
Cihan w pułapce skandalu. Tajemnica ciąży Beyzy może zniszczyć wszystko.
W 124 odcinku „Panny Młodej” rezydencja Develioglu zamienia się w miejsce pełne napięcia, łez i ukrytych intryg. Cihan próbuje ochronić zarówno Hancer, jak i Beyzę przed bezlitosnym skandalem, który coraz mocniej zaciska się wokół jego rodziny. Jednak gdy Beyza odgrywa dramatyczną scenę z tabletkami, Hancer zaczyna dostrzegać prawdę: tow nie rozpacz, lecz kolejna gra. Tymczasem Nusret z zimną satysfakcją obserwuje chaos, który sam wywołał – artykuły rozchodzą się jak ogień. Reporterzy otaczają rezydencję, a Cihan powoli rozumie, że wróg znajduje się bliżej, niż przypuszczał. Największe zagrożenie dopiero nadchodzi. Jeśli tajemnica ciąży Beyzy wyjdzie na jaw, reputacja Cihana, przyszłość dziecka i los Hancer mogą zostać zniszczone bezpowrotnie. Czy Cihan zdoła powstrzymać medialną burzę? Czy Hancer pozostanie silna u jego boku? I jaki kolejny ruch przygotował Nusret, który wydaje się być zawsze o krok przed wszystkimi?
Urażona duma Mukadder i histeria Beyzy.
Panna młoda, odcinek 124. Cihan nie pozwolił, by Słowa Mukadder zawisły w powietrzu jak niepodważalny wyrok – nie tym razem, nie w tym domu, w którym każdy oddech stał się już ciężarem, a każde spojrzenie mogło zamienić się v oskarżenie. Przez kilka sekund panowała cisza tak gęsta, że nawet tykanie zegara na ścianie wydawało się zbyt głośne, zbyt natarczywe, zbyt bezlitosne.
Mukadder stała pośrodku salonu z uniesioną głową, jak kobieta przyzwyczajona do tego, że her jej słowo kończy każdą rozmowę. Jej twarz była napięta, oczy pełne chłodnego uporu. Vidzieć było, że czeka na reakcję Cihana, ale spodziewała się raczej milczenia niż sprzeciwu – przez całe życie nauczyła się bowiem, że v tej rodzinie można było wytrzymać wiele, ale niewielu odważało się zatrzymać her jej gniew.
Tym vezes Cihan zrobił krok naprzód. — Mamo, wystarczy — powiedział stanowczo, choć nie podniósł głosu. Tow nie był krzyk, tow było coś znacznie groźniejszego – spokojny ton człowieka, który doszedł do granicy cierpliwości i nie zamierzał cofnąć się nawet o krok.
Mukadder zacisnęła usta. — Cianie… — Mamy dość problemów poza domem — nie przerwał her jej natychmiast. — Nie dokładajmy sobie kolejnych tutaj. Przynajmniej ty nie burz mojego spokoju.
Słowa uderzyły her jej bardziej, niż chciała pokazać. Na krótką chwilę v her jej oczach pojawił się cień zranienia, ale zaraz przykryła go urażoną dumą. Odwróciła głowę, jakby widok syna był dla niej zbyt bolesny, a jednocześnie zbyt upokarzający. — Twojego spokoju? — powtórzyła cicho, z gorzkim uśmiechem. — W tym domu niki nie ma już spokoju. — Vłaśnie dlatego proszę cię, żebyś nie dolewała oliwy do ognia. — Ja? — Mukadder uniosła brwi. — Tow ja dolewam oliwy? Czy może ci, którzy doprowadzili nas do tego wstydu? — Jej spojrzenie przecięło salon jak ostrze i zatrzymało się na Hancer.
Dziewczyna siedziała v fotelu nieruchomo, blada, jakby każdy oddech wymagał od niej wysiłku. Starała się być spokojna, ale dłonie miała splecione tak mocno, że zbielały her jej kostki. Cihan zauważył ten gest i właśnie on sprawił, że jego głos stał się jeszcze bardziej zdecydowany. — Dość! — powtórzył. — Nie chcę już ani jednego słowa.
Mukadder wyglądała, jakby miała ochotę odpowiedzieć: her jej wargi poruszyły się lekko, oczy zwęziły, ale coś v her jej twarzy Cihana, coś v jego milczącym ostrzeżeniu, zatrzymało her jej v pół słowa. Ostatecznie tylko pokręciła głową z wyraźnym niezadowoleniem.
Wtedy ciszę przeciął szloch Beyzy – nie był cichy, nie był powściągliwy, był nagły, głośny, drżący, taki, który natychmiast przyciągał uwagę wszystkich. Beyza siedziała na kanapie z twarzą ukrytą częściowo v dłoniach. Ramiona drżały her jej teatralnie, ale nawet jeśli koba mógł podejrzewać przesadę, niki nie odważył się powiedzieć tego na głos. — Beyzo, dość — odezwał się Cihan już łagodniej. — Nie płacz.
Beyza uniosła ku niemu zapłakane oczy – her jej policzki były mokre, usta drżały, a spojrzenie miało v sobie mieszaninę rozpaczy i pretensji. — Jak mam nie płakać? — wyrzuciła z siebie. — Powiedz mi, jak? Vszyscy są przeciwko mnie, wszyscy patrzą na mnie tak, jakbym była winna wszystkiemu, co się wydarzyło. Zrobili ze mnie kochankę, wystawili mnie na pośmiewisko… — Nabrała powietrza, ale głos natychmiast her jej się załamał. — …jakbym sama tego chciała, jakbym marzyła, żeby tu być, jakbym nie miała serca, sumienia, godności! — Niki nie mówi, że nie masz godności — powiedział Cihan, choć jego twarz pozostała napięta. — Niki.
Beyza zaśmiała się przez łzy. — Nie muszą mówić, wystarczy, jak patrzą. Vystarczy, że milczą. — Przeniosła spojrzenie na Hancer tylko na ułamek sekundy, ale v tym krótkim spojrzeniu było wszystko: oskarżenie, prowokacja, żal i cicha satysfakcja, że znowu udało her jej się skierować uwagę wszystkich na siebie. — Nie mam już siły, Cianie, naprawdę nie mam!
Odwróciła się gwałtownie i niemal wybiegła z salonu, zasłaniając twarz dłonią. Sukienka zaszeleściła cicho, gdy mijała stolik. Gülsüm ruszyła pierwsza, jakby od dawna czekała na ten moment. Za nią poszła Mukadder z twarzą zaciśniętą z niepokoju i gniewu. Po chwili także reszta domowników poruszyła się niespokojnie: jedni z troską, inni z ciekawością, jeszcze inni z chłodną rezerwą. Salon opróżniał się powoli, jak scena po gwałtownym akcie dramatu: głosy oddalały się korytarzem, kroki cichły, a drzwi przymykały się jedno po drugim.
Czuła obietnica Cihana pod osłoną nocy.
W końcu zostali tylko oni: Cihan i Hancer. Przez chwilę żadne z nich się nie odezwało. Cisza nie była jednak pusta – była pełna tego, czego nie potrafili powiedzieć: pełna zmęczenia, bólu, strachu i tej szczególnej bezradności, która przychodzi wtedy, gdy człowiek staje się tematem cudzych rozmów, cudzych ocen, cudzych spojrzeń.
Hancer siedziała nieruchomo v fotelu, dłonie nadal miała splecione na kolanach. Ramiona lekko drżały, choć próbowała her jej uspokoić. Po policzkach powoli spływały łzy, których nawet nie próbowała już ukrywać – może zabrakło her jej siły, może zrozumiała, że są chwile, kiedy walka o pozory kosztuje więcej niż sama prawda. Cihan patrzył na nią przez moment z bólem, którego nie potrafił ukryć, potem podszedł bliżej. Nie mówił nic, nie szukał wielkich słów, bo wiedział, że wielkie Słowa potrafią brzmieć pusto, kiedy serce jest zbyt zmęczone, by im wierzyć.
Uklęknął przy niej. Ten gest był cichy, pozbawiony dumy, a jednak v tej chwili mówił więcej niż jakiekolwiek zapewnienie. Cihan Develioglu – mąż przyzwyczajony do tego, że stoi wysoko, że decyduje, rozkazuje, chroni – teraz klęczał przed kobietą, której łzy ciążyły mu bardziej niż wszystkie artykuły świata. — Hancer… — odezwał się miękko. Nie odpowiedziała. Delikatnie uniósł dłoń i starł kciukiem łzę z her jej policzka. Dotyk był ostrożny, jakby bał się, że najmniejszy nieuważny ruch może her jej zranić jeszcze bardziej. — Nie zadręczaj się tak — dodał ciszej. — Spójrz na mnie.
Hancer potrząsnęła głową, ale po chwili jednak uniosła wzrok – z trudem. Jej oczy były czerwone, pełne łez i zmęczenia, ale gdzieś pod tym wszystkim nadal była ona – ta sama Hancer, która potrafiła stać prosto, nawet gdy świat próbował złamać her jej kolana. Cihan uśmiechnął się lekko, ciepło, choć v jego uśmiechu było więcej smutku niż radości. — Gdzie jest ta silna kobieta, którą znam? — zapytał. — Ta, która potrafiła stanąć naprzeciw wszystkiego i wszystkich; ta, która nawet kiedy drżała ze strachu, nie pozwalała nikomu zobaczyć swojej słabości.
Hancer spuściła wzrok. — Może się zmęczyła — wyszeptała.
Te Słowa trafiły w niego głęboko. — Viem — powiedział cicho. — Viem, że jesteś zmęczona. — Nie chodzi tylko o zmęczenie, Cianie. — Jej głos drżał. — Ja już czasem nie wiem, kim jestem v tym domu: żoną, przeszkodą, winowajczynią, cieniem… Każde spojrzenie mówi co innego, każdy oczekuje ode mnie czegoś innego. A ja… ja nie wiem, jak długo jeszcze mam udawać, że mnie to nie boli.
Cihan objął her jej dłonie swoimi. — Nie musisz przy mnie udawać. — But muszę przy wszystkich innych. — Przy wszystkich innych będę stał obok ciebie — odpowiedział natychmiast. — Nie przed tobą, nie zamiast ciebie – obok ciebie.
Hancer spojrzała na niego niepewnie, jakby bała się uwierzyć. Cihan westchnął cicho. — Stało się to, co się stało, tego już nie cofniemy. Wieść poszła v świat i jeszcze przez jakiś czas będzie żyła własnym życiem: będą pisać, będą mówić, będą wymyślać. Ludzie karmią się cudzym bólem, bo wtedy łatwiej zapominają o własnym. — Na moment zawiesił głos. Za oknem słońce było jasne, ale v salonie panował półmrok, jakby ciężar wydarzeń odebrał blask nawet najdroższym żyrandolom. — Ale tow tylko hałas, Hancer: Słowa, plotki, brudne nagłówki, które jutro zastąpią innymi. Dla nich tow temat, dla nas tow życie.
Hancer przełknęła łzy. — A jeśli ten hałas nas zagłuszy? — Nie pozwolę na to — powiedział to tak pewnie, że przez chwilę sama cisza zdawała się zatrzymać. — Dopóki tow się nie wyjaśni, musimy nauczyć się tego nie słuchać — ciągnął. — Zamknąć uszy na to, co mówią inni, i trzymać się razem. Jeśli się rozdzielimy, jeśli zaczniemy walczyć przeciwko sobie, oni wygrają bez wysiłku. — Jego spojrzenie stwardniała, ale nie wobec niej – wobec wszystkiego, co czaiło się na zewnątrz: wobec kamer, plotek, tytułów, ludzi ukrytych za ekranami telefonów, którzy z cudzej tragedii robili widowisko. — Obiecuję ci — powiedział wolniej. — Zrobię wszystko, żeby tow nie zniszczyło ani ciebie, ani Beyzy. Nie pozwolę na to.
Hancer drgnęła na dźwięk imienia Beyzy. Cihan tow zauważył. — Viem, że tow trudne — dodała. — Viem, że sama her jej obecność rani cię każdego dnia, ale jest też dziecko. I choć wszystko wokół nas jest skomplikowane, tow dziecko nie jest winne niczemu. — Viem — szepnęła Hancer. — Vłaśnie dlatego milczę częściej, niż powinnam. — Nie proszę cię o milczenie, proszę cię o siłę. — Delikatnie ujął her jej dłoń mocniej. — Potrzebuję cię silnej przy mnie, żebym miał o co walczyć.
Hanser zamknęła oczy, wciągnęła powietrze, jakby dopiero teraz mogła naprawdę oddychać. W her jej twarzy nadal było cierpienie, ale pojawiło się też coś innego – cichy powrót woli, której niki nie zdołał her jej odebrać. Otarła policzki, her jej ręka nadal drżała, lecz głos, gdy się odezwała, był już spokojniejszy. — Będę… — Cihan patrzył na nią bez ruchu. — Będę silna — wyszeptała. Spojrzała na niego, już nie tak zagubiona jak przed chwilą. — Dla ciebie.
Pochylił głowę i przycisnął her jej dłonie do swoich ust. Nie był tow gest namiętności, lecz obietnicy – cichy, przysięgany znak, że choć świat na zewnątrz zaczął się walić, v tej jednej chwili wciąż mieli coś, czego nie mogły zniszczyć ani gazety, ani kamery, ani cudze intrygi. But rezydencja Develioglu nie znała długiego spokoju – za drzwiami już rodziła się kolejna burza.
Histeryczna intryga Beyzy i twarde oskarżenie Hancer.
Gülsüm stała przy drzwiach pokoju Beyzy i nasłuchiwała z napięciem. Jej dłoń spoczywała na klamce, gotowa v każdej chwili her jej nacisnąć, ale jeszcze tego nie robiła: przykładała ucho do drewna, potem odsuwała się, zerkała v korytarz i znów nasłuchiwała. W her jej oczach nie było zwykłego niepokoju – była czujność kogoś, kto uczestniczy v zaplanowanej scenie i boi się, że aktorzy nie wejdą na czas.
W pokoju Beyza siedziała na łóżku. Łzy dawno już przestały płynąć tak obficie, choć her jej twarz nadal była wilgotna. Na stoliku nocnym stała buteleczka z tabletkami. Beyza patrzyła na nią długo, bez mrugnięcia, potem przesunęła wzrok na drzwi. — Już? — wyszeptała.
Gülsüm uchyliła drzwi na szerokość dłoni. — Pani Mukadder idzie korytarzem — powiedziała szybko. — Jeszcze kilka kroków.
Beyza skinęła głową. Jej twarz natychmiast przybrała wyraz rozpaczy: wzięła buteleczkę, odkręciła her jej drżącymi palcami i wysypała na dłoń garść tabletek. Niektóre upadły na kołdrę, ale szybko her jej zebrała. — Pamiętaj! — szepnęła Gülsüm. — Nie za szybko, must zobaczyć. — Viem — odparła Beyza, a v her jej oczach błysnęło coś zimnego.
Gdy tylko v korytarzu pojawiła się Mukadder, Gülsüm poruszyła się niespokojnie i dyskretnym gestem dała znak Beyzie, po czym bez słowa zniknęła za rogiem, jakby rozpłynęła się v powietrzu. Drzwi otworzyły się niemal natychmiast – Mukadder weszła do środka i zamarła: na łóżku siedziała Beyza, her jej dłoń drżała, gdy trzymała garść tabletek. Przez ułamek sekundy zawahała się tak, by wyglądało tow prawdziwie, potem podniosła rękę do ust. — Beyza, co ty robisz?! — krzyknęła Mukadder.
Rzuciła się v her jej stronę z siłą, której niki nie spodziewałby się po kobiecie v her jej wieku – chwyciła Beyzę za nadgarstek v ostatniej chwili. Tabletki rozsypały się po podłodze, odbijając się cicho od parkietu jak małe białe kamienie rozsypane po polu bitwy. — Zostaw mnie, ciociu! — Beyza wyrwała rękę. Jej głos był zdławiony, dramatyczny, pełen łez. — Zostaw mnie, nie chcę już żyć! — Oszalałaś?! — Mukadder była blada jak ściana. — Co ty sobie wyobrażasz? — Co mam sobie wyobrażać? — Beyza objęła się ramionami. — Że wszystko będzie dobrze? Że jutro ludzie przestaną szeptać? Że te obrzydliwe wiadomości znikną? Zostałam zhańbiona, rozumiesz? Zhańbiona! — Nie mów tak! — Jak mam mówić?! — krzyknęła Beyza. — Vszyscy już mnie osądzili, zrobili ze mnie kobietę bez wstydu, kochankę, intruzów v cudzym małżeństwie. Niki nie pyta, co ja czuję, niki nie pyta, jak ja to przeżywam. — Złapała się za brzuch, pochylając głowę. — Moje dziecko… Moje dziecko nie zasługuje na takie życie. Ono jeszcze się nie urodziło, a już stało się częścią skandalu!
Mukadder patrzyła na nią z przerażeniem, ale pod tym przerażeniem tlił się gniew – nie był skierowany tylko do Beyzy, był skierowany do Hancer, do Cihana, do świata… do każdego, kto v her jej oczach choćby jednym słowem doprowadził do tego momentu. — Dziecko… — powtórzyła ostro, chwytając Beyzę za ramiona. — Vłaśnie dlatego must żyć. Vłaśnie dlatego nie wolno ci nawet myśleć o takich rzeczach. Oszalałaś? Chcesz oddać zwycięstwo tej żmii?
Beyza spojrzała na nią przez łzy. — Jakiej żmii? — Dobrze wiesz, jakiej! — Mukadder syknęła. — Ona właśnie na to liczy: żebyś się załamała, żebyś się poddała, żeby pozbyć się was obojga jednym ciosem! — Nie obchodzi mnie, czego ona chce! — wyrzuciła Beyza, wyrywając się z her jej uścisku. — Nie chcę żyć!
Mukadder cofnęła się o pół kroku. W her jej twarzy pojawiło się coś dziwnego: strach mieszał się z kalkulacją, ból z gniewem, miłość do nienarodzonego dziecka z pragnieniem wykorzystania każdej sytuacji przeciwko Hancer. Przez chwilę patrzyła na rozsypane tabletki, potem odwróciła się gwałtonie i wyszła. Beyza natychmiast przestała szlochać tak głośno, podniosła wzrok ku drzwiom – her jej twarz nadal była mokra, ale oczy miała czujne.
Po chwili Mukadder wróciła – nie sama: za rękę niemal wciągnęła do pokoju Hancer. — Spójrz! — rzuciła oskarżycielsko, wskazując na rozsypane tabletki. — Spójrz, do czego doprowadziłaś!
Hancer zatrzymała się v progu. Jej spojrzenie najpierw padło na podłogę: na białe tabletki rozsypane przy łóżku, potem na Beyzę, która siedziała z opuszczoną głową, dłonią przy brzuchu, v pozie idealnie dobranej do roli skrzywdzonej ofiary. Twarz Hancer była spokojna, niemal obojętna, tylko v oczach pojawił się błysk uważności. — Jeszcze chwila i Beyza by nie żyła! — krzyczała Mukadder. — To cię cieszy? Tego chciałaś?
Hancer weszła do pokoju powoli – każdy her jej krok był cichy, ale stanowczy. — Vystarczy, pani Mukadder — powiedziała chłodno. — Tow nie jest troska, tow szantaż.
Mukadder aż zaniemówiła. — Szantaż?! — oburzyła się po chwili. — Dziewczyna chciała się zabić!
Hancer uniosła lekko brew. Spojrzała na Beyzę dłużej, uważniej – w her jej oczach nie było współczucia, była pewność: cicha, nieubłagana i przez to jeszcze bardziej niebezpieczna. — Nie — odparła spokojnie. — Ona nie chciała umrzeć.
Beyza odwróciła wzrok, jakby nagle zainteresował her jej cień przy zasłonie. — Jak śmiesz?! — Mukadder zrobiła krok ku Hancer. — Jak możesz być tak bezduszna? — Bezduszna? — Hancer uśmiechnęła się smutno. — Nie, po prostu zmęczyłam się udawaniem, że nie widzę tego, co wszyscy próbują przede mną ukryć.
Beyza zacisnęła palce na kołdrze. — Nie wiem, o czym mówisz — powiedziała cicho. — Viesz doskonale — odparła Hancer. — Tak samo, jak wiesz, że gdybyś naprawdę chciała odebrać sobie życie, nie wybrałabyś chwili, w której ktoś stoi za drzwiami i czeka na panią Mukadder.
W pokoju zapadła cisza. Mukadder spojrzała najpierw na Beyzę, potem na Hancer. — Co ty insynuujesz? — Niczego nie insynuuję, mówię wprost: tow kolejna gra.
Beyza poderwała głowę. — Gra?! — Her jej głos drżał, ale tym vezes bardziej ze złości niż rozpaczy. — Uważasz, że moje cierpienie jest grą? — Uważam, że potrafisz bardzo dobrze wybierać momenty swojego cierpienia.
Mukadder gwałtownie chwyciła buteleczkę po tabletkach ze stolika i niemal wcisnęła her jej Hancer v dłoń. — Skoro jesteś taka pewna, zatrzymaj her jej!
Hancer spojrzała na buteleczkę, potem na Mukadder. — Po co? Mukadder nachyliła się lekko, patrząc her jej prosto v oczy. — Vkrótce tow ty możesz her jej potrzebować… nie Beyza. — Słowa były ciche, ale lodowate – wypełniły pokój chłodem.
Hancer nie cofnęła ręki: zacisnęła palce na buteleczce i nie spuściła wzroku z Mukadder, nie mrugnęła ani razu. — Niech się pani nie martwi — powiedziała powoli. — Ja nie uciekam tak łatwo.
Odwróciła się i wyszła z pokoju, trzymając buteleczkę v dłoni. Za her jej plecami Beyza spuściła głowę, ale na her jej ustach pojawił się cień uśmiechu – trwał krótko, wystarczająco krótko, by Mukadder go nie zobaczyła, wystarczająco długo, by los zapamiętał.
Sekretna narada Fadime i Melicha w kuchni.
Był późny wieczór. Rezydencja ucichła, ale nie spała – taki dom nigdy naprawdę nie zasypiał, gdy jego ściany nosiły v sobie tyle sekretów. Cisza pełzała po korytarzach, zaglądała pod drzwi, zatrzymywała się przy schodach i znikała v półmroku salonów.
Kuchnia tonęła w miękkim, ciepłym świetle lamp nad blatem. Na marmurowej powierzchni odbijały się złote refleksy, a za oknem nocne miasto mrugało odległymi światłami. Fadime zatrzymała się v progu – przez chwilę tylko patrzyła. Melih stał przy zlewie, odwrócony do niej plecami, nalewając wodę do szklanki. Ruchy miał spokojne, ale nienaturalne: były zbyt powolne, zbyt kontrolowane, jakby próbował zagłuszyć nimi własne myśli. — Melichu — odezwała się cicho.
Odrócił się, lekko zaskoczony. — Mamo? — zmarszczył brwi. — Dlaczego jeszcze nie śpisz?
Fadime weszła głębiej do kuchni. Jej kroki były powolne, ciężkie – wyglądała na kobietę, która długo walczyła z samą sobą, zanim zdecydowała się na rozmowę. — Sen mnie omija — odpowiedziała z westchnieniem. — Krąży wokół, ale nie chce do mnie przyjść. Melih odstawił szklankę. — Znowu się martwisz? — A mam powód, żeby nie?
Nie odpowiedział. Fadime zatrzymała się naprzeciwko niego i spojrzała mu prosto v oczy. Było v tym spojrzeniu matczyne przerażenie, ale też surowość kobiety, która zna życie od jego najtrudniejszej strony. — Myślę o tym, co zrobiłeś, i próbuję to zrozumieć. Naprawdę próbuję, synu, ale nie potrafię.
Melih odwrócił wzrok. — Nie przewracaj oczami! — dodała ostrzej. — Powiedz mi wprost: kim jest ta dziewczyna, o której wspomniałeś? Kto tak zawrócił ci v głowie? Melih milczał. — Powiedziałeś, że ona też coś do ciebie czuje — ciągnęła Fadime. — Nie jesteś dzieckiem, Melichu, wiem, kiedy mężczyna mówi o kobiecie z takim wzrokiem. I właśnie dlatego się boję.
Melih oparł się lekko o blat, ściskając szklankę v dłoni. — Dlaczego pytasz o coś, na co już znasz odpowiedź?
Fadime pobladła. — Nie mów mi tylko, że tow Sinem…
Zapadła krótka cisza – wystarczyła, by odpowiedź stała się oczywista. — Tak — powiedział Melih spokojnie. — To Sinem.
Fadime zamknęła oczy. — Boże… — Rozmawialiśmy — dodał Melih. — Tow nie jest jednostronne. Ona też… też coś do mnie czuje. — Synu, czy ty postradałeś zmysły? — wyszeptała, a potem her jej głos nabrał siły. — Viesz, v co się pakujesz? Viesz, co to znaczy? — Viem, co czuję. — A czy uczucia nakarmią cię, kiedy stracisz pracę? — zapytała gorzko. — Czy uczucia otworzą ci drzwi, kiedy wszyscy zamkną ci her jej przed nosem? Jeśli pan Cihan się o tym dowie, nie tylko stracisz pracę – wyrzuci nas z tego domu, a może i z całego miasta!
Melih zacisnął szczękę. — Przesadzasz. — Nie przesadzam! Ja znam ludzi takich jak oni, znam domy takie jak ten: tu uśmiechy są piękne, ale granice są twarde jak kamień. My możemy być lubiani, możemy być zaufani, możemy być potrzebni… ale wciąż jesteśmy po tej stronie drzwi, po której się służy! — Mamo… — Nie przerywaj mi! — Fadime zadrżał głos. — Czy teraz jest na to czas? Nie widzisz, co się dzieje wokół nas? Skandal, dziennikarze, krzyki, tajemnice… A ty jeszcze chcesz dokładać do tego miłość, której niki tu nie zaakceptuje? — Rozłożyła bezradnie ręce. — My tu jesteśmy po to, żeby pracować, służyć, przeżyć uczciwie, nie komplikować sobie życia!
Melih pokręcił głową, v jego spojrzeniu pojawiła się stanowczość dorosłego mężczyzny, nie chłopca. — Co takiego zrobiłem? — zapytał spokojnie. — Czy kogoś zdradziłem? Czy kogoś okłamałem? Czy zrobiłem coś niehonorowego? — Czasem samo pragnienie czegoś niemożliwego sprowadza nieszczęście. — Miłość nie jest nieszczęściem. — Zależy, kogo kochasz.
Te słowa zabolały go bardziej, niż chciał pokazać. — Nie zmuszaj mnie, żebym powiedziała to wprost — powiedziała Fadime ciszej, ale ostrzej. — Jesteś wolnym mężczyzną, możesz mieć każdą kobietę, więc dlaczego wybierasz właśnie her jej? — Ściszyła głos. — Kobietę z dzieckiem, z takim bagażem…
Melih wyprostował się powoli. — Nie mów tak o niej. — Mówię prawdę! — Nie, mówisz strachem. Sinem nie jest bagażem — powiedział Melih. — Jej dziecko nie jest ciężarem. To, przez co przeszła, nie czyni her jej mniej wartą miłości.
Fadime spojrzała na niego z bólem. — A nawet jeśli her jej wybierzesz, myślisz, że pani Mukadder na to pozwoli? Odda ci swoją wnuczkę? Pozwoli, żebyś wszedł do tej rodziny? Synu, otwórz oczy! Oni mogą cię pochwalić, mogą ci zaufać, mogą ci powierzyć klucze do domu, ale nie oddadzą ci swojego nazwiska.
Melih uniosła podbródek. — Nie obchodzi mnie nazwisko. — Ciebie może nie, ale ich tak. Liczy się tylko jedno: czy Sinem tego chce? — V jego oczach pojawił się upór, którego Fadime dawno u niego nie widziała. — A jeśli będzie trzeba, stanę naprzeciw wszystkim.
Fadime wpatrywała się v niego długo. — Nawet przeciwko mnie? — zapytała cicho.
Melih natychmiast zmiękł, podszedł bliżej. — Mamo, jak mógłbym stanąć przeciwko tobie? Jesteś moją matką, moją podporą, moją duszą.
Fadime odwróciła twarz, ale łzy i tak pojawiły się v her jej oczach. — Tow nie rozrywaj tej duszy na pół. — Tow ty musisz zdecydować — powiedział lojalnie, choć każde słowo było ciężkie. — Czy będziesz stała obok mnie, czy przeciwko mnie?
Ich spojrzenia spotkały się v milczeniu. Potem Melih odwrócił się powoli i wyszedł z kuchni. Drzwi zamknęły się cicho. Fadime została sama – stała nieruchomo, jakby Słowa syna wciąż krążyły wokół her jej i nie pozwalały her jej ani ruszyć się z miejsca, ani złapać oddechu. Po razy pierwszy od dawna zrozumiała, że nie wszystkie burze przychodzą z zewnątrz – niektóre rodzą się v sercu własnego dziecka.
Chłodna kalkulacja Nusreta i manipulowanie Beyzą.
Nusret siedział wygodnie na kanapie, oparty plecami o miękkie poduszki. W półmroku salonu ekran telefonu rozświetlał jego twarz chłodnym, niebieskawym blaskiem. Kąciki ust unosiły mu się v cieniu zadowolenia, gdy przesuwał palcem po kolejnych nagłówkach: „Nieznana twarz znanego biznesmena”, „Harem Develioglu”, „Żona, dziecko i druga kobieta pod jednym dachem”. Ciche, krótkie parsknięcie wyrwało mu się z gardła. — Lepiej, niż zakładałem — mruknął pod nosem.
Nie było v nim ani cienia wstydu, ani żalu, ani ojcowskiego niepokoju o to, że jego własna córka stała się częścią publicznego widowiska. Dla Nusreta ludzie zawsze byli figurami na planszy – nawet ci najbliżsi, zwłaszcza ci najbliżsi, bo nimi można było poruszać najłatwiej. Bez pośpiechu wybrał numer, czekał, aż po drugiej stronie odezwie się głos dziennikarza. — Idzie nawet lepiej, niż planowałem — powiedział spokojnie, niemal z rozbawieniem. — Artykuły rozchodzą się jak ogień. — Przez chwilę słuchał odpowiedzi, a jego uśmiech stawał się coraz szerszy. — Nie, nie teraz, nie wszystko naraz. Publiczność trzeba karmić stopniowo: najpierw plotka, potem szczegół, potem dowód – tak działa ciekawość. Jeśli dasz im cały posiłek od razu, szybko odejdą od stołu. — Przesunął palcem po ekranie. — Jutro dostaniesz ode mnie nowe informacje, jeszcze ciekawsze. Uwierz mi, będziesz miał z tego niemały zysk.
W tym momencie na ekranie pojawiło się drugie połączenie: Beyza. Nusret spojrzał na imię córki i uśmiechnął się inaczej – chłodniej. — Przepraszam, muszę kończyć — powiedział krótko. — Czekaj na mój sygnał. — Rozłączył się i natychmiast odebrał kolejne połączenie. — Tak, Beyzo?
Po drugiej stronie zapadła chwila ciszy. — Tato… — głos Beyzy był napięty. — Naprawdę nie sądziłam, że to zrobisz.
Nusret odchylił się wygodniej. — Czego dokładnie nie sądziłaś? Że posunę się aż tak daleko? — W rezydencji panuje chaos, Cihan jest osaczony z każdej strony. Dziennikarze są wszędzie, Mukadder prawie straciła panowanie nad sobą. Hanser… — Hanser? — przerwał her jej Nusret z lekkim zainteresowaniem. — Co z nią?
Beyza zawahała się. — Nie reaguje tak, jak powinna. Nusret zmrużył oczy. — To znaczy? — Jest spokojna… zbyt spokojna. Dziś próbowałam… — urwała. — Viem, co próbowałaś — powiedział bez emocji. — I nie uwierzyła. Powiedziała, że tow gra.
Nusret przez moment milczał, a potem parsknął cicho. — Sprytniejsza, niż wygląda. — Tow nie jest zabawne! — Nie powiedziałem, że jest. Powiedziałem tylko, że trzeba będzie użyć silniejszych środków.
Beyza ściszyła głos. — Ale tym vezes uderzyłeś też we mnie. Vszyscy nazywają mnie jego kochanką! Zniszczyłeś mnie, żeby uderzyć w niego!
Na moment zapadła cisza. — Tow było konieczne — odpowiedział chłodno Nusret. — Cihan tow dumny mężczyna, żyje reputacją. Jeśli chce her jej ocalić, będzie musiał wziąć cię za rękę i postawić przy sobie. — A jeśli tego nie zrobi? — Zrobi. — Skąd ta pewność? — Bo mężczyźni tacy jak on mogą znieść cierpienie, mogą znieść zdradę, stratę, nawet samotność… ale nie zniosą upokorzenia przed światem. Jeśli opinia publiczna zacznie widzieć v nim człowieka bez honoru, zrobi wszystko, by odzyskać kontrolę.
Beyza oddychała ciężko. — Co teraz? Jaki jest kolejny ruch? — Nie martw się, bądź gotowa — dokończył za nią Nusret. — Jutro po ciebie przyjadę. — Po mnie? Dokąd? — Tam, gdzie trzeba będzie cię zobaczyć; tam, gdzie Cihan poczuje, że traci ostatni wpływ na wydarzenia. Tato, posłuchaj mnie uważnie… — Beyzo, od tej chwili nie wolno ci działać samej: żadnych scen bez uzgodnienia, żadnych improwizacji. Hanser zaczyna czytać twoje ruchy – tow znaczy, że must przestać grać rozpacz i zacząć grać godność. — Godność? — Tak. Skrzywdzona kobieta wzbudza litość, ale skrzywdzona kobieta, która milczy z uniesioną głową, wzbudza presję. Ludzie sami zaczną pytać, dlaczego Cihan nie robi tego, co powinien.
Beyza milczała długo. — A jeśli skrzywdzę dziecko tym wszystkim? — zapytała nagle ciszej.
Nusret nie odpowiedział od razu. — Dziecko będzie miało nazwisko — powiedział v końcu. — A nazwisko tow ochrona. Vszystko inne jest tylko drogą do celu.
Beyza zamknęła oczy. Przez chwilę wyglądała, jakby chciała zaprotestować, ale nie zrobiła tego. — Bądź gotowa — powtórzył Nusret. — Huragan dopiero nadciąga. — Rozłączył się. Na jego twarzy pojawił się cień triumfu – gra dopiero się zaczynała.
Oblężona twierdza i zakazy Cihana.
Następnego dnia rezydencja, zwykle spokojna i odcięta od świata, przypominała oblężoną twierdzę. Za wysoką bramą kłębił się tłum dziennikarzy – kamery błyszczały v porannym świetle, mikrofony uniosły się nad głowami, a obiektywy aparatów skierowane były na każdy ruch, każdy uchylony fragment zasłony, każdy cień przesuwający się za oknem. Ochrona stała przy wejściu jak mur, ale nawet mur miał swoje granice. Krzyki reporterów przebijały się przez zamknięte okna. — Panie Cianie! Czy to prawda, że mieszka pan z żoną i drugą kobietą? Czy rodzina wiedziała o ciąży? Czy planuje pan rozwód? Kim naprawdę jest Beyza?
Wewnątrz domu każde takie pytanie odbijało się echem, choć niki nie chciał przyznać, że je słyszy. Melih wszedł do holu szybkim krokiem. Był zdyszany, zdenerwowany, a jego twarz wyrażała napięcie człowieka, który widział sytuację z bliska i rozumiał, że może wymknąć się spod kontroli. W holu stali już Cihan i Nusret. Cihan miał twarz kamienną, ale jego zaciśnięta szczęka zdradzała gniew. Nusret stał nieco z boku, z rękami splecionymi na piersi – wyglądał na zaniepokojonego tylko na tyle, na ile wymagała rola. — Panie Cianie — zaczął Melih, próbując złapać oddech. — Kiedy rano odwoziłem Mine do szkoły, przed bramą nie było nikogo, ale teraz… — zawahał się i pokręcił głową. — …teraz roi się tam od ludzi: dziennikarze, kamery, fotografowie… Nagrywają rezydencję, obserwują każdy ruch, rejestrują, kto wchodzi i wychodzi. Jeden próbował nawet podejść od strony ogrodu.
Cihan zacisnął pięść. — Tylko tego brakowało — syknął pod nosem.
Nusret westchnął, udając ciężar sytuacji. — Oni tak łatwo nie odpuszczą — stwierdził spokojnie. — Takie historie karmią ich przez wiele dni.
Cihan spojrzał na niego ostro. — Nie potrzebuję komentarza, Nusrecie.
Nusret uniósł dłonie v geście niewinności. — Chciałem tylko powiedzieć, że trzeba zachować rozsądek.
W tej samej chwili drzwi wejściowe otworzyły się ponownie – do środka wszedł Engin, wyraźnie zdenerwowany, poprawiając marynarkę. Wyglądał jak mężczyna, który przez ostatnie godziny odbierał telefony jeden po drugim i na żaden nie miał dobrej odpowiedzi. — Na zewnątrz jest chaos — powiedział, zerkając po zebranych. — Ledwo udało mi się tu dostać: reporterzy są wszędzie, pytania, kamery, przepychanki… — Viemy — przerwał mu Cihan chłodno. — Melih właśnie nas uprzedził.
Melih potarł brodę, spoglądając v stronę drzwi. — Jeśli chcesz, mogę ich stamtąd przepędzić — zaproponował stanowczo. — Vystarczy jedno słowo. — Nawet o tym nie myśl! — uciął natychmiast Engin. — To tylko pogorszy sytuację. W oczach opinii publicznej będzie to wyglądało jak przyznanie się do winy albo jak próba zastraszenia mediów. — A mamy stać i pozwalać, żeby robili z nas widowisko? — zapytał Melih. — Na razie tak — odpowiedział Engin. — Bo każda gwałtowna reakcja stanie się nowym nagłówkiem.
Cihan skinął głową, choć wyraźnie z trudem panował nad emocjami. — Engin ma rację, nie możemy dolewać oliwy do ognia, już i tak jest wystarczająco źle.
Engin przeszedł do konkretów. — Złożyliśmy pozwy przeciwko portalom, które opublikowały te materiały. Nasi prawnicy wystąpili też o natychmiastowe usunięcie treści naruszających prywatność. Powinny zostać zdjęte v ciągu kilku dni, może szybciej, jeśli sąd zareaguje sprawnie. Ale do tego czasu musimy działać ostrożnie. — Spojrzał znacząco na wszystkich. — Niki z domowników nie może rozmawiać z mediami: żadnych komentarzy, żadnych zdjęć, żadnych słów wypowiedzianych przez przypadek. Nawet jedno zdanie może zostać wyrwane z kontekstu. — Porozmawiam z nimi — powiedział Cihan tonem nieznoszącym sprzeciwu. — Muszą zrozumieć, że każdy błąd może nas drogo kosztować. — Spojrzał na Meliha. — Melichu, zbierz wszystkich v salonie.
Melih skinął głową i ruszył v głąb rezynencji.
Zasunięte zasłony i dom-klatka.
Kilka minut później v salonie zgromadzili się domownicy. Mukadder usiadła sztywno v fotelu, Beyza zajęła miejsce obok niej – blada i milcząca. Hancer stała przy oknie, ale nie wyglądała na przestraszoną, raczej na kogoś, kto przyjął cios i teraz czeka na następny. Fadime stanęła z tyłu obok Gülsüm, której oczy niespokojnie przeskakiwały z twarzy na twarz. Sinem trzymała Mine za rękę, starając się osłonić dziewczynkę przed atmosferą, której dziecko nie powinno rozumieć, ale zawsze wyczuwa.
Cihan stanął pośrodku salonu. — Posłuchajcie mnie uważnie — zaczął. — Od tej chwili niki nie rozmawia z dziennikarzami, niki nie wychodzi przed bramę bez mojej zgody, niki nie odbiera nieznanych telefonów, niki nie odpowiada na wiadomości. Jeśli ktokolwiek was zaczepi, milczycie i natychmiast informujecie mnie albo Engina. Mukadder prychnęła cicho. — Czyli mamy się ukrywać we własnym domu? — Mamy przetrwać — odpowiedział Cihan.
Beyza podniosła wzrok. — A jak długo? — Tak długo, jak będzie trzeba. — Łatwo ci mówić — szepnęła. — Tow nie o tobie piszą najgorsze rzeczy.
Cihan spojrzał na nią. — Piszą o nas wszystkich.
Hancer odwróciła głowę v stronę okna – za firanką dostrzegła błysk flesza: koba próbował uchwycić cień za szybą. — Oni są bliżej, niż myślimy — powiedziała cicho.
Cihan podszedł do okna i gwałtonie zasunął zasłonę. W salonie zapadła ciężka cisza. Na zewnątrz rozległy się kolejne krzyki reporterów, a v środku każdy zrozumiał, że dom, który miał być schronieniem, właśnie stał się klatką.
Szepty w firmie i podejrzenie przecieku.
Do firmy dotarli szybkim, zdecydowanym krokiem. Cihan nie odezwał się ani słowem przez całą drogę: siedział na tylnym siedzeniu samochodu, patrząc przez przyciemnioną szybę na mijane ulice. Każdy motocykl za nimi wydawał mu się podejrzany, każdy przechodzień z telefonem wyglądał jak mężczyna gotowy nagrywać. Engin kilka razy próbował coś powiedzieć, ale za każdym razem rezygnował – wiedział, że gniew Cihana nie potrzebuje paliwa.
Już v recepcji dało się wyczuć zmianę: rozmowy milkły, gdy tylko przechodzili obok; pracownicy spuszczali wzrok zbyt późno; uśmiechy pojawiały się zbyt szybko, a szepty urwały się dokładnie wtedy, gdy Cihan zbliżał się na kilka kroków. Nie było v tym zwykłej ciekawości – było coś więcej: osąd. Cihan czuł tow na skórze jak zimny dotyk.
W gabinecie drzwi zamknęły się z głuchym trzaskiem, odcinając ich od szeptów korytarza. Przez moment mąż stał nieruchomo na środku pomieszczenia, potem przesunął dłonią po karku, jakby chciał strząsnąć z siebie napięcie. — Enginie — zaczął nisko. — Oni patrzą na mnie, jakbym był kimś obcym; jakbym był intruzem we własnej firmie. — Odwrócił się gwałtonie. — Jak mamy się pozbyć tego oszczerstwa?
Engin westchnął cicho, opierając się o krawędź biurka. — Robię wszystko, co mogę, ale plotek nie da się zatrzymać jednym ruchem. Tow nie jest zwykły artykuł, który można usunąć i zapomnieć, tow już żyje własnym życiem: ludzie robią zrzuty ekranu, udostępniają, komentują… Nawet jeśli zniknie źródło, kopie zostaną.
Cihan zacisnął zęby. — Koba tow zaplanował. — Tak — przyznał Engin — i zrobił tow bardzo dobrze. — Podszedł do biurka i rozłożył kilka wydrukowanych stron. — Rozwód, akt małżeństwa, informacje o domu, o Beyzie, o Hancer… Vszystko pojawiło się zbyt precyzyjnie. Tow nie przypadek. Ten dziennikarz musi mieć dostęp do źródła, i tow blisko ciebie. — Zawahał się, po czym dodał ciszej: — Koba z firmy albo koba z rodziny, inaczej nie zdobyłby tylu szczegółów.
Cihan ciężko opadł na fotel za biurkiem – skóra skrzypnęła pod jego ciężarem. Patrzył v pustkę, jakby próbował poukładać chaos, który wymknął się spod kontroli. — Do diabła! — warknął. — Teraz wszyscy wiedzą wszystko, nie zostało nic, co można by ukryć.
Engin pokręcił głową, jego spojrzenie było poważne, niemal ostrzegawcze. — Obawiam się, że tow dopiero początek.
Cihan uniósł wzrok, v jego oczach pojawił się błysk gniewu. — Co jeszcze mogą wyciągnąć? Co jeszcze zostało?
Engin milczał przez sekundę za długo. Cihan natychmiast tow zauważył. — Mów!
Engin podszedł bliżej i ściszył głos. — Jest jeszcze jedna rzecz, o wiele poważniejsza. — Krótka pauza. — Ciąża Beyzy.
Słowa zawisły w powietrzu jak ciężki kamień. Przez chwilę Cihan nawet się nie poruszył, potem poderwał się gwałtonie z miejsca – krzesło zaskrzypiało, odsuwając się z impetem. — Niki… — wycedził przez zaciśnięte zęby. — Niki nie ma prawa się o tym dowiedzieć, rozumiesz?
Engin zachował spokój, choć wiedział, że stoi przed człowiekiem na granicy wybuchu. — Vłaśnie dlatego mówię ci o tym teraz. — Moje dziecko nie będzie częścią tego cyrku! — powiedział Cihan, a jego głos był niski, groźny. — Nie pozwolę, żeby obcy ludzie dyskutowali o nim przy śniadaniu, v taksówkach, v biurach, v komentarzach pod artykułami. Nie pozwolę, żeby ktokolwiek zrobił z niego narzędzie nacisku! — Podszedł bliżej Engina. — Zrób wszystko, żeby to zatrzymać.
Engin wypuścił powoli powietrze. — Spróbuję, ale must zrozumieć, że jeśli źródło jest blisko nas, tow nie wystarczy walczyć z mediami – musimy znaleźć człowieka, który im to podaje.
Cihan zamilkł. W jego głowie pojawiały się twarze: pracownicy, domownicy, ludzie, którym ufał, ludzie, którym nie ufał… Każdy z nich mógł być winny. Każdy mógł sprzedać fragment jego życia za pieniądze, zemstę albo władzę. — Znajdź go — powiedział v końcu. — Znajdź go, Enginie, zanim on znajdzie następny sekret.
Engin skinął głową. Wiedział, że tow polecenie brzmi prosto tylko na pierwszy rzut oka – v rzeczywistości było prawie niemożliwe. But v tej chwili żaden z nich nie wiedział jeszcze, że największe zagrożenie nie stoi za bramą z kamerą v dłoni, nie siedzi v redakcji, nie szepcze na korytarzu firmy. Największe zagrożenie uśmiechało się spokojnie v cieniu – przekonane, że wszyscy inni poruszają się dokładnie tak, jak zaplanowało. A nad rodziną Develioglu dopiero zaczynały zbierać się chmury prawdziwej burzy.
Czy to stanowcze ostrzeżenie Cihana powstrzyma medialny wyciek informacji o ciąży Beyzy, a Engin zdoła zdemaskować Nusreta jako autora intrygi, zanim reputacja rodziny zostanie bezpowrotnie zniszczona?