głosu, aby inni wykonywali jego polecenia.
Rysopis pasował tylko do jednej osoby.
— Dobrze — mruknął. — Dobrze, już rozumiem.
— Kto to był? Znasz go? — zapytał starszy kierowca.
Melich nie odpowiedział. Włożył ręce do kieszeni marynarki i odszedł kilka kroków od postoju.
W jego głowie pojawił się obraz Ciona — mężczyzny, który jeszcze niedawno patrzył na niego z gniewem i niedowierzaniem, gdy usłyszał, że Melich jest rzekomym ojcem dziecka Hanser.
Czy to właśnie Cion zostawił pudełko? Jeżeli tak, dlaczego nie zaczekał?
Czy jego zawartość była próbą przekupstwa, ostrzeżeniem, a może cichą wiadomością sugerującą, że Cion znał już prawdę?
Melich zatrzymał się przy żółtej taksówce. Przed jego oczami stanęła Hanser siedząca w restauracji — zapłakana, przerażona, próbująca zmusić się do zjedzenia kilku łyżek zupy.
Następnie wyobraził sobie Ciona obejmującego ją w dawnych, szczęśliwszych czasach.
W tej wizji Hanser opierała głowę na piersi Ciona, a on otaczał ją ramionami, jakby chciał ochronić ją przed całym światem. Oboje wyglądali jak ludzie, którzy pomimo wszystkich ran nadal należeli do siebie.
Melich odwrócił wzrok. Przez ostatnie godziny przekonywał Hanser, że Cion odpuści, gdy uwierzy, iż dziecko ma innego ojca. Teraz jednak zaczynał rozumieć, że mógł się pomylić.
Cion nie należał do mężczyzn, którzy rezygnowali. Nie pozostawiał pytań bez odpowiedzi. Nie pozwalał, aby ktoś odebrał mu osobę, którą kochał.
Melich wsunął dłoń do wewnętrznej kieszeni marynarki i dotknął ukrytej tam kartki. Słowa, które przeczytał w kontenerze, wciąż rozbrzmiewały w jego głowie.
W jednej chwili jego plan przestał wydawać się prosty. Statek odpływał rano. Hanser miała ukryć się w pensjonacie. Taksówka miała pozostać na postoju, aby wszyscy uwierzyli, że Melich wyjechał z nią daleko.
Jednak Cion najwyraźniej był już o krok przed nimi.
Melich spojrzał na drogę prowadzącą w stronę miasta: — Czego naprawdę chcesz, Cion? — wyszeptał do siebie.
Nie uzyskał odpowiedzi. Czuł jednak, że tajemnicze pudełko nie było zakończeniem sprawy — było dopiero początkiem.
I chociaż Melich obiecał Hanser, że pomoże jej zniknąć, teraz musiał podjąć decyzję, która mogła zniszczyć ich plan, ujawnić prawdziwe ojcostwo dziecka i ponownie połączyć Hanser z mężczyzną, przed którym tak desperacko próbowała uciec.
Przezroczysty obraz Hanser i Ciona obejmujących się powrócił w jego wyobraźni. Melich zacisnął szczękę.
Dopiero teraz zrozumiał, że być może nie walczył przeciwko Cionowi. Być może walczył przeciwko uczuciu, którego żadna ucieczka, żadne kłamstwo i żaden odpływający o świcie statek nie były w stanie pokonać.