
Beyza traci kontrolę. Sekretne krople dla Mukadder mogą zniszczyć wszystkich.
W tej pełnej napięcia scenie cisza sypialni staje się bardziej przerażająca niż najgłośniejszy krzyk. Mukadder leży nieruchomo na łóżku, pogrążona w tajemniczym letargu, podczas gdy Beyza z zimną wściekłością obserwuje każdy ruch Gülsüm. Z pozoru zwykły moment podania wody szybko zamienia się w mroczne wyznanie pełne gniewu, żalu i ukrytych oskarżeń. Beyza nie potrafi już dłużej ukrywać swojej frustracji. Wybucha, obwiniając Mukadder za to, że przez obsesję na punkcie wnuka wciągnęła ją w sieć kłamstw, z której nie ma już prostego wyjścia. W jej słowach pojawia się także cień Hancer, kobiety, która według Beyzy odebrała jej spokój, pozycję i przyszłość. Każde zdanie brzmi jak groźba, a każde spojrzenie zdradza, że Beyza jest gotowa posunąć się jeszcze dalej. Jednak największy niepokój budzą tajemnicze krople podawane Mukadder rano i wieczorem. Gülsüm zaczyna rozumieć, że milczenie może kosztować ją wszystko. Czy starsza kobieta naprawdę śpi? Czy jej stan jest skutkiem niebezpiecznego planu? Czy Gülsüm odważy się przerwać ten łańcuch sekretów, zanim będzie za późno? A może Beyza już zadbała o to, by niki nie mógł się wycofać? To moment, w którym jedna sypialnia, jedna butelka kropel i jedno milczenie mogą przesądzić o losie wszystkich.
Nienaturalna cisza i wejście Gülsüm.
W sypialni panowała cisza tak ciężka, jakby cały dom wstrzymał oddech. Nie była to jednak cisza spokojna – ta miękka, nocna, która otula zmęczonych ludzi i pozwala im zapomnieć o bólu. To była cisza pełna napięcia – cisza, w której każdy najdrobniejszy dźwięk brzmiał jak ostrze przesuwane po szkle: ciche tykanie zegara, ledwie słyszalny szelest zasłon poruszanych przez przeciąg, przytłumiony oddech leżącej na łóżku Mukadder i ten jeden uporczywy, nerwowy dźwięk, który rozcinał powietrze raz za razem. Palce Beyzy uderzały o drewniane oparcie bordowego fotela raz, drugi, trzeci – powoli, potem szybciej, niecierpliwie, jakby w tym stukaniu próbowała zamknąć całą złość, której nie mogła już utrzymać w sobie.
Kamera zatrzymałaby się najpierw właśnie na jej dłoni: smukłe palce, zadbane paznokcie, pierścionek błyszczący w półmroku. Wszystko wyglądało elegancko, niemal perfekcyjnie, tylko ruch tej dłoni zdradzał prawdę – pod spokojną powierzchnią wrzała burza. Beyza siedziała nieruchomo, ale w środku była jak rozpalone żelazo. Po chwili jej twarz wynurzyła się z cienia rzucanego przez lampę stojącą przy łóżku. Miała zimne spojrzenie: nie płakała, nie drżała, nie wyglądała jak kobieta skrzywdzona i bezradna – wyglądała raczej jak ktoś, kto zbyt długo musiał połykać upokorzenia i teraz wreszcie znalazł miejsce, w którym może wyrzucić z siebie truciznę.
Naprzeciw niej, na dużym łóżku z ciemnym, masywnym zagłówkiem, leżała Mukadder. Starsza kobieta wyglądała tak, jakby spała głęboko, niemal nienaturalnie spokojnie. Jej twarz była blada, zmęczona, pozbawiona dawnej ostrości. Powieki nie poruszały się nawet wtedy, gdy Beyza gwałtowniej stukała palcami o fotel. Usta miała lekko rozchylone, oddech płytki, nierówny. Na szafce nocnej paliła się lampa o ciepłym, żółtawym świetle. Obok niej stała oprawiona fotografia mężczyzny. Jego spojrzenie utrwalone na papierze wydawało się dziwnie obecne w tym pokoju, jakby był niemym świadkiem wszystkiego, co miało się wydarzyć.
Beyza przesunęła wzrokiem po zdjęciu, po twarzy Mukadder, po zasłonach, po drzwiach. Jej palce znowu zastukały. — Patrz, do czego doprowadziłaś — szepnęła, choć Mukadder nie mogła jej usłyszeć. — Leżysz sobie spokojnie, jakby nic się nie stało, jakbyś nie podpaliła wszystkiego wokół mnie.
Nie dokończyła. Drzwi do sypialni uchyliły się powoli – do środka weszła Gülsüm. Niosła w dłoniach szklany dzbanek z wodą i pustą szklankę. Veszła ostrożnie, niemal na palcach, jak ktoś, kto boi się obudzić śpiącego, ale jeszcze bardziej boi się człowieka, który czuwa przy jego łóżku. Jej twarz była spięta, oczy pełne niepokoju. Od razu spojrzała na Beyzę, jakby chciała odczytać z jej miny, czy może oddychać swobodniej, czy powinna przygotować się na kolejny wybuch.
Beyza nie powiedziała nic, tylko patrzyła. Gülsüm spuściła wzrok i podeszła do szafki nocnej. Dzbanek delikatnie stuknął o blat. Służąca nalała wodę do szklanki – cienki strumień wypełnił ciszę łagodnym, obcym w tym pokoju dźwiękiem. Potem Gülsüm pochyliła się nad Mukadder. — Pani Mukadder — powiedziała cicho. — Proszę, odrobina wody.
Tylko odrobinę wsuwając dłoń pod kark starszej kobiety, uniosła jej głowę z wielką ostrożnością. Mukadder nawet wtedy nie otworzyła oczu. Jej ciało poddało się ruchowi bezwolnie, jak ciało kogoś, kto jest obecny tylko częściowo. Gülsüm przyłożyła szklankę do jej ust. — Powoli, tak, proszę pić, powoli.
Mukadder przełknęła odruchowo raz, drugi. Kropla wody spłynęła po kąciku jej ust, a Gülsüm natychmiast otarła ją chusteczką.
Beyza obserwowała tę scenę z wyrazem twarzy, którego nie można było nazwać ani współczuciem, ani zniecierpliwieniem. Było w nim coś gorszego: chłodna satysfakcja zmieszana z gniewem – jakby widok bezsilnej Mukadder przypominał jej, że nawet ludzie najgłośniejsi i najbardziej apodyktyczni mogą w końcu zostać uciszeni.
Gülsüm odłożyła szklankę na szafkę i wtedy Beyza przemówiła. — Wiesz, Mukadder… — zaczęła cicho, ale jej głos miał ostre krawędzie. — Gdybyś teraz mogła otworzyć oczy, kazałabym ci patrzeć na mnie tak długo, aż zrozumiałabyś, co zrobiłaś.
Gülsüm zesztywniała – nie odwróciła się od razu, ale jej dłonie zatrzymały się na brzegu szafki nocnej. Beyza powoli oparła się głębiej w fotelu. — Tyle razy mówiłaś o wnuku, tyle razy powtarzałaś to słowo, jakby było zaklęciem: „wnuk, wnuk, wnuk”. Jakby moje życie, moje ciało, moja przyszłość nie miały żadnego znaczenia; jakbym ja była tylko naczyniem, które ma spełnić twoje marzenie. — Jej palce znów uderzyły o drewno, ale tym razem tylko raz. — Czy jesteś teraz zadowolona? — zapytała. — No powiedz. Zrujnowałaś mi życie. Vciągnęłaś mnie w kłamstwo, z którego nie ma już wyjścia. Kazałaś mi grać rolę, której nie chciałam grać. A kiedy wszystko zaczęło się walić, co zrobiłaś? Położyłaś się tutaj i uciekłaś w ten swój sen.
Gülsüm powoli odwróciła głowę. — Pani Beyzo… — szepnęła ostrzegawczo. Beyza nawet na nią nie spojrzała. — Nie przerywaj mi.
Wykrzyczane żale o Hancer.
W pokoju znów zapadła cisza, ale tym razem cisza drżała. Beyza pochyliła się do przodu. Jej twarz znalazła się bliżej światła lampy, w oczach pojawił się blask furii. — A najgorsze jest to, że nawet teraz wszyscy myślą o niej – o tej kobiecie, o tej Hancer, o tym śmieciu, po którym matka i syn chodzą jak w żałobie; jakby stracili skarb, jakby ona była niewinna, czysta, pokrzywdzona przez cały świat. — Zaśmiała się krótko, bez radości. — Niewinna ona, proszę cię. Każdy udaje, że nie widzi, co zrobiła. Veszła do tego domu z twarzą ofiary, ze spuszczonym wzrokiem, z tym swoim cichym głosem… i co? Powoli, krok po kroku, zaczęła zabierać wszystko: najpierw uwagę, potem współczucie, potem serce człowieka, który jeszcze niedawno nie chciał nawet na nią patrzeć.
Gülsüm stała nieruchomo. Szklany dzbanek odbijał światło lampy, a woda w nim lekko drżała, bo dłonie służącej nie były już stabilne.
Beyza gwałtownie wstała z fotela. Materiał jej sukienki poruszył się ostro, fotel skrzypnął, przesuwając się nieznacznie po podłodze. Gülsüm mimowolnie cofnęła się o pół kroku, a Beyza wskazała ręką w przestrzeń, jakby Cihan stał tuż przed nią. — On pobił się z szoferami, z ludźmi, którzy jeszcze wczoraj byli dla niego nikim więcej niż pracownikami. I o kogo? O nią! O kobietę, której podobno nie chciał; o kobietę, którą podobno trzymał z dala od siebie; o kobietę, przez którą teraz wszyscy patrzą na mnie jak na przeszkodę! — Zaczęła chodzić po pokoju, ale jej kroki nie były chaotyczne – miały w sobie rytm gniewu: od łóżka do fotela, od fotela do okna, od okna z powrotem ku Mukadder. — Powiedz mi, Mukadder, czy ty to widzisz? Czy chociaż tam, w tej swojej ciemności, słyszysz, jak śmiesznie brzmią twoje dawne rozkazy? „Beyza, must być cierpliwa”, „Beyza, must myśleć o przyszłości”, „Beyza, kiedy pojawi się dziecko, wszystko się zmieni”. Tak mówiłaś, prawda? Wszystko się zmieni… i zmieniło się, tylko nie tak, jak obiecywałaś. — Jej głos zadrżał po raz pierwszy, ale nie od słabości – od wściekłości tak wielkiej, że ciało nie mogło jej już unieść bez najmniejszego pęknięcia. — Ja ryzykowałam, ja znosiłam upokorzenia, ja słuchałam twoich rad, twoich planów, twoich obietnic. A ona? Co ona zrobiła? Veszła pomiędzy nas i zaczęła udawać ofiarę, spojrzała na niego tymi oczami pełnymi bólu i nagle cały świat zapomniał, że to ja miałam tutaj miejsce, że to ja miałam prawo być u jego boku!
Gülsüm zacisnęła usta. — Może pani powinna mówić ciszej? — powiedziała ostrożnie. — Gdyby ktoś usłyszał…
Beyza odwróciła się do niej tak gwałtownie, że Gülsüm zamilkła. — Kto? — zapytała Beyza zimno. — Kto ma usłyszeć? Ściany? Służba? Ten dom i tak już wszystko wie. Vszyscy wiedzą więcej niż powinni, a mimo to każdy milczy. Ty też milczysz, Gülsüm, prawda?
Gülsüm pobladła. — Ja robię tylko to, co mi kazano. — Vłaśnie, i dlatego nadal tu jesteś. — Beyza powoli wróciła wzrokiem do Mukadder. — Ona też myślała, że może wszystkim kierować: każdym słowem, każdym ruchem, każdym życiem ustawiała ludzi jak pionki na planszy, a teraz sama leży bez ruchu. Ciekawe, czy los śmieje się teraz z niej tak samo, jak ona śmiała się z nas wszystkich.
Gülsüm poruszyła się niespokojnie. — Pani Mukadder jest chora. — Chora? — Beyza zaparskała. — Nie, Gülsüm, ona jest wygodna. Całe życie narzucała innym swój ciężar, teraz też to robi: leży tutaj i wszyscy muszą wokół niej chodzić na palcach. Nawet ja mam szeptać, bo wielka Mukadder śpi. — Podeszła bliżej łóżka i pochyliła się nad nieprzytomną kobietą. — Słyszysz mnie? — wyszeptała. — To przez ciebie znalazłam się w tym piekle: przez twoje pragnienie wnuka, przez twoją obsesję, przez twoje trucie mi głowy dzień po dniu. A teraz jeszcze ta Hancer – ta niewdzięczna dziewczyna, która nie potrafi docenić niczego. — Jej twarz wykrzywił gorzki grymas. — Dostała dach nad głową, dostała ochronę, dostała szansę, której nie powinna była dostać. Ile razy mogła zostać wyrzucona? Ile razy mogła skończyć na ulicy? A jednak koba zawsze ją ratował, koba zawsze się nad nią litował. I co zrobiła w zamian? Vbiła nóż prosto w serce tych, którzy dla niej ryzykowali!
Gülsüm nie wytrzymała. — Pani mówi tak, jakby wszystko było winą tamtej dziewczyny.
Beyza powoli uniosła głowę. — A nie jest? — Ja nie wiem — odparła Gülsüm, coraz bardziej niespokojna. — Nie mnie oceniać. — Oczywiście, że nie tobie, ty masz tylko słuchać.
Obawy służącej o tajemnicze krople.
Gülsüm spuściła wzrok, ale jej twarz zdradzała, że walczy ze sobą. Przez długą chwilę nie mówiła nic, potem spojrzała na Mukadder – starsza kobieta nawet nie drgnęła. — Tow nie jest normalne — powiedziała Gülsüm bardzo cicho. Beyza zmrużyła oczy. — Co takiego?
Gülsüm przełknęła ślinę. — Ona powinna była się poruszyć chociaż trochę. Pani krzyczała, mówiła pani bardzo głośno – każdy by się obudził albo przynajmniej zareagował, a ona… ona leży tak samo, jakby była w śpiączce.
Beyza zamilczała. Gülsüm nabrała odwagi, choć her jej głos nadal drżał. — Ja się boję, pani Beyzo, naprawdę się boję. — Czego znowu? — Tych kropel.
Słowo zawisło między nimi jak wyrok. Beyza nie odwróciła wzroku od Gülsüm, ale her jej twarz stwardniała – cały chłód, który wcześniej kierowała w stronę Mukadder, teraz skupił się na służącej. — Mów ciszej — powiedziała.
Gülsüm rozejrzała się nerwowo, jakby dopiero teraz zrozumiała, że sama przekroczyła granicę. — Ja nie mogę tak dłużej — wyszeptała. — Rano i wieczorem, codziennie, bez lekarza, bez pytania kogokolwiek… Nie wiemy, co to z nią robi. Nie wiemy, czy her jej nie zaszkodzimy. A jeśli coś się stanie? Jeśli ona się już nie obudzi?
Beyza zrobiła krok w her jej stronę. — Nie przesadzaj. — Nie przesadzam! — Gülsüm natychmiast ściszyła głos, ale emocje już się z niej wylały. — Pani może mówić, że wszystko jest pod kontrolą, ale ja her jej widzę: ja her jej podnoszę, ja podaję her jej wodę, ja widzę, jak z dnia na dzień jest bardziej nieobecna. A te krople? Pani każe mi her jej podawać tak, jakby to była herbata ziołowa, a ja nie wiem nawet, co jest w środku.
Beyza podeszła jeszcze bliżej. — Vystarczy. — Nie, pani Beyzo, tym vezes nie wystarczy! Bo jeśli coś się stanie, to kto będzie winny? Ja – służąca! Ta, która podawała krople; ta, która była przy łóżku; ta, której niki nie uwierzy, kiedy powie, że wykonywała polecenia!
Beyza patrzyła na nią z rosnącą irytacją. — Nagle zaczęłaś myśleć o sumieniu? — Ja od dawna myślę o sumieniu — odpowiedziała Gülsüm słabym, ale wyraźnym głosem. — Tylko wcześniej bałam się mówić.
Beyza uśmiechnęła się krzywo. — I słusznie.
Gülsüm zamilkła. Beyza powoli obeszła her jej jak drapieżnik obchodzący ofiarę. — Posłuchaj mnie bardzo uważnie, Gülsüm: nie jesteś tu niewinna, nie stoisz z boku. Nie możesz nagle udawać, że tylko przypadkiem znalazłaś się w tym pokoju z dzbankiem wody i drżącymi rękami. Viesz za dużo, widziałaś za dużo, milczałaś zbyt długo.
Służąca uniosła wzrok, a v her jej oczach pojawił się strach. — Ja nikomu nic nie powiedziałam. — Viem, i właśnie dlatego jeszcze oddychasz spokojnie.
Gülsüm zbledła jeszcze bardziej. — Pani mi grozi. Beyza pochyliła się lekko, mówiąc niemal szeptem: — Nie, ja ci przypominam rzeczywistość. — Przez chwilę słychać było tylko oddech Mukadder. Beyza wskazała na nieprzytomną kobietę. — Myślisz, że jeśli teraz pobiegniesz i komuś powiesz o kroplach, to wszyscy uznają cię za bohaterkę? Nie, Gülsüm. Zapytają, dlaczego milczałaś wcześniej; zapytają, ile razy her jej podałaś; zapytają, kto trzymał szklankę, kto zamykał drzwi, kto stał na straży, kiedy inni nie mogli wejść?
Gülsüm cofnęła się, ale Beyza mówiła dalej: — A potem przypomną sobie inne tajemnice – te, które ukrywałaś wcześniej; te, o których myślisz, że zostały pogrzebane. Naprawdę chcesz, żebym zaczęła mówić? Naprawdę chcesz, żeby ten dom usłyszał wszystko?
Gülsüm zacisnęła dłonie na tacy tak mocno, że pobielały her jej knykcie. — Ja tylko nie chcę nikogo zabić — wyszeptała.
Beyza przez moment patrzyła na nią bez słowa, potem her jej twarz stężała w pogardzie. — Nie dramatyzuj, niki tu nikogo nie zabija. — A jeśli ona umrze? — Nie umrze. — Skąd pani wie?
Beyza nie odpowiedziała od razu. Odwróciła się ku łóżku. Mukadder leżała bez ruchu, pogrążona w letargu tak głębokim, że nawet cień na her jej twarzy wydawał się nieruchomy. — Bo nie może umrzeć — powiedziała v końcu Beyza. W tym zdaniu było coś więcej niż pewność – była desperacja.
Gülsüm to usłyszała – może właśnie dlatego her jej strach na chwilę zmienił się w zaskoczenie. — Pani też się boi — powiedziała cicho. Beyza natychmiast odwróciła głowę. — Uważaj na Słowa. — Boi się pani, że jeśli ona się obudzi, powie coś, czego pani nie chce usłyszeć, a jeśli się nie obudzi, wszystko spadnie na nas.
Beyza zrobiła krok w her jej stronę tak nagle, że Gülsüm urwała. — Dość! — Jej głos był niski i zimny. — Od tej chwili nie będziesz mówić o rzeczach, których nie rozumiesz, nie będziesz zadawać pytań, nie będziesz robić miny cierpiącej świętej. Będziesz przychodzić rano i wieczorem, będziesz robić dokładnie to, co ci każę, a potem będziesz milczeć tak, jak milczałaś do tej pory.
Gülsüm oddychała szybko. — Ja nie wiem, czy dam radę. — Dasz. — A jeśli odmówię?
Beyza spojrzała na nią tak, że odpowiedź stała się zbędna. — Nie odmówisz.
Niezłomny rozkaz milczenia.
Za oknem poruszyły się gałęzie, ich cienie przemknęły po ścianie jak ciemne palce. Gülsüm spuściła głowę. Przez chwilę wyglądała, jakby miała się rozpłakać, ale nie pozwoliła sobie na łzy – w tym domu łzy nie były dowodem niewinności; były słabością, a słabość zawsze koba wykorzystywał. — Pani Beyzo — powiedziała po dłuższej chwili. — Proszę chociaż pozwolić wezwać lekarza. Nie musi wiedzieć wszystkiego, można powiedzieć, że pani Mukadder śpi za długo, że jest osłabiona. Niech her jej zbada, niech powie czy nie… — …ale powiedziałam: nie — przerwała her jej Beyza. Vróciła do fotela, ale już nie usiadła. Oparła dłoń na jego zagłówku, dokładnie w tym samym miejscu, w które wcześniej stukała palcami. — Lekarz zada pytania, lekarz będzie chciał wiedzieć, co przyjmuje, kto przy niej czuwa, od kiedy jest w takim stanie… a potem wszystko zacznie się sypać. Nie po to doszłyśmy tak daleko, żeby teraz przez twoje trzęsące się sumienie otworzyć drzwi pierwszemu lepszemu człowiekowi w białym fartuchu!
Gülsüm patrzyła na nią z przerażeniem. — Czy pani słyszy samą siebie?
Beyza zaśmiała się cicho. — Doskonale. I w przeciwieństwie do ciebie wiem, o co gram. — O co?
Beyza zamilkła. To pytanie zabrzmiało prosto, ale wbiło się głęboko. Przez moment w her jej twarzy pojawiło się coś kruchego – coś, czego nie chciała pokazać: niepewność, ból, może nawet strach przed tym, że odpowiedź nie jest już tak oczywista jak kiedyś. O co grała? O małżeństwo, które wymykało her jej się z rąk; o miejsce w domu, który nigdy naprawdę her jej nie przyjął; o dziecko, które stało się argumentem, bronią, obietnicą i przekleństwem; o dumę, o zemstę, o to, żeby Hancer nie wygrała. Beyza zacisnęła usta. — O swoje życie — powiedziała v końcu. — O to, żeby niki mi go nie odebrał.
Gülsüm odpowiedziała szeptem: — A jeśli pani właśnie odbiera życie komuś innemu?
Tym vezes Beyza nie wybuchła od razu. Patrzyła na Gülsüm długo, bardzo długo. Potem powoli podeszła do łóżka i spojrzała na Mukadder. — Ona odebrała mi spokój — powiedziała. — Odebrała mi możliwość wyboru, wepchnęła mnie w rolę, z której teraz nie mogę wyjść bez utraty wszystkiego. Więc nie mów mi o odbieraniu życia, Gülsüm. Nie wiesz, co to znaczy budzić się każdego ranka i czuć, że wszystko, co masz, zależy od kaprysu innych ludzi. — Znam więcej, niż pani myśli — odparła Gülsüm cicho.
Beyza spojrzała na nią, tym razem z cieniem zdziwienia. Służąca mówiła dalej: — Myśli pani, że tylko wielkie panie cierpią? Że tylko one mają tajemnice? Ja też wiem, co to znaczy bać się przyszłości; wiem, co to znaczy robić rzeczy, których człowiek się wstydzi tylko dlatego, że nie ma dokąd pójść. Ale jest granica. — „Granica”… — Beyza powtórzyła z kpiną. — Granice są dla tych, którzy mają luksus her jej wybierać. — Nie, granice są dla tych, którzy chcą jeszcze móc spojrzeć w lustro.
W pokoju zrobiło się jeszcze chłodniej. Beyza wolno pokiwała głową, jakby Słowa Gülsüm ją rozbawiły. — Pięknie mówisz, naprawdę, prawie bym ci uwierzyła. Tylko zapominasz, że moralność nie ochroni cię przed więzieniem, nie ochroni cię przed wyrzuceniem z tego domu, nie nakarmi cię, kiedy zostaniesz sama. Więc zanim znowu zaczniesz mówić o lustrze, pomyśl, czy będziesz miała dach nad głową, pod którym her jej powiesisz.
Gülsüm zadrżała. Beyza wiedziała, gdzie uderzyć – zawsze wiedziała. Przez długą chwilę obie kobiety stały naprzeciw siebie, a między nimi leżała Mukadder: niema, bezbronna, może nieświadoma, a może uwięziona gdzieś głęboko w swoim ciele, zmuszona słuchać wszystkiego, nie mogąc poruszyć nawet palcem. Gdyby mogła otworzyć oczy, zobaczyłaby dwie kobiety związane jedną tajemnicą, ale stojące po przeciwnych stronach strachu.
Beyza mówiła ciszej, lecz każde her jej słowo było jak rozkaz. — Dziś wieczorem podasz krople tak, jak zawsze. Gülsüm zamknęła oczy. — Pani Beyzo… — Tak, jak zawsze — powtórzyła Beyza. — Potem upewnisz się, że Mukadder śpi. Rano przyjedziesz z wodą. Jeśli ktoś zapyta, powiesz, że jest osłabiona, ale spokojna. Żadnych lekarzy, żadnych szeptów na korytarzu, żadnych spojrzeń, które zdradzają, że coś wiesz.
Gülsüm otworzyła ogen – były wilgotne. — A Hanser? — Samo imię wystarczyło, by twarz Beyzy stężała. — Co Hanser, jeśli wróci? Jeśli zacznie pytać? Ona patrzy inaczej niż inni, zauważa rzeczy. Beyza odwróciła wzrok. — Nie wróci. — Skąd pani wie? — Bo zrobię wszystko, żeby nie wróciła.
Gülsüm wpatrywała się v nią z rosnącym lękiem. — Co pani zamierza? Beyza uśmiechnęła się lekko – był to uśmiech bez ciepła. — Ty masz wystarczająco dużo powodów do strachu, nie dokładaj sobie następnych.
Służąca zamilkła. Mukadder poruszyła palcem – był to ruch tak drobny, że można było uznać go za złudzenie. Ale Gülsüm go zauważyła, her jej oczy rozszerzyły się gwałtownie. — Pani… — szepnęła. Beyza odwróciła się natychmiast. — Co?
Gülsüm patrzyła na dłoń Mukadder. — Ona…
Beyza podeszła bliżej łóżka. Obie kobiety zastygły, wpatrując się v rękę starszej kobiety. Przez kilka sekund nic się nie wydarzyło: Mukadder leżała nieruchomo, her jej twarz nie zmieniła wyrazu, powieki pozostały zamknięte. Beyza wypuściła powoli powietrze. — Vidzisz duchy, Gülsüm.
Nie była pewna… Mogłaby przysiąc, że palec Mukadder drgnął; mogłaby przysiąc, że przez jedno uderzenie serca ciało starszej kobiety próbowało dać znak, ale strach ścisnął her jej gardło. Beyza pochyliła się nad Mukadder. — Słyszysz nas? — zapytała cicho. Brak odpowiedzi. Beyza nachyliła się jeszcze niżej, her jej włosy opadły lekko na ramię. — Jeśli słyszysz, to zapamiętaj jedno: nie pozwolę, żebyś znowu wszystkim kierowała. Już nie. Tym vezes tow ja zdecyduję, kto zostanie v tym domu, a kto z niego zniknie.
Gülsüm zadrżała. — Proszę tak nie mówić. Beyza wyprostowała się. — Zabierz dzbanek.
Służąca nie poruszyła się. — Gülsüm! — Dopiero wtedy kobieta sięgnęła po dzbanek i szklankę – her jej dłonie drżały tak mocno, że szkło cicho zadźwięczało. Beyza patrzyła na nią bez litości. — I zapamiętaj — powiedziała — od dziś żadnych wątpliwości wypowiadanych na głos. Vątpliwości możesz mieć v głowie: możesz się z nimi modlić, możesz z nimi spać, możesz płakać przez nie v kuchni, jeśli chcesz… ale przy mnie będziesz milczeć. Gülsüm skinęła głową. — Rozumiem. — Nie, jeszcze nie rozumiesz, ale zrozumiesz, jeśli spróbujesz mnie zdradzić.
Ich spojrzenia spotkały się: w oczach Gülsüm był strach, ale pod nim tliło się coś jeszcze – coś małego, kruchego, lecz niebezpiecznego dla Beyzy: sprzeciw – jeszcze niemy, jeszcze słaby, ale obecny. Beyza tow zauważyła i właśnie dlatego her jej twarz stała się jeszcze bardziej lodowata. — Możesz odejść — powiedziała.
Gülsüm odwróciła się powoli i ruszyła ku drzwiom. Każdy krok wydawał się ciężki. Przy progu zatrzymała się jeszcze na moment i spojrzała przez ramię na Mukadder. Starsza kobieta nadal leżała bez ruchu, ale Gülsüm nie mogła pozbyć się wrażenia, że coś się zmieniło – jakby w tym ciele uśpionym kroplami i strachem innych ludzi, gdzieś głęboko zaczęła budzić się świadomość.
Odsłonięta maska i uderzenie wiatru.
Drzwi zamknęły się cicho – zostały same: ona i Mukadder. Przez chwilę Beyza nie mówiła nic, patrzyła na twarz starszej kobiety, a her jej własna twarz powoli traciła maskę. Gniew nie zniknął, ale spod niego wypłynęło zmęczenie, wyczerpanie, samotność, do której nigdy by się nie przyznała. — Vszystko miało być prostsze — wyszeptała. — Viesz? Miało być tak, jak obiecywałaś: miałam tylko wytrzymać, tylko poczekać, tylko nie pozwolić sobie odebrać tego, co mi się należy. — Przełknęła ślinę. — A teraz? On patrzy na mnie tak, jakby była obca, jakby tow ja była przeszkodą; jakby wszystko, co zrobiłam, nie miało znaczenia, bo ona cierpi ładniej ode mnie. — Jej oczy zaszkliły się na krótką chwilę, ale szybko zamrugała, odpędzając łzy. — Nie pozwolę her jej wygrać — powiedziała — nie po tym wszystkim.
Za oknem wiatr uderzył v szybę, lampa przy łóżku zamigotała lekko, rzucając na ścianę cień Beyzy. Przez moment wyglądał jak postać większa od niej samej: ciemna, zniekształcona, niemal obca. Beyza znowu położyła palce na drewnianym oparciu fotela, tym vezes jednak nie stukała – czekała. A obok niej Mukadder leżała v bezruchu, uwięziona między snem a przebudzeniem, między winą a karą, między tajemnicą, która mogła zniszczyć wszystkich, i milczeniem, które właśnie stawało się coraz bardziej niebezpieczne.
W tej sypialni nie padł już żaden krzyk – nie trzeba było, największy dramat rozgrywał się teraz v ciszy: w spojrzeniu Beyzy, w drżących dłoniach Gülsüm za zamkniętymi drzwiami i w nieruchomej twarzy Mukadder, która być może słyszała każde słowo. A jeśli naprawdę słyszała, to od tej chwili dom nie miał już spać spokojnie.
Jak sądzisz, czy to mroczne ultimatum Beyzy zmusi Gülsüm do całkowitego milczenia, czy też budząca się świadomość Mukadder zniweczy plan podawania niebezpiecznych kropel, zanim intryga doprowadzi całą rezydencję do nieodwracalnej tragedii?