
Cihan traci Hanser na zawsze. Kłamstwo, które rozdarło ich miłość. Hanser podjęła decyzję, która złamała jej własne serce.
Aby uwolnić Cihana od bólu, presji i niemożliwej miłości, powiedziała mu coś, czego nigdy naprawdę nie czuła – że chce zacząć nowe życie u boku innego mężczyzny. Dla Cihana te słowa stały się ciosem, po którym nie potrafił już oddychać tak jak dawniej. Podczas gdy Hanser rozpada się w ramionach Jasemin, wyznając, że odepchnęła mężczyznę, którego kocha najbardziej na świecie, on w swoim gabinecie próbuje ukryć rozpacz pod maską gniewu. Jego ból spada na Engina, który chciał tylko pomóc im się pogodzić, lecz nieświadomie przyspieszył moment ostatecznego rozstania. Podpisany protokół rozwodowy staje się symbolem końca ich wspólnej drogi. Ale czy naprawdę można zakończyć miłość jednym podpisem? Czy Cihan uwierzy w kłamstwo Hanser? I czy Hanser zdoła żyć ze świadomością, że poświęciła własne szczęście dla dziecka Beyzy? To odcinek pełen łez, dumy, żalu i niewypowiedzianych uczuć, w którym każde słowo rani głębiej niż milczenie.
Rozpacz ukryta w przytulnym salonie.
Salon tonął w miękkim popołudniowym świetle. Przez jasne zasłony wpadały delikatne smugi słońca, rozlewając się po dywanie, po stoliku kawowym, po ramionach kanapy, na której za chwilę miała opaść cisza cięższa niż najgorsze oskarżenie. Wszystko w tym pokoju wydawało się spokojne: równo ustawione poduszki, filiżanki na tacy, bukiet lekko przywiędłych kwiatów w wazonie. Tylko powietrze było dziwnie napięte, jakby dom wcześniej usłyszał coś, czego ludzie jeszcze nie zdążyli wypowiedzieć.
Jasemin stała przy niewielkim stoliku, nalewając sobie kawę z porcelanowego dzbanka. Miała na sobie bordową koszulę, która podkreślała powagę jej spojrzenia. Jej ruchy były zwykle pewne, praktyczne, pełne codziennego rytmu. Ale tego dnia nawet ona robiła wszystko wolniej, jakby przeczuwała, że każda zwyczajna czynność – nalanie kawy, odłożenie łyżeczki, poprawienie filiżanki na spodku – jest tylko cienką zasłoną przed czymś, co lada chwila pęknie. Usiadła na kanapie, objęła dłonią ciepłą filiżankę i przez moment patrzyła w parującą kawę, jakby mogła w niej znaleźć odpowiedź na wszystkie pytania, których nikt nie odważał się zadać głośno. W domu panowała cisza, ale nie była to cisza odpoczynku. Była to cisza po burzy i przed kolejną.
Wtedy drzwi salonu uchyliły się powoli. Do środka weszła Hanser. Młoda kobieta w niebieskiej sukience wyglądała tak, jakby przez całą noc nie zmrużyła oka. Jej twarz była blada, oczy zaczerwienione, usta zaciśnięte w cienkę linię. Nie płakała w tej chwili, ale łzy zdawały się mieszkać tuż pod powierzchnią jej spojrzenia. Każdy krok stawiała ostrożnie, jakby bała się, że podłoga pod jej stopami nagle się rozpadnie.
Jasemin natychmiast uniosła głowę.
— Hanser — powiedziała cicho, a w jej głosie zabrzmiała troska, której nie próbowała ukrywać. — Chodź, usiądź, zrobiłam kawę, naleję ci.
Hanser spojrzała na dzbanek, potem na filiżankę w dłoni Jasemin. Przez ułamek sekundy wyglądało, jakby chciała przyjąć tę zwyczajną propozycję, uczepić się jej jak ostatniego kawałka normalności, ale zaraz spuściła wzrok i pokręciła głową.
— Nie, dziękuję — odparła niemal szeptem. — Nie dam rady. — Podeszła do kanapy i usiadła obok Jasemin, lecz nie oparła się wygodnie. Siedziała sztywno, z dłońmi splecionymi na kolanach, pochylona do przodu, jak człowiek, który za chwilę ma usłyszeć wyrok. Albo jak ktoś, kto właśnie sam wydał wyrok na własne serce.
Jasemin odstawiła filiżankę na stolik. Cała jej uwaga skupiła się teraz na Hanser.
— Co się stało? — zapytała łagodnie. — Od chwili, gdy wróciłaś, wyglądasz jakby ktoś odebrał ci całą siłę. Nawet nie próbujesz udawać, że wszystko jest dobrze.
Hanser przełknęła ślinę, lecz nie odpowiedziała. Jasemin przyglądała się jej uważnie. Widziała zmęczenie pod oczami dziewczyny, drżenie palców, napięcie w ramionach. To nie była zwykła kłótnia. To nie był chwilowy gniew. To był ból, który zdążył już wejść głęboko aż do kości.
— Znowu pokłóciliście się z Cihanem? — dopytała ostrożnie. — Hanser, powiedz mi prawdę. Czy on coś powiedział? Czy zrobił coś, czego nie potrafisz mu wybaczyć?
Na dźwięk imienia Cihana twarz Hanser zmieniła się natychmiast. Jakby ktoś dotknął otwartej rany, jej oczy zaszkliły się, ale nadal milczała. Jasemin westchnęła z bólem.
— Engin naprawdę chciał dobrze — mówiła dalej, próbując znaleźć drogę do serca Hanser. — Widział jak bardzo oboje cierpicie. Myślał, że jeśli zostawi was samych, jeśli wreszcie przestaniecie uciekać od rozmowy, to może… może powiecie sobie to, co naprawdę czujecie. On nie zrobił tego złośliwie. Chciał, żebyście się pogodzili.
Hanser zamknęła oczy. Przez chwilę w salonie słychać było tylko ciche tykanie zegara. Ten dźwięk, zwykle niezauważalny, teraz wbijał się w ciszę jak krople wody spadające na kamień.
— Nie mogło być już zgody — powiedziała w końcu Hanser. Jej głos był niski, zmęczony, pozbawiony dawnego ciepła. — To musiało się skończyć.
Jasemin zmarszczyła brwi. — Co masz na myśli?
Hanser powoli odwróciła głowę w jej stronę.
— Musiałam postawić ostateczną kropkę.
Te słowa zawisły między nimi jak ostrze. Jasemin poczuła nagły niepokój, który ścisnął jej gardło. Znała Hanser. Wiedziała, że kiedy ta młoda kobieta mówi takim tonem, nie chodzi o zwykłą decyzję – chodzi o coś bolesnego, drastycznego, coś, co mogło zniszczyć wszystko.
— Hanser — powiedziała powoli. — Co zrobiłaś?
Dziewczyna zaciszyła dłonie tak mocno, że pobielały jej knykcie.
— Zrobiłam to, co musiałam.
— Nie odpowiadaj mi w ten sposób. — W głosie Jasemin pojawiła się nuta stanowczości. — Patrzę na ciebie i widzę, że ledwo oddychasz. Nie mów mi, że to było to, co musiałaś. Powiedz mi dokładnie, co się stało.
Hanser spuściła głowę. Jej włosy osunęły się na policzek, częściowo ukrywając twarz. Ale łzy i tak zaczęły spływać – najpierw jedna, potem druga: ciche, bezgłośne, straszniejsze niż szloch.
— Powiedziałam Cihanowi… — zaczęła, ale głos jej się załamał.
Jasemin nachyliła się bliżej.
— Co mu powiedziałaś?
Hanser odetchnęła głęboko, jakby każde słowo miało ją rozciąć od środka.
— Powiedziałam mu, że chcę rozpocząć nowe życie z innym mężczyzną.
Jasemin znieruchomiała. Na jej twarzy pojawiło się coś pomiędzy niedowierzaniem a przerażeniem. Przez kilka sekund nie była w stanie wypowiedzieć ani jednego słowa. Patrzyła na Hanser tak, jakby nie rozumiała języka, którym dziewczyna właśnie się posłużyła.
— Co? — szepnęła w końcu.
Hanser otarła policzek, ale łzy natychmiast pojawiły się znowu.
— Powiedziałam mu, że jest ktoś inny, że chcę odejść, że nie ma już dla nas nadziei.
— Nie. — Jasemin pokręciła głową. — Nie, Hanser, nie mogłaś mu tego powiedzieć.
— Powiedziałam… ale to nieprawda.
— Wiem. To dlaczego… — Jasemin prawie podniosła głos, ale bardziej z bólu niż ze złości. — Dlaczego miałabyś powiedzieć coś takiego człowiekowi, którego kochasz? Przecież ty go kochasz i on kocha ciebie. Możecie udawać przed całym światem, możecie ranić się dumą, milczeniem, oskarżeniami, ale mnie nie oszukasz. Ja widzę, co się z wami dzieje. Widzę jak patrzycie na siebie nawet kiedy próbujecie udawać obojętność.
Hanser przycisnęła dłonie do kolan.
— Właśnie dlatego musiałam skłamać.
— Właśnie dlatego? — Jasemin nie mogła ukryć szoku. — Hanser, miłość nie jest powodem do takiego kłamstwa. Miłość jest powodem, żeby walczyć.
Bolesny powód wielkiego kłamstwa.
Na te słowa Hanser nagle uniosła wzrok. W jej oczach pojawił się ból tak głęboki, że Jasemin zamilkła.
— Walczyć? — powtórzyła Hanser cicho. — A jak długo? Ile jeszcze razy mam patrzeć, jak wszystko wokół nas się rozpada? Ile razy mam słyszeć, że powinnam być silna? Ile razy mam udawać, że nie boli mnie obecność Beyzy? Że nie boli mnie każde spojrzenie, każde niedopowiedzenie, każde wspomnienie tego dziecka. — Jasemin zadrżała. Hanser mówiła coraz szybciej, jakby tama, którą budowała w sobie od wielu dni, właśnie pękła. — Wiesz czym stała się nasza relacja? Gangreną. Czymś co kiedyś było żywe, ciepłe, beautiful, a potem zaczęło gnić od środka. Im bardziej próbowaliśmy to ratować, tym bardziej zatruwaliśmy siebie nawzajem. Czasem trzeba coś odciąć, Jasemin, nawet jeśli to część własnego serca… Bo jeśli tego nie zrobisz, trucizna rozejdzie się po całym ciele.
— Nie mów tak — wyszeptała Jasemin. — Nie porównuj miłości do choroby.
— A czym innym była dla nas ostatnio? — spytała Hanser z goryczą. — Każde spotkanie kończyło się bólem. Każda rozmowa prowadziła do nowych ran. Ja patrzyłam na niego i chciałam biec w jego ramiona, a jednocześnie wiedziałam, że nie mam prawa, bo między nami stoi coś większego niż nasza miłość.
— Beyza… — powiedziała Jasemin cicho.
Hanser zacisnęła powieki.
— Beyza – jej obecność, jej cień, jej dziecko. — W salonie zapadła cisza, tym razem jeszcze cięższa. — To dziecko jest niewinne — ciągnęła Hanser po chwili, już ciszej. — Ono nie prosiło się na ten świat. Nie wybrało matki, nie wybrało ojca, nie wybrało tego chaosu, w którym wszyscy toniemy. A jednak to dziecko będzie potrzebowało Cihana: jego nazwiska, jego opieki, jego obecności. I ja nie mogę być tą kobietą, która stanie między ojcem a dzieckiem.
Jasemin chwyciła ją za rękę.
— Niki nie mówi, że masz stawać między nimi.
Hanser uśmiechnęła się smutno – był to uśmiech bez radości, cień dawnej Hanser.
— Naprawdę? A co by się stało, gdybym została? Gdyby Cihan wybrał mnie, gdyby każdego dnia musiał dzielić życie między poczucie winy, obowiązek i miłość… Beyza nigdy by nie zniknęła. Jej dziecko nigdy by nie zniknęła, a ja każdego dnia patrzyłabym na niego i zastanawiała się, czy zabieram komuś ojca. Czy moja miłość nie jest egoizmem?
— Hanser, ty też masz prawo do szczęścia.
— Nie kosztem niewinnego dziecka.
— A kosztem siebie? — zapytała Jasemin ostro. — Masz prawo zniszczyć siebie, bo inni popełnili błędy? Masz prawo skazać Cihana na cierpienie, bo boisz się być przeszkodą? To też nie jest sprawiedliwość.
Hanser wyszarpnęła dłoń, ale nie ze złości, raczej z bezradności.
— Sprawiedliwość… — powtórzyła. — W tej historii nie ma sprawiedliwości. Jest tylko wybór między jednym cierpieniem a drugim. Wybrałam to, które przynajmniej da komuś szansę na spokojne życie.
— Komu? — Jasemin patrzyła na nią z bólem. — Cihanowi? Myślisz, że on będzie spokojny po tym, co usłyszał? Myślisz, że uwierzy, że przestałaś go kochać, i po prostu zacznie żyć dalej?
Hanser zadrżała.
— Musi uwierzyć.
— Ale czy uwierzył?
Dziewczyna nie odpowiedziała od razu. W jej oczach pojawił się obraz minionej nocy: Cihan stojący naprzeciwko niej. Jego spojrzenie – najpierw pełne gniewu, potem niedowierzania, potem czegoś, co było gorsze od złości: zranionej ciszy. Widziała jak zacisnął szczękę, jak jego twarz stwardniała, jak wszystko w nim próbowało nie rozpaść się na jej oczach.
— Nie wiem — wyszeptała. — Może nie od razu, ale kiedy podpisze dokumenty, kiedy minie trochę czasu, kiedy zobaczy, że nie wracam… uwierzy.
— Albo znienawidzi cię za kłamstwo, które miało go ocalić.
Te słowa ugodziły Hanser boleśnie. Jej usta zadrżały.
— Lepiej, żeby mnie znienawidził, niż żeby całe życie był rozdarty.
— Ty naprawdę w to wierzysz?
— Muszę w to wierzyć, inaczej nie przeżyję tego, co zrobiłam.
Jasemin oparła się o kanapę i zakryła usta dłonią, była wstrząśnięta. Chciała potrząsnąć Hanser, zmusić ją do opamiętania, powiedzieć, że jeszcze nie jest za późno, że może pobiec do Cihana, wyznać prawdę, zatrzymać tę katastrofę, zanim formalności rozwodowe zamienią ból w prawną rzeczywistość. Ale widziała, że Hanser nie działała z kaprysu – ona przyszła tu po nocy, w której własnymi rękami złamała sobie serce.
— A co czułaś, kiedy to mówiłaś? — zapytała Jasemin ciszej.
Hanser zaśmiała się krótko, gorzko, przez łzy.
— Jakbym wbijała nóż nie w niego, tylko w siebie. — Zamilkła, próbując złapać oddech. — Patrzył na mnie tak — kontynuowała po chwili — tak jakby czekał, aż powiem, że to nieprawda. Jakby dawał mi ostatnią szansę. W jego oczach było tyle bólu, Jasemin, tyle gniewu, tyle miłości… a ja… ja musiałam stać przed nim i udawać, że nic nie czuję. Musiałam patrzeć na mężczyznę, którego kocham bardziej niż własne życie, i mówić mu, że wybieram kogoś innego. — Jej głos pękł. — Nie wiem, jak to zrobiłam, naprawdę nie wiem. Każde słowo paliło mnie w gardle. Chciałam krzyczeć, że kłamię. Chciałam rzucić się na niego i błagać, żeby mnie nie puszczał. Chciałam powiedzieć: „Cianie, zabierz mnie stąd. Nie pozwól mi być tak silną, bo ja nie chcę być silna, ja chcę być tylko twoja”.
Jasemin miała łzy w oczach.
— Hanser…
— Ale nie mogłam — mówiła dalej dziewczyna już całkiem drżącym głosem. — Bo gdybym zrobiła choć jeden krok w jego stronę, wszystko by się skończyło. On by mnie zatrzymał, ja bym została, a potem… potem zaczęłaby się codzienna męka: Beyza z dzieckiem, Mukadder z oskarżeniami, ludzie z plotkami, Cihan rozdarty między obowiązkiem a mną. I ja, która każdego dnia udawałabym, że jestem szczęśliwa, choć w środku umierałabym ze strachu, że pewnego dnia on spojrzy na mnie z wyrzutem.
— Cihan nie jest taki.
— Dzisiaj nie, ale życie zmienia ludzi, wina zmienia ludzi, dzieci zmieniają wszystko.
Jasemin nie miała łatwej odpowiedzi, bo choć chciała zaprzeczyć, wiedziała, że w słowach Hanser kryje się lęk, którego nie da się zbyć prostym pocieszeniem. Hanser nagle przycisnęła dłoń do ust. Jej oddech stał się urywany.
— Najgorsze było to, że on milczał — wyszeptała. — Krzyczał wcześniej, pytał, oskarżał, żądał prawdy, ale kiedy powiedziałam mu o innym mężczyźnie… umilkł, jakby coś w nim pękło, jakby nie miał już słów.
— Bo go zraniłaś.
— Wiem! — Hanser nagle wybuchła. — Wiem, Jasemin, wiem to lepiej niż ktokolwiek. Każda sekunda tej nocy wraca do mnie jak kara. Widzę jego twarz za każdym razem, gdy zamykam oczy. Słyszę własny głos i nienawidzę go, nienawidzę siebie za to, że potrafiłam wypowiedzieć takie kłamstwo. Ale gdybym miała cofnąć czas… — urwała.
Jasemin pochyliła się ku niej.
— Cofnęłabyś?
Hanser patrzyła przed siebie pustym wzrokiem. Minęła długa chwila, zanim odpowiedziała:
— Nie wiem.
To wyznanie było najstraszniejsze – nie było w nim pewności, dumy ani ulgi. Była tylko prawda człowieka rozszarpanego między sercem a sumieniem.
— Nie wiem — powtórzyła Hanser. — I właśnie to mnie zabia, bo część mnie chce pobiec do niego natychmiast, a druga część… druga część mówi, że jeśli naprawdę go kocham, muszę pozwolić mu odejść.
Jasemin potrząsnęła głową.
— Czasem pozwolenie komuś odejść jest miłością, ale czasem jest tylko strachem ubranym w szlachetne słowa.
Hanser spojrzała na nią z bólem.
— Myślisz, że się boję?
— Myślę, że jesteś przerażona i masz do tego prawo. Ale boję się, że podejmujesz decyzję nie z miłości, tylko z rozpaczy.
Hanser już nie potrafiła się bronić. Jej ciało zaczęło drżeć, łzy płynęły teraz po jej twarzy bez przerwy.
— Ja już nie mam siły — wyszeptała. — Nie mam siły walczyć z Beyzą. Nie mam siły walczyć z rodziną Cihana. Nie mam siły walczyć z własnym sercem. Każdy dzień jest jak nowe przesłuchanie, każdy oddech boli. Myślałam, że jeśli go odepchnę, jeśli zamknę te drzwi, ból przestanie rosnąć. Ale on nie przestał – on tylko zrobił się cichszy i głębszy.
Jasemin bez słowa objęła ją ramieniem. Hanser próbowała jeszcze powstrzymać płacz, ale nie dała rady. Napięcie, które trzymało ją w ryzach przez całą noc, pękło nagle i całkowicie. Zakryła twarz dłońmi i rozpłakała się tak, jak płacze ktoś, kto nie ma już przed kim udawać. Jej szloch był rzewny, rozdzierający, pełen bezsilności. Ramiona trzęsły się gwałtownie, a oddech rwał się na krótkie, bolesne fragmenty.
— Ja go kocham — powtarzała przez łzy. — Jasemin, ja go tak bardzo kocham… Jak mam żyć bez niego? Jak mam rano otworzyć oczy i wiedzieć, że sama go wypchnęłam ze swojego życia? Jak mam oddychać, kiedy on będzie myślał, że wybrałam kogoś innego?
Jasemin przyciągnęła ją do siebie mocniej. Pogładziła ją po włosach, potem po policzku, ścierając łzy kciukiem.
— Cicho, kochanie, cicho — szeptała. — Nie jesteś sama, słyszysz? Nie jesteś sama.
— Jestem… — łkała Hanser. — W tym bólu jestem sama.
— Nie, dopóki ja tu jestem, nie jesteś.
Jasemin tuliła ją długo, pozwalając jej płakać. Nie próbowała już natychmiast naprawiać świata. Są chwile, kiedy żadna rada nie ma sensu, kiedy żadne mądre zdanie nie jest w stanie podnieść człowieka z ruin – wtedy pozostaje tylko obecność, ciepło ramion, cicha obietnica, że ktoś wytrzyma obok nas nawet najciemniejszą godzinę. Hanser wtuliła twarz w ramię Jasemin.
— On mnie znienawidzi — wyszeptała.
— Może będzie zły, może będzie cierpiał, ale serce, które naprawdę kochało, nie zamienia się tak łatwo w nienawiść.
— A jeśli podpisze dokumenty?
Jasemin zamknęła oczy. Wiedziała, że to pytanie nie ma łatwej odpowiedzi.
— Wtedy będziemy myśleć, co dalej.
— Nie ma „dalej”.
— Zawsze jest „dalej”, Hanser, nawet jeśli teraz go nie widzisz.
Dziewczyna płakała jeszcze długo, aż jej szloch powoli zaczął cichnąć, ale ból nie odszedł – osiadł tylko głębiej, jak ciemny cień pod skórą. Jasemin trzymała ją w ramionach i patrzyła przed siebie. Jej własne oczy były mokre. Myślała o Cihanie, o jego dumie, o jego gniewie, o tym, jak zareaguje na podpisane dokumenty. Myślała też o Enginie, który sądził, że jedno sprytne posunięcie może zmusić dwoje zakochanych ludzi do pojednania. Niki z nich nie przewidział, że zamiast ugody przyspieszą rozstanie. W salonie nadal pachniało kawą, ale kawa już wystygła, a wraz z nią wystygła nadzieja, której Jasemin jeszcze rano próbowała się trzymać.
Gniew Cihana w nowoczesnym gabinecie.
Nowoczesny gabinet biurowy był przestronny, elegancki i chłodny. Szklane ściany odbijały blade światło dnia, a na dużym biurku panował nienaturalny porządek – wszystko miało tu swoje miejsce: dokumenty ułożone równo, pióro zamknięte w skórzanym etui, ekran komputera wygaszony. To było wnętrze człowieka, który zwykle panował nad każdym szczegółem swojego życia. Ale tego dnia gabinet nie należał do takiego człowieka.
Na skórzanej kanapie leżał Cihan. Miał na sobie białą koszulę, częściowo rozpiętą pod szyją. Rękawy były podwinięte niedbale, jakby nocą wielokrotnie próbował wziąć się w garść, lecz za każdym razem przegrywał. Jego twarz była blada, zmęczona, z ostrym cieniem pod oczami. Nie spał, albo spał tylko krótkimi, ciężkimi urywkami, z których budził się bardziej wyczerpany niż wcześniej. Leżał nieruchomo, ale nie było w nim spokoju – całe jego ciało było napięte. Dłoń miał zaciśniętą na krawędzi kanapy, jakby wciąż trzymał się ostatniej resztki kontroli.
W głowie wracały słowa: „Hanser chce rozpocząć nowe życie z innym mężczyzną”. To zdanie nie brzmiało jak zwykłe wyznanie. Brzmiało jak policzek, jak zdrada, jak wyrok wykonany bez prawa do obrony. Cihan zamknął oczy, ale natychmiast zobaczył her jej twarz: her jej oczy pełne łez, her jej drżące usta, her jej chłodne słowa, które nie pasowały do bólu w spojrzeniu. To właśnie doprowadzało go do szaleństwa. Gdyby powiedziała to z obojętnością, może łatwiej byłoby her jej znienawidzić; gdyby uśmiechnęła się okrutnie, gdyby odwróciła wzrok bez cienia żalu, mógłby uznać, że naprawdę her jej stracił. Ale ona cierpiała… Cierpiała, mówiąc mu, że odchodzi, i to było najgorsze.
Drzwi gabinetu otworzyły się bez pukania – do środka wszedł Engin. Miał na sobie garnitur, lecz jego twarz od razu zdradziła zaskoczenie. Spodziewał się zobaczyć Cihana przy biurku zajętego pracą, może rozdrażnionego, może milczącego – nie spodziewał się ujrzeć go leżącego na kanapie jak człowiek, który całą noc walczył z czymś niewidzialnym i przegrał.
— Cianie? — zapytał zdziwiony. — Co ty tutaj robisz?
Na dźwięk jego głosu Cihan zerwał się tak gwałtownie, jakby ktoś szarpnął nim za nerwy. Stanął na nogach, a w jego oczach natychmiast zapłonął gniew.
— Ty… — powiedział cicho.
Engin zatrzymał się w pół kroku. — Co się dzieje?
Cihan podszedł do niego szybko i wskazał na niego palcem – ten gest był ostry, pełen ostrzeżenia.
— Nigdy więcej — syknął. — Słyszysz mnie, Engin? Nigdy więcej nie wtrącaj się w moje sprawy.
Engin zmarszczył brwi, kompletnie zdezorientowany.
— O czym ty mówisz?
— Nie udawaj, że nie rozumiesz.
— Naprawdę nie rozumiem. Wchodzę do gabinetu, widzę cię w takim stanie, pytam: „co tu robisz?”, a ty rzucasz się na mnie, jakbym podpalił ci dom.
Cihan zaśmiał się krótko, ale w tym śmiechu nie było ani odrobiny wesołości.
— Podpaliłeś coś gorszego.
Engin spoważniał.
— Byłeś z Hanser?
Cihan zacisnął szczękę – samo her jej imię wystarczyło, by ból przeszedł przez niego jak prąd.
— Byłem… i twój genialny plan nie zadziałał.
— Cianie… — zaczął Engin.
— Nie przerwałem mu! — uciął Cihan ostro. — Nie zaczynaj. Nie mów mi, że chciałeś dobrze. Nie mów mi, że zrobiłeś to dla nas. Nie mów mi, że gdybyśmy zostali sami, wszystko mogłoby się ułożyć, bo nic się nie ułożyło.
Engin spuścił wzrok na moment, potem znów spojrzał przyjacielowi w oczy.
— Naprawdę myślałem, że jeśli wreszcie porozmawiacie bez świadków, bez presji, bez tych wszystkich ludzi wokół, to może… to może co?
Cihan zrobił krok bliżej.
— Rzucimy się sobie w ramiona? Zapomnijmy o wszystkim: o Beyzie, o dziecku, o kłamstwach, o dumie, o tym całym piekle?
— Nie mówię, że to byłoby proste.
— Ty w ogóle nie powinieneś nic mówić! — Głos Cihana odbił się od szklanych ścian gabinetu.
Engin zamilkł, ale nie odsunął się. Mimo gniewu przyjaciela widział pod nim coś jeszcze – rozpacz.
— Co się stało? — zapytał ciszej.
Cihan odwrócił się, jakby potrzebował kilku sekund, by nie wybuchnąć jeszcze bardziej. Podszedł do biurka, oparł dłonie o blat i pochylił głowę. Przez chwilę wyglądał, jakby cała złość nagle odpłynęła, pozostawiając po sobie tylko wyczerpanie.
— Podpisaliśmy protokół rozwodowy — powiedział.
Engin zamarł. — Co?
— Słyszałeś.
— Nie… — Engin potrząsnął głową. — Nie, tow niemożliwe. Wczoraj, tej nocy?
Cihan odwrócił się powoli. Jego twarz była kamienna, ale oczy zdradzały wszystko.
— Tak, minionej nocy.
Engin wciągnął powietrze.
— Cianie, ja nie wiedziałem.
— Oczywiście, że nie wiedziałeś, bo byłeś zajęty myśleniem za nas wszystkich.
— Chciałem pomóc.
— Twoja pomoc doprowadziła do tego, że spojrzałem her jej w oczy, kiedy mówiła mi, że chce innego mężczyzny.
Engin cofnął się o pół kroku.
— Hanser tak powiedziała?
Cihan uśmiechnął się gorzko.
— Piękne, prawda? Koba, która jeszcze niedawno przysięgała mi miłość, nagle postanowiła zacząć nowe życie. Nie ze mną – z kimś innym.
— To nie brzmi jak Hanser.
— A jednak wyszło z her jej ust.
— Może powiedziała to w złości.
— Nie bierz her jej w obronę.
— Nie biorę her jej w obronę, próbuję zrozumieć.
— Przestań próbować! — Cihan znów podniósł głos. — Właśnie to jest twój problem, Engin: ty ciągle próbujesz coś zrozumieć, naprawić, poukładać. A są rzeczy, których nie da się naprawić.
Engin spojrzał na niego uważnie.
— Ty w to nie wierzysz.
Cihan zesztywniał. — Co powiedziałeś?
— Powiedziałem, że ty w to nie wierzysz. Gdybyś naprawdę wierzył, że Hanser kocha innego mężczyznę, byłbyś wściekły inaczej. A ty jesteś zraniony, bo czujesz, że coś tu nie pasuje.
Cihan podszedł do niego gwałtownie.
— Uważaj na Słowa.
— Nie boję się twojego gniewu.
— To zacznij!
— Nie, bo znam cię zbyt długo. I wiem, że kiedy cierpisz, próbujesz zamienić ból w rozkaz, ale ja nie jestem twoim pracownikiem, którego możesz uciszyć jednym spojrzeniem.
Ostateczne wezwanie i rola Engina.
Przez moment wydawało się, że Cihan naprawdę straci panowanie – jego dłonie zacisnęły się w pięści. Ale zaraz odwrócił wzrok, jakby walczył sam ze sobą.
— Dokumenty są w sekretariacie — powiedział lodowato. — Odbierzesz je i natychmiast rozpoczniesz procedurę prawną.
Engin patrzył na niego z niedowierzaniem.
— Chcesz, żebym ja się tym zajął?
— Jesteś prawnikiem, chyba pamiętasz jeszcze, na czym polega twoja praca.
— Cianie, nie podejmuj takiej decyzji w takim stanie.
— Decyzja została podjęta.
— Przez kogo? Przez ciebie czy przez twoją dumę?
Cihan spojrzał na niego tak zimno, że Engin na chwilę zamilkł.
— Pani Hanser bardzo się spieszy — powiedział Cihan z goryczą. — Nie wypada, żebyśmy kazali her jej czekać. Skoro tak bardzo pragnie nowego życia, pomóżmy her jej je rozpocząć.
Engin westchnął ciężko.
— Ty naprawdę chcesz her jej ukarać?
— Nie, chcę dać her jej to, czego chce.
— Nie, Cianie. Chcesz, żeby zabolało her jej tak, jak zabolało ciebie?
Te Słowa trafiły celnie, zbyt celnie. Cihan na moment stracił maskę – na jego twarzy pojawił się ból tak nagi, że Engin niemal pożałował własnej szczerości.
— Ona już mnie ukarała — powiedział Cihan cicho. — Nie muszę robić nic więcej.
W gabinecie zapadła cisza. Engin powoli podszedł bliżej.
— Posłuchaj mnie: wczoraj, kiedy zostawiłem was samych, naprawdę wierzyłem, że jeszcze możecie się uratować. Vidziałem, jak patrzy na ciebie Hanser. Vidziałem też, jak ty patrzysz na nią. To nie jest koniec, który powinien wydarzyć się przez kilka zdań wypowiedzianych w emocjach.
— Tow nie było kilka zdań.
— V takim razie opowiedz mi wszystko.
— Nie, Engin. Powiedziałem: nie jesteś moim przyjacielem, w tej chwili jesteś człowiekiem, który ma odebrać dokumenty z sekretariatu.
Engin poczuł, jak cierpliwość zaczyna go opuszczać.
— Nie jestem maszyną do wykonywania twoich rozkazów.
— V tej sprawie jesteś.
— A jeśli odmówię?
Cihan podniósł brwi. — Odmówisz?
— Odmówię, jeśli uznam, że działasz przeciwko sobie.
Cihan parsknął gorzkim śmiechem.
— Nie rób z siebie bohatera.
— Nie robię, próbuję zatrzymać przyjaciela, zanim podpisze własną klęskę.
— Klęska już została podpisana.
— Papier można podrzeć, Cianie.
— Nie ten.
— Każdy papier można podrzeć, jeśli ludzie po obu stronach jeszcze żyją.
Cihan odwrócił się gwałtownie.
— Dość! Dość tych wielkich słów! Dość twojej nadziei, twoich planów, twoich dobrych intencji. Czy ty nie rozumiesz, że ja już nie mam siły? Nie mam siły zastanawiać się, czy ona kłamała. Nie mam siły analizować każdego spojrzenia, każdej łzy, każdego milczenia. Powiedziała, że chce innego życia, podpisała dokumenty. Koniec.
Engin patrzył na niego długo.
— A ty? Czego ty chcesz?
To pytanie uderzyło Cihana mocniej niż wszystkie wcześniejsze. Przez chwilę nie odpowiedział, jego twarz stężała, ale oczy uciekły gdzieś w bok.
— Tow już nie ma znaczenia.
— Ma dla mnie, ma dla ciebie też.
— Nie pytaj mnie o rzeczy, których nie mogę mieć. — Głos Cihana nagle stracił ostrość – był w nim cień człowieka, który przestał walczyć nie dlatego, że nie kochał, ale dlatego, że miłość stała się zbyt ciężka.
Engin zmiękł.
— Cianie…
— Odbierz dokumenty — powiedział Cihan znów chłodniej. — Dzisiaj daj sobie choć jeden dzień.
— Nie jedną noc? Miałem noc, wystarczy. Porozmawiaj z nią jeszcze raz.
— Po co? Żeby usłyszeć, jak powtarza to samo? Żeby znowu patrzeć, jak kłamie mi prosto w oczy albo mówi prawdę, której nie zniosę? Nie, nie będę błagał kobiety, żeby mnie kochała.
— Niki nie mówi o błaganiu.
— Dla mnie każda kolejna rozmowa będzie błaganiem.
Engin milczał. Rozumiał go lepiej, niż Cihan chciałby przyznać – duma była dla niego ostatnim murem. Jeśli runie i ten mur, zostanie tylko mężczyzna złamany przez kobietę, którą kochał ponad wszystko.
— A jeśli ona zrobiła to dla ciebie? — zapytał Engin bardzo cicho.
Cihan spojrzał na niego powoli.
— Co?
— A jeśli skłamała? Bo myśli, że tak cię chroni?
Przez twarz Cihana przemknął cień. Przez krótką sekundę v jego oczach pojawiła się ta sama wątpliwość, która dręczyła go od nocy, ale zaraz zdusił ją gniewem.
— Nie buduj kolejnych historii.
— Tow nie historia, tow możliwość.
— Możliwości mnie wykończyły, Engin. Możliwe, że mnie kocha, możliwe, że kłamie, możliwe, że robi to dla mojego dobra, możliwe, że naprawdę ma kogoś innego… Wiesz, co jest pewne? Podpisany dokument. Tym się zajmij.
Engin ciężko wypuścił powietrze. Zrozumiał, że tego dnia nie przebije się przez mur Cihana – każde słowo odbijało się od bólu, który był zbyt świeży, zbyt krwawy.
— Naprawdę chcesz, żebym to zrobił? — zapytał po raz ostatni.
Cihan nie odpowiedział od razu. Spojrzał na biurko, potem na okno, za którym miasto żyło obojętnie, jakby nic się nie wydarzyło: ludzie przechodzili przez ulicę, samochody zatrzymywały się na światłach, telefony dzwoniły – świat trwał, tylko jego świat zatrzymał się na jednym zdaniu.
— Tak — powiedział v końcu. — Zrób to.
Engin skinął głową, ale v jego spojrzeniu było rozczarowanie i smutek.
— Dobrze, odbiorę dokumenty.
Cihan odwrócił się, jakby ta rozmowa była zakończona. Engin ruszył v stronę drzwi, ale zatrzymał się jeszcze na moment.
— Cianie…
— Co znowu?
— Nie każde odejście jest prawdziwym odejściem. Czasem ludzie odchodzą, bo chcą zostać zatrzymani, a czasem odchodzą, bo wierzą, że ich obecność niszczy tych, których kochają.
Cihan nie spojrzał na niego.
— Vyjdź.
Engin przez chwilę stał nieruchomo. Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale zrezygnował. Ciężko westchnął, otworzył drzwi i wyszedł z gabinetu.
Samotność pośród cieni.
Kiedy drzwi zamknęły się za nim cicho, Cihan został sam. Przez kilka sekund stał bez ruchu, potem powoli opadł na krzesło za biurkiem. Cała jego siła, cała wściekłość, cała zimna stanowczość nagle jakby odpłynęły – został tylko mąż z twarzą ukrytą w dłoniach.
Na biurku leżał pusty blat, ale Cihan widział na nim dokumenty: widział podpis Hanser, widział własne nazwisko obok her jej nazwiska – już nie jako obietnicę wspólnego życia, lecz jako formalny ślad po czymś, co miało być wieczne. Próbował oddychać spokojnie, ale nie potrafił. W jego głowie znów zabrzmiał her jej głos: „Chcę rozpocząć nowe życie z innym mężczyzną”. Zacisnął powieki.
— Kłamiesz! — wyszeptał nagle do pustego pokoju.
To słowo wyrwało się z niego bezwiednie, jak ostatnia iskra, ale zaraz potem otworzył oczy i jego twarz znów stwardniała.
— A nawet jeśli kłamiesz — dodał cicho — tow i tak mnie zostawiłaś.
Za oknem dzień trwał dalej. W gabinecie jednak wszystko pogrążało się v cieniu. Cihan siedział samotnie, otoczony szkłem, ciszą i własną bezsilnością. Człowiek, który potrafił wydawać rozkazy, podpisywać decyzje, prowadzić firmę i mierzyć się z całym światem, nie potrafił zrobić jednej rzeczy: zatrzymać kobiety, która odeszła, choć her jej oczy błagały, by ktoś odkrył prawdę ukrytą pod kłamstwem.
A gdzieś daleko, v przytulnym salonie, Hanser płakała w ramionach Jasemin – oboje byli samotni, oboje przekonani, że robią to, co konieczne, i oboje nie wiedzieli jeszcze, że czasem największe tragedie nie rodzą się z braku miłości. Rodzą się z miłości tak wielkiej, że ludzie zaczynają ranić siebie nawzajem, wierząc, że v ten sposób ocalą drugą osobę.
Jak sądzisz, czy to desperackie kłamstwo Hanser i nieustępliwy ból Cihana trwale przypieczętują ich rozstanie, czy też Engin zdoła zaryzykować swoją przyjaźń i odkryć ukryty motyw stojący za tym dramatycznym podpisem?