“Czy może przez zazdrość i gniew niesprawiedliwie osądziła niewinną kobietę? I co zrobi Melih, gdy dowie się, że ukochana publicznie upokorzyła osobę, której tak bardzo ufał?

Policzek, który zniszczył ostatnią nadzieję Hancer.

Drzwi niewielkiego domu otworzyły się powoli, wydając z siebie cichy, przeciągły skrzyp. Pierwszy na ganek wyszedł Cihan. Jego twarz była napięta, a między brwiami pojawiła się głęboka zmarszczka, której nie potrafił ukryć nawet wtedy, gdy próbował zachować pozorny spokój. Zatrzymał się na chwilę, jakby chciał zaczerpnąć powietrza po rozmowie, która odbyła się wewnątrz.

Zanim pojawiła się Hancer, kobieta poruszała się wolno, niemal niepewnie. Jej twarz była blada, oczy zaczerwienione, a dłonie drżały, gdy poprawiała poły płaszcza. Wyglądała tak, jakby za drzwiami tego domu zostawiła ostatnią część swojej siły. Nie podnosiła wzroku. Patrzyła pod nogi, wpatrując się w kamienne stopnie, jak gdyby bała się, że jedno niewłaściwe spojrzenie wystarczy, by wszystko, co jeszcze w sobie powstrzymywała, nagle się rozpadło.

Cihan odwrócił się w jej stronę. Przez kilka sekund przyglądał jej się w milczeniu. W jego oczach było coś więcej niż chłód. Była w nich troska, której nie chciał nazwać. Było też poczucie winy, ukryte głęboko pod warstwą surowości i dumy.

— Hancer…

Kobieta uniosła głowę, ale nie odpowiedziała. Cihan zrobił krok w jej stronę. Wydawało się, że za chwilę powie coś ważnego. Może wyciągnie rękę, może zapyta, czy da sobie radę. Jednak zatrzymał się w połowie ruchu. Jego palce zacisnęły się przy boku, jakby sam sobie zabronił okazywać więcej.

— Weź się w garść, dojdź do siebie — powiedział cicho, lecz stanowczo.

Hancer patrzyła na niego ze smutkiem. Te słowa miały ją podtrzymać, ale zabrzmiały jak rozkaz. Cihan nie potrafił inaczej. Nawet gdy chciał kogoś ocalić, używał tonu człowieka, który wydaje polecenia. Nawet gdy się martwił, chował uczucia za chłodnym spojrzeniem.

— Jak mam dojść do siebie?… — wyszeptała Hancer. — Po tym wszystkim?…

Cihan odwrócił wzrok:

— Nie możesz pozwolić, żeby każdy kolejny problem cię łamał.
— To nie są kolejne problemy, Cihan. To jest moje życie.

Mężczyzna zacisnął szczękę. Te słowa dotknęły go bardziej, niż chciał pokazać:

— Wiem.
— Nie — Hancer pokręciła głową. — Gdybyś wiedział, nie zostawiałbyś mnie zawsze samej wtedy, kiedy najbardziej cię potrzebuję.

Między nimi zapadła ciężka cisza. Cihan spojrzał na nią ponownie. Przez moment w jego oczach pojawił się ból. Mógł zostać, mógł powiedzieć, że nie zamierza odchodzić. Mógł zrobić coś tak prostego, jak położyć dłoń na jej ramieniu. Zamiast tego cofnął się o krok:

— Muszę jechać.

Hancer opuściła głowę:

— Oczywiście… Jedź, Cihan. Przecież zawsze musisz gdzieś jechać.

W jej głosie nie było gniewu. Było tylko zmęczenie, a ono bolało go jeszcze bardziej niż krzyk.

Cihan stał przez chwilę, nie wiedząc, czy powinien odejść. W końcu odwrócił się, ruszył w stronę zaparkowanego samochodu, lecz po kilku krokach zatrzymał się i spojrzał przez ramię. Hancer nadal stała na ganku — samotna, zgarbiona, zagubiona.

— Uważaj na siebie — powiedział.

Nie odpowiedziała. Cihan wsiadł do samochodu. Silnik ożył, a po kilku sekundach pojazd ruszył. Hancer śledziła go wzrokiem, dopóki nie zniknął za zakrętem. Dopiero wtedy pozwoliła sobie na głębszy oddech, oparła dłoń o drewnianą poręcz. Miała wrażenie, że nogi zaraz się pod nią ugną. W jej myślach mieszały się obrazy, słowa i pytania. Nie wiedziała już, komu może zaufać. Nie wiedziała, czy Cihan naprawdę chciał ją chronić, czy tylko kolejny raz próbował kontrolować jej życie.

— Dojdź do siebie! — powtórzyła gorzko. — Jakby to było takie proste…

Nie zauważyła, że od strony ulicy zbliżała się kobieta. Sinem szła szybkim krokiem. Miała na sobie długi, szary płaszcz oraz chustę szczelnie otulającą jej włosy. Z daleka wyglądała na spokojną, ale im bardziej zbliżała się do posesji, tym wyraźniej można było dostrzec napięcie w jej ruchach. Jej dłonie były zaciśnięte, oddech przyspieszony. Oczy wypełniał gniew, który narastał w niej od chwili, gdy zobaczyła Cihana wychodzącego z tego domu razem z Hancer.

Zatrzymała się na moment przy furtce. Widziała, jak Cihan patrzył na Hancer. Widziała jego troskę, widziała bliskość, której Hancer rzekomo już nie chciała. Każdy szczegół tej sceny układał się w umyśle Sinem w jedną bolesną odpowiedź: Ona mnie oszukała.

Hancer uniosła głowę dopiero wtedy, gdy usłyszała odgłos otwieranej furtki. Na widok Sinem jej twarz wyraźnie się zmieniła. Przez moment pojawiła się na niej ulga. Hancer pomyślała, że Sinem przyszła do niej, ponieważ dowiedziała się o problemach. Może chciała porozmawiać, może potrzebowała wsparcia, albo sama chciała je zaoferować.

— Siostro Sinem, co ty tutaj robisz? — odezwała się zaskoczona.

Sinem weszła na podwórze bez słowa. Jej spojrzenie było lodowate. Hancer zeszła o jeden stopień niżej:

— Czy coś się stało? — zapytała ostrożnie. — Dlaczego tak na mnie patrzysz?

Sinem stanęła naprzeciw niej. Przez kilka sekund milczała, jakby próbowała powstrzymać burzę szalejącą w jej wnętrzu. Jej usta drżały, ale nie z lęku — z gniewu:

— Pytasz, co ja tutaj robię? — powiedziała powoli.

Hancer zmarszczyła brwi:

— Tak, nie wiedziałam, że przyjdziesz.— Jeśli ktoś powinien odpowiedzieć na to pytanie, to właśnie ty — odparła Sinem chłodno.— Ja?— Co ty tutaj robisz, Hancer?— Nie rozumiem.

— Doskonale rozumiesz.

Hancer spojrzała na nią z rosnącym niepokojem:

— Sinem, proszę, powiedz mi, o co chodzi.
— Nie udawaj przede mną niewinnej! — Głos Sinem zabrzmiał tak ostro, że Hancer cofnęła się odruchowo.

Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, Sinem uniosła rękę. Głośny odgłos uderzenia przeciął ciszę panującą wokół domu. Głowa Hancer odskoczyła w bok. Przez moment świat jakby się zatrzymał. Hancer zastygła. Jej dłoń powoli powędrowała do rozgrzanego policzka. Nie potrafiła uwierzyć w to, co właśnie się wydarzyło. Patrzyła na Sinem szeroko otwartymi oczami. W jednej chwili pojawiły się w nich łzy, ale bardziej niż fizyczny ból raniła ją pogarda widoczna na twarzy kobiety, którą traktowała jak starszą siostrę.

— Siostro Sinem… — wyszeptała.— Dlaczego jeszcze pytasz, dlaczego? Co ja ci zrobiłam?— Mnie? — Sinem zaśmiała się gorzko. — Myślisz, że chodzi tylko o mnie? Skrzywdziłaś wszystkich. Oszukałaś mnie. Oszukałaś Meliha, oszukałaś Cihana. Cały czas grałaś przed nami rolę niewinnej, poświęcającej się kobiety!— Nie wiem, o czym mówisz.— Właśnie to robisz najlepiej! Patrzysz człowiekowi w oczy i kłamiesz!— Nie kłamię!

— Widziałam Cihana! — krzyknęła Sinem. — Widziałam, jak wychodził z tego domu razem z tobą! Widziałam, jak na ciebie patrzył!

Hancer wstrzymała oddech:

— To nie jest tak, jak myślisz…— Oczywiście, zawsze jest jakaś wymówka! Zawsze istnieje jakieś cudowne wyjaśnienie, dzięki któremu Hancer znowu okazuje się niewinna!— Cihan przyjechał tutaj z konkretnego powodu!— Nie interesuje mnie, jaki wymyśliłaś powód!

— Niczego nie wymyśliłam!

Sinem podeszła bliżej. Jej twarz znajdowała się zaledwie kilkadziesiąt centymetrów od twarzy Hancer:

— Tak bardzo ti współczułam… — powiedziała głosem przepełnionym rozczarowaniem. — Wiesz o tym? Broniłam cię nawet wtedy, gdy wszyscy wokół mieli cię za problem. Nawet wtedy, gdy sama nie rozumiałam twoich decyzji.

Hancer milczała, łzy spływały jej po policzkach.

— Myślałam, że jesteś odważna — kontynuowała Sinem. — Odeszłaś od męża, żeby nie skrzywdzić innej kobiety. Tak przynajmniej mówiłaś. Rozbiłaś własny dom, żeby nie rozpadła się rodzina niewinnego dziecka. Poświęciłaś swoje szczęście, swoją miłość i przyszłość. Tak wyglądała twoja piękna historia, prawda?— To była prawda…— Nie nazywaj tego prawdą!— Sinem, ja naprawdę…

— A teraz okazuje się, jak wielką jesteś kłamczuchą! — krzyknęła Sinem. — Pod tą niewinną powierzchownością, pod tymi łzami i spuszczonym wzrokiem kryje się ktoś zupełnie inny. Kryje się diabeł.

Hancer cofnęła się, jakby te słowa uderzyły ją mocniej niż policzek:

— Nie mów tak.— Dlaczego? Boli cię prawda?— To nie jest prawda!— Zrobiłaś z Meliha swoją zasłonę dymną! — Sinem wskazała na nią oskarżycielsko palcem. — Wykorzystałaś jego dobre serce. Wiedziałaś, że będzie cię bronił. Wiedziałaś, że stanie przed Cihanem i powie wszystkim, że jest przy tobie. Pozwoliłaś mu udawać człowieka, który cię kocha, podczas gdy sama w tajemnicy spotykałaś się z Cihanem!— Nigdy nie prosiłam Meliha, żeby cokolwiek udawał!

— Więc dlaczego powiedział mi, że między wami jest miłość?!

Hancer zamarła:

— Co?— Słyszałaś! Melih spojrzał mi prosto w oczy i powiedział, że między wami jest zaufanie, szacunek i miłość! Wszystko, co powinno być w prawdziwym związku!— On powiedział coś takiego?…— Nie udawaj zaskoczonej!— Sinem… Melih jest moim przyjacielem! Jest człowiekiem, który pomógł mi wtedy, gdy nie miałam nikogo! Ale między nami nie ma…— Dosyć! — Sinem przecięła jej zdanie gwałtownym gestem dłoni. — Nie chcę słuchać kolejnych kłamstw. Nie chcę słuchać, że nie rozumiem, że wszystko źle zobaczyłam, albo że świat znowu uwziął się na biedną Hancer!— Nie gram ofiary!

— Całe twoje życie jest jedną wielką rolą!

Hancer otarła łzy wierzchem dłoni:

— Gdybym naprawdę chciała odzyskać Cihana, nie odchodziłabym od niego, nie podpisywałabym dokumentów, nie pozwoliłabym mu zbudować nowego życia!— Ale właśnie dlatego to zrobiłaś! — odpowiedziała Sinem. — Odeszłaś, żeby zaczął za tobą tęsknić! Chciałaś, żeby zobaczył, jaka jesteś szlachetna! Chciałaś znowu zyskać na wartości w jego oczach!— To absurd!— Naprawdę? — Sinem zaśmiała się z niedowierzaniem. — Po co więc była ta cała hańba? Po co ludzie mieli mówić o tobie i Melihu? Po co pozwoliłaś mu występować w roli mężczyzny, który jest obok ciebie? Żeby Cihan był zazdrosny?!— Nigdy nie chciałam wzbudzać jego zazdrości!

— A jednak zadziałało! Brawo, Hancer! Udało ti się! Cihan znowu krąży wokół ciebie! Znowu patrzy na ciebie tak, jakby na świecie nie było żadnej innej kobiety!

Hancer ścisnęła poręcz, próbując odzyskać równowagę:

— Nie masz pojęcia, co wydarzyło się w tym domu.— Nie muszę wiedzieć wszystkiego. Wystarczy mi to, co zobaczyłam.— Widzisz tylko fragment!— Fragment czasem mówi więcej niż tysiąc twoich wyjaśnień. Siostro Sinem, nie zrobiłam czegoś takiego. Oskarżasz mnie o coś, czego nie popełniłam!— Wystarczy! — Sinem uniosła rękę, ale tym razem nie uderzyła. — Zostaw tę grę w niewinną, Hancer. Nie jestem Cihanem, żeby topnieć za każdym razem, gdy zobaczę łzy w twoich oczach.— Te łzy nie są grą!

— Dla mnie już wszystko jest grą!

Hancer zeszła ze stopnia. Chciała podejść do Sinem, ale tamta natychmiast się cofnęła:

— Nie zbliżaj się do mnie.— Proszę, pozwól mi wyjaśnić!— Nie chcę twoich wyjaśnień!— Cihan przyjechał, ponieważ martwił się o mnie, to wszystko!— Właśnie to jest problemem! Dlaczego ma się o ciebie martwić?! Dlaczego to ty wciąż jesteś osobą, do której biegnie?! Dlaczego w jego życiu nieustannie zajmujesz miejsce, z którego rzekomo zrezygnowałaś?!— Nie kontroluję jego decyzji!— Ale doskonale wiesz, jak na niego działać!— Nie chciałam, żeby tutaj przyjeżdżał!— A jednak nie kazałaś mu odejść!— Nie wiesz, jak wyglądała nasza rozmowa!

— Nie muszę! Widziałam was wychodzących razem! Widziałam troskę na jego twarzy! Tak nie patrzy się na kobietę, która jest tylko przeszłością!

Hancer przełknęła ślinę. Te słowa zabolały ją również dlatego, że w głębi duszy sama dostrzegła to spojrzenie. Wiedziała, że między nią a Cihanem nadal istniała więź, której żaden rozwód, żadna nowa przysięga i żaden dokument nie potrafiły przeciąć. Nie oznaczało to jednak, że próbowała go odzyskać:

— Nie wybrałam tego uczucia — powiedziała cicho. — Nie wybrałam tego, że pomimo wszystkiego część mnie nadal…

Sinem spojrzała na nią z odrazą:

— Nadal go kochasz.

Hancer opuściła wzrok:

— Nie powiedziałam tego.— Nie musialaś.— Miłość nie zawsze oznacza, że człowiek chce zniszczyć czyjeś życie.— Ale ty niszczysz je bez względu na to, czego chcesz!— Starałam się odejść!

— Za mało się starałaś!

Hancer spojrzała na nią z bólem:

— Co jeszcze miałam zrobić?! Zniknąć?! Przestać istnieć, wyjechać tak daleko, żeby nikt nie musiał już pamiętać, że kiedyś byłam żoną Cihana?!
— Może właśnie to byłoby najlepsze.

Słowa Sinem zabrzmiały spokojnie, lecz ich ciężar niemal zmiażdżył Hancer. Kobieta spojrzała na nią w milczeniu. Przez chwilę wydawało się, że nawet łzy przestały płynąć:

— Naprawdę tak myślisz?

Sinem nie odpowiedziała od razu. Gniew nadal przesłaniał jej rozsądek. Widziała przed sobą nieprzyjaciółkę — kobietę, którą obwiniała za cierpienie Meliha, za komplikacje w życiu Cihana i za własne rozczarowanie:

— Myślę, że powinnaś przestać udawać kogoś, kim nie jesteś.— Nigdy cię nie okłamałam.— Okłamałaś mnie samym milczeniem.— O czym miałam ci powiedzieć?— O tym, że wykorzystujesz Meliha!— Nie wykorzystuję go!

— Więc powiedz mi prawdę: kochasz go?

Hancer otworzyła usta, ale nie odpowiedziała. Sinem natychmiast uznała jej milczenie za potwierdzenie:

— Właśnie! Nie kochasz go!— Kocham go jak przyjaciela, jak człowieka, który stał się częścią mojej rodziny!— A pozwalasz mu wierzyć, że może dostać coś więcej!— Nigdy mu tego nie obiecałam!— Ale też nie zatrzymałaś go, kiedy zaczął budować sobie nadzieję!— Nie wiedziałam, że tak to rozumie.

— Ty zawsze niczego nie wiesz! Nie wiesz, co czuje Melih! Nie wiesz, co czuje Cihan! Nie wiesz, ile osób cierpi przez ciebie! Ale dziwnym trafem to zawsze ty wychodzisz z każdej sytuacji jako najbardziej pokrzywdzona!

Hancer chwyciła się za pierś, jakby zabrakło jej powietrza:

— Proszę, nie myśl o mnie w ten sposób…— Nie mów mi, co mam myśleć!— To nie jest tak, jak sądzisz!— Wierzę w to, co widziałam!— Oczy potrafią kłamać, kiedy człowiek patrzy przez gniew!

— A twoje usta kłamią nawet wtedy, gdy mówisz spokojnie! Sinem, nigdy więcej mnie nie oszukasz!

Hancer wyciągnęła do niej dłoń:

— Proszę… Znamy się nie od dziś. Przeżyłyśmy razem tyle trudnych chwil. Czy naprawdę jedno spojrzenie wystarczy, żebyś przekreśliła wszystko, co o mnie wiesz?

Sinem spojrzała na wyciągniętą dłoń, ale jej nie przyjęła:

— Nie wiem już, kim jesteś.— Jestem tą samą Hancer!— Nie. Tamta Hancer potrafiła poświęcić siebie, żeby nie skrzywdzić innych. Ta, którą widzę przed sobą, myśli tylko o tym, żeby Cihan znowu spojrzał w jej stronę!— To niesprawiedliwe!

— Świat nie musi być wobec ciebie sprawiedliwy.

Hancer drżała coraz mocniej. Policzek nadal ją piekł, ale ból fizyczny stawał się nieistotny wobec tego, co słyszała:

— Nie chciałam skrzywdzić ani ciebie, ani Meliha.— A jednak to zrobiłaś.— Porozmawiam z nim…— Zostaw go w spokoju!— Muszę wyjaśnić, dlaczego powiedział ci takie rzeczy!

— Nie waż się! Nie chcę, żebyś znowu owijała go sobie wokół palca! Melih nie jest dzieckiem! Jest dobrym człowiekiem, a dobrzy ludzie są najbardziej bezbronni wobec kobiet takich jak ty!

Hancer pobladła:

— Kobiet takich jak ja?…— Takich, które potrafią zamienić własną słabość w broń!— Nigdy nie użyłam swoich łez przeciwko nikomu!

— Wstydź się, Hancer!

Sinem wypowiedziała te słowa cicho, ale to właśnie ich spokój sprawił, że zabrzmiały tak okrutnie. Hancer patrzyła na nią bezradnie:

— Siostro Sinem…
— Nie nazywaj mnie siostrą.

Kobieta odwróciła się, chcąc odejść. Hancer zrobiła za nią krok:

— Zaczekaj!

Sinem zatrzymała się, ale nie spojrzała za siebie:

— Proszę, nie odchodź w gniewie. Nie zostawiaj tego w taki sposób!— Ty zostawiłaś o wiele więcej rzeczy bez wyjaśnienia.— Daj mi tylko chwilę…

— Nie jesteś kimś, o kim warto dłużej myśleć.

Hancer znieruchomiała. Sinem odwróciła głowę. Jej oczy były pełne gniewu, ale gdzieś pod nim krył się również zawód i żal:

— Myliłam się co do ciebie — powiedziała. — I tego najbardziej nie potrafię sobie wybaczyć.

Następnie wyszła przez furtkę.

Hancer została na ganku sama. Patrzyła za odchodzącą Sinem, dopóki jej sylwetka nie zniknęła za murem. Dopiero wtedy nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Usiadła na najniższym stopniu i zasłoniła twarz dłońmi. Z jej piersi wydobył się urywany szloch:

— Nie jestem taka… — wyszeptała. — Naprawdę nie jestem taka…

Nikt jej jednak nie słyszał. Wiatr poruszył gałęziami pobliskich drzew. W oddali zaszczekał pies. Zwyczajne dźwięki osiedla trwały dalej, jakby przed chwilą nie wydarzyło się nic ważnego, jakby jedno uderzenie i kilka zdań nie wystarczyły, by roztrzaskać więź budowaną przez miesiące.

Hancer dotknęła obolałego policzka. W jej głowie powracały słowa Sinem: Kłamczucha, diabeł, wykorzystałaś Meliha, nie jesteś kimś, o kim warto myśleć. Każde z nich wbijało się w nią niczym ostrze.

Przez chwilę pomyślała o Cihanie. Gdyby został minutę dłużej, zobaczyłby całą scenę. Może powstrzymałby Sinem, może stanąłby w jej obronie, może jednak jego obecność tylko pogorszyłaby sytuację.

— Dlaczego zawsze odchodzisz chwilę za wcześnie?… — wyszeptała.

Tymczasem Sinem schodziła ulicą prowadzącą ze wzgórza. Szła szybko, choć nie wiedziała dokąd. Jej oddech był nierówny, a serce uderzało gwałtownie. W pierwszej chwili czuła satysfakcję, że wreszcie powiedziała Hancer wszystko, co w niej narastało. Jednak z każdym kolejnym krokiem satysfakcja ustępowała miejsca niepokojowi.

Spojrzała na własną dłoń. To nią uderzyła Hancer. Palce nadal lekko drżały.

— Zasłużyła na to — powiedziała sama do siebie. — Nie mogła dalej wszystkich oszukiwać.

Mimo tych słów przed oczami wciąż miała zszokowaną twarz Hancer, jej rozszerzone źrenice, łzy, pytanie wypowiedziane drżącym głosem: Dlaczego?

Sinem przyspieszyła. Nie chciała rozmyślać o policzku. Wolała skupić się na tym, co widziała: na Cihanie wychodzącym z domu, na jego spojrzeniu, na Hancer stojącej obok niego jak kobieta, która nadal zajmowała szczególne miejsce w jego życiu. A potem przypomniała sobie Meliha.

Wspomnienie pojawiło się nagle i z całą wyrazistością. Kilka dni wcześniej siedzieli razem w jego samochodzie. Za szybami przesuwały się światła miasta. Sinem miała na sobie niebieską chustkę, a jej twarz już wtedy zdradzała niepokój. Melih trzymał dłonie na kierownicy, patrzył przed siebie, unikając jej wzroku.

— Melih, zatrzymaj samochód — powiedziała.— Dlaczego?

— Zatrzymaj się, musimy porozmawiać.

Mężczyzna westchnął, ale zjechał na pobocze. Wyłączył silnik. W samochodzie zapanowała cisza. Sinem odwróciła się w jego stronę:

— Chcę, żebyś powiedział mi prawdę.— Zawsze mówię ci prawdę.

— Nie, mówisz mi tylko tyle, ile sam uznajesz za bezpieczne.

Melih zmarszczył brwi:

— O co chodzi?
— O Hancer.

Na dźwięk jej imienia jego wyraz twarzy natychmiast się zmienił. Sinem zauważyła to:

— Widzisz — powiedziała. — Wystarczy wypowiedzieć jej imię, a ty od razu stajesz się nerwowy.— Nie jestem nerwowy.

— Więc spójrz mi w oczy.

Melih odwrócił głowę:

— Patrzę. Co tak naprawdę jest między tobą a Hancer?— Już o tym rozmawialiśmy.— Nie, to ty mówiłeś, a ja miałam przyjąć każdą twoją odpowiedź bez zadawania pytań. Tym razem chcę poznać prawdę.— A jaka odpowiedź cię zadowoli?

— Prawdziwa.

Melih oparł głowę o zagłówek:

— Hancer jest dla mnie ważna.— Jak bardzo?— Bardzo.

— Kochasz ją?

Mężczyzna milczał. Sinem poczuła, jak w jej gardle zaciska się niewidzialna pętla:

— Odpowiedz! Dlaczego tak bardzo ci na tym zależy?— Ponieważ nie mogę zrozumieć, dlaczego za każdym razem biegniesz jej na pomoc! Bronisz jej przed Cihanem, bronisz przed rodziną, ryzykujesz dla niej własne bezpieczeństwo! Stawiasz jej problemy ponad wszystkim!— Ponieważ nie ma wielu ludzi, którym może zaufać.— A ty chcesz być jednym z nich?— Już nim jestem.

— To przyjaźń?

Melih spojrzał przez przednią szybę:

— Zaufania nie zawsze trzeba zamykać w jednej nazwie.— Nie odpowiadasz.— Może dlatego, że nie ma prostej odpowiedzi.— Jest! Albo jesteście przyjaciółmi, albo jest między wami coś więcej!— Świat nie jest taki prosty, Sinem.

— Dla człowieka, który mówi prawdę, powinien być prosty.

Melih zacisnął dłonie na kierownicy:

— Dobrze, chcesz prawdy? Powiem ci.

Sinem patrzyła na niego bez mrugnięcia.

— Jest między nami zaufanie — powiedział Melih. — Jest szacunek, jest troska, jest też miłość.

Serce Sinem zabiło mocniej:

— Miłość?…— Tak.

— Jaka miłość?

Melih spojrzał na nią:

— Taka, która nie pyta, co można dostać w zamian. Taka, która sprawia, że martwisz się o drugiego człowieka. Taka, która każe ci być obok, kiedy wszyscy inni odchodzą.— Mówisz o niej jako o kobiecie, z którą chcesz żyć.— Mówię o uczuciu, które jest prawdziwe.

— Czy Hancer czuje to samo?

Melih zawahał się:

— Między nami jest wszystko, co powinno być w prawdziwym związku.— To nie jest odpowiedź!— Zaufanie, miłość i szacunek — czy nie na tym powinien opierać się związek?— Pytam, czy ona cię kocha!— Hancer przeszła zbyt wiele, żeby teraz zmuszać ją do nazywania swoich uczuć.— Czyli nie powiedziała, że cię kocha.

— Nie musi.

Sinem odsunęła się od niego:

— Melih, posłuchaj siebie. Budujesz całą przyszłość na czymś, czego ona nigdy ci nie obiecała!— Nie buduję żadnej przyszłości.

— Właśnie to robisz! Bronisz jej tak, jakby była twoją żoną! Mówisz o niej jako o swojej ukochanej, a ona może nadal kochać Cihana!

Melih spojrzał na nią ostro:

— Nie masz prawa jej osądzać.— Nie osądzam, próbuję cię ochronić!— Nie potrzebuję ochrony.— Każdy jej potrzebuje, kiedy jest zakochany! Sinem, boję się, że pewnego dnia Cihan wyciągnie do niej rękę, a ona pójdzie za nim bez oglądania się na ciebie.— Nie znasz Hancer.

— A ty znasz ją aż za dobrze, czy tylko tak ci się wydaje?!

Melih milczał.

— Odpowiedz mi na jedno pytanie — powiedziała Sinem. — Gdyby dziś Cihan poprosił ją, żeby do niego wróciła, kogo wybrałaby Hancer?— To nie ma znaczenia.— Ma ogromne znaczenie! Cihan ma inne życie, Hancer również próbuje sobie zbudować.

— Z tobą?

Melih nie odpowiedział. Sinem pokręciła głową:

— Właśnie tego się boję. Ty już jesteś gotowy oddać jej wszystko, a ona nadal nie wie, czy w jej sercu jest dla ciebie miejsce.

Wspomnienie zniknęło. Sinem ponownie znalazła się na pustej drodze. Zatrzymała się i spojrzała w stronę wzgórza, choć dom Hancer nie był już widoczny. Słowa Meliha powracały w jej głowie z bolesną dokładnością: Jest między nami zaufanie, jest miłość. Wszystko, co powinno być w prawdziwym związku.

Sinem zacisnęła pięści:

— Jak możesz być tak ślepy, Melih?! — wyszeptała. Ruszyła dalej, ale po kilku krokach znów się zatrzymała: — To ma być miłość?! Ona spotyka się z Cihanem za twoimi plecami, a ty nazywasz to miłością?!

Wokół nie było nikogo, kto mógłby jej odpowiedzieć:

— To ma być zaufanie?! Ufasz kobiecie, która nie potrafi nawet przyznać, co czuje?!

Jej głos zadrżał. Nie była zła wyłącznie na Hancer. Była zła także na Meliha, ponieważ widziała w nim człowieka idącego prosto ku rozczarowaniu — człowieka, który był gotowy uwierzyć w każde milczenie Hancer, byle tylko nie dopuścić do siebie prawdy.

— Czy to jest to, co powinno być w związku?! — krzyknęła. — Jedna osoba daje wszystko, a druga tylko przyjmuje pomoc i czeka, aż dawny mąż znowu się pojawi?!

Sinem poczuła łzy pod powiekami, ale szybko je otarła:

— Nie pozwolę cię skrzywdzić — powiedziała, jakby Melih stał obok niej. — Nawet jeżeli będziesz mnie za to nienawidził, nawet jeżeli powiesz, że nie mam prawa się wtrącać.

Ruszyła przed siebie. Nie wiedziała jednak, że obraz, który zobaczyła przed domem, nie był całą prawdą. Nie wiedziała, dlaczego Cihan tam przyjechał. Nie słyszała rozmowy wewnątrz budynku. Nie widziała dystansu, który Hancer próbowała zachować. Nie wiedziała również, że słowa Meliha mogły mieć inne znaczenie, niż im przypisała. Dla niego miłość nie musiala oznaczać związku — mogła oznaczać oddanie, lojalność i bezwarunkową troskę. Melih mógł próbować ochronić Hancer przed kolejnymi plotkami, a nie tworzyć iluzje wspólnej przyszłości.

Sinem jednak nie była w stanie tego dostrzec. Gniew dał jej poczucie pewności, ułożył chaotyczne fragmenty w prostą historię: Hancer wykorzystała Meliha, by wzbudzić zazdrość Cihana, a teraz w tajemnicy odzyskiwała jego uczucia. Taka wersja bolała, ale przynajmniej wydawała się zrozumiała. Prawda była znacznie bardziej skomplikowana.

Na ganku Hancer nadal siedziała na kamiennym stopniu. Wyciągnęła telefon. Przez chwilę patrzyła na nazwisko Cihana widoczne na ekranie. Chciała zadzwonić i powiedzieć mu, co się stało. Chciała zapytać, dlaczego każda ich rozmowa prowadziła do kolejnego nieszczęścia. Nie nacisnęła jednak przycisku połączenia.

Następnie odnalazła numer Meliha. Jej palec zawisł nad ekranem. Między nami jest miłość. Dlaczego powiedział Sinem coś takiego? Czy naprawdę tak czuł? Czy Hancer, skupiona na własnym bólu, nie zauważyła, że Melih zaczął oczekiwać czegoś więcej?

Odłożyła telefon:

— Co ja zrobiłam?… — wyszeptała. Po chwili pokręciła głową: — Nie, nie mogę brać na siebie winy za rzeczy, których nie zrobiłam.

Próbowała być silna, zgodnie ze słowami Cihana: Dojdź do siebie. Ale jak miała to zrobić, skoro ludzie widzieli w niej kobietę, której sama nie rozpoznawała? Jak miała się bronić, skoro każde wyjaśnienie uznawano za kolejne kłamstwo?

Hancer podniosła się powoli. Spojrzała w stronę ulicy, którą odeszła Sinem:

— Kiedyś poznasz prawdę — powiedziała cicho. — Ale boję się, że wtedy będzie już za późno.

W tym samym czasie Sinem wyjęła telefon i odnalazła numer Meliha. Chciała zadzwonić, chciała powiedzieć mu, co widziała. Chciała ostrzec go, że kobieta, której ufał, nadal spotykała się z Cihanem. Nie nacisnęła jednak zielonej słuchawki. Zawahała się. Może Melih jej nie uwierzy, może stanie w obronie Hancer, może oskarży ją o zazdrość albo o próbę ingerowania w jego życie.

— Muszę mieć pewność — powiedziała, chowając telefon do kieszeni.

Jej decyzja już zapadła. Nie zamierzała pozostawić tej sprawy bez dalszego ciągu. Chciała dowiedzieć się, co naprawdę łączy Hancer z Cihanem i jak daleko zaszła ich tajemnica. Nie wiedziała, że rozpoczynając poszukiwanie dowodów przeciwko Hancer, sama może przyczynić się do znacznie większej tragedii. Jedno błędnie zinterpretowane spotkanie doprowadziło już do policzka. Kolejne nieporozumienie mogło zniszczyć miłość, przyjaźń i resztki zaufania między nimi wszystkimi.

Sinem szła dalej pustą ulicą, a w jej głowie wciąż rozbrzmiewało jedno pytanie: Jak możesz być tak ślepy, Melih?

Tymczasem daleko za nią Hancer stała przed domem z dłonią przyciśniętą do obolałego policzka. W jej myślach pojawiało się inne pytanie: Dlaczego nikt nie chce zobaczyć mnie taką, jaka naprawdę jestem?

Żadna z kobiet nie znała pełnej odpowiedzi. Obie cierpiały, obie wierzyły, że bronią czegoś ważnego. Hancer próbowała bronić swojej niewinności, podczas gdy Sinem była przekonana, że broni serca Meliha. Pomiędzy nimi stała jednak prawda, której żadna nie potrafiła jeszcze wypowiedzieć. A prawda, kiedy zbyt długo pozostaje ukryta, nie przynosi ulgi — zazwyczaj wybucha dokładnie wtedy, gdy nie można już naprawić wyrządzonych krzywd.”

Related Posts

Badania medyczne dowodzą, że biologiczna matką skradzionego dziecka jest Yonca, a Beyza sfałszowała całą ciążę. Beyza zostaje aresztowana i wyprowadzona przez funkcjonariuszy, a niemowlę wraca do rąk…

Cihan próbuje ripostować i zarzuca Melihowi czerpanie korzyści z obecności Hanser, lecz Hanser odcina się, wytykając Cihanowi jego milczenie w chwila, gdy matka oferowała jej pieniądze za…

Badania medyczne dowodzą, że biologiczna matką skradzionego dziecka jest Yonca, a Beyza sfałszowała całą ciążę. Beyza zostaje aresztowana i wyprowadzona przez funkcjonariuszy, a niemowlę wraca do rąk…

Cihan próbuje ripostować i zarzuca Melihowi czerpanie korzyści z obecności Hanser, lecz Hanser odcina się, wytykając Cihanowi jego milczenie w chwila, gdy matka oferowała jej pieniądze za…

Panna Młoda – Mukadder Poznaje Prawdę o Ciąży Hançer! Jej Reakcja Zaskakuje Wszystkich!

Tymczasem Melih nadal igra z ogniem. Nawet jeśli uważa, że działa w dobrej wierze, każdy jego kolejny krok tylko pogarsza sytuację. Popełnia błąd za błędem. Krzywdzi Sinem…

Panna Młoda – 😱 Mukadder Poznaje Prawdę o Ciąży Hançer! Jej Reakcja Zaskakuje Wszystkich!

Tymczasem Melih nadal igra z ogniem. Nawet jeśli uważa, że działa w dobrej wierze, każdy jego kolejny krok tylko pogarsza sytuację. Popełnia błąd za błędem. Krzywdzi Sinem…

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

You cannot copy content of this page