
C podąża za ostatnim sygnałem Hanser. Czy zdąży ją uratować?
W ponurym, gęstym lesie C rozpaczliwie poszukuje zaginionej żony. Nie zamierza się poddać ani opuścić tego miejsca, dopóki nie odnajdzie Hanser. Nie wie jednak, że wycieńczona, ranna i ledwo przytomna kobieta znajduje się zaledwie kilkaset kroków od niego.
Słysząc w oddali głos ukochanego, Hanser próbuje zebrać resztki sił. Wspomnienia szczęśliwych chwil spędzonych z Cihanem i ich synkiem Efehanem przypominają jej, że wciąż ma dla kogo walczyć.
Kiedy jej głos okazuje się zbyt słaby, by dotrzeć do męża, kobieta zauważa leżącą na ziemi metalową puszkę. Zaczyna uderzać w nią szyszką, tworząc ostatni rozpaczliwy sygnał ratunkowy.
Cion w końcu słyszy metaliczny stukot i biegnie w jego stronę. Jednak dźwięk staje się coraz słabszy, a Hanser traci przytomność. Czy Cion zdoła odnaleźć ją, zanim będzie za późno? Czy ich miłość po raz kolejny okaże się silniejsza niż dramatyczny los, który próbuje ich rozdzielić?
Las zdawał się nie mieć końca. Gęste korony drzew niemal całkowicie zasłaniały niebo, sprawiając, że nawet w środku dnia między mokrymi pniami panował ponury półmrok.
Chłodny wiatr poruszał gałęziami, strącając na ziemię ciężkie krople wody. Opadały na warstwę igliwia, zwiędłych liści i połamanych gałązek, tworząc jednostajny, niepokojący szmer.
Gdzieś w oddali rozlegało się szczekanie psów tropiących. Co jakiś czas między drzewami migały światła latarek, a krótkie polecenia policjantów mieszały się z trzaskiem łamanych krzewów.
Funkcjonariusze rozchodzili się w różnych kierunkach, zaglądali pod powalone pnie, sprawdzali głębokie zagłębienia terenu i nawoływali zaginioną kobietę. Jednak żaden z ich głosów nie brzmiał tak rozpaczliwie jak głos Ciana.
Hanser! – krzyczał, biegnąc między drzewami. Nie zwracał uwagi na gałęzie uderzające go w twarz ani na kolce rozdzierające materiał jego płaszcza. Biała koszula była ubrudzona błotem, włosy przykleiły się do wilgotnego czoła, a oddech stawał się coraz cięższy. Nie zwalniał jednak nawet na chwilę.
Każdy cień przypominał mu leżącą na ziemi postać. Każdy poruszający się krzew budził nadzieję, że za chwilę zobaczy znajomą twarz. Za każdym razem spotykało go jednak tylko rozczarowanie.
Hanser! – zawołał jeszcze głośniej. Echo poniosło jej imię w głąb lasu, lecz odpowiedziało mu jedynie złowrogie skrzypienie drzew.
Cian zatrzymał się na kilka sekund i rozejrzał dookoła. Jego oczy były zaczerwienione ze zmęczenia i strachu. Od wielu godzin niemal nie przestawał biegać. Nie jadł, nie pił i nie pozwolił sobie nawet na chwilę odpoczynku.
Myśl, że w czasie, gdy on zatrzyma się choćby na minutę, Hanser może samotnie walczyć o życie, nie dawała mu spokoju.
Przycisnął dłonie do ust i ponownie krzyknął:
– To ja, Cio! Jestem tutaj! Nie bój się, tylko daj mi jakiś znak!
Kiedy znów ruszył przed siebie, drogę zagrodził mu mężczyzna w jasnej kurtce z kożuchem. Był jednym z ludzi koordynujących poszukiwania. Na jego twarzy malowało się zmęczenie, lecz starał się zachować spokój.
– Cio, zaczekaj! – powiedział, chwytając go za ramię.
Cian gwałtownie się odwrócił.
– Nie mam czasu. Muszę jej szukać.
– Wiem. Wszyscy jej szukamy. Właśnie dostałem informację, że od północnej strony jedzie kolejna ekipa. Przywożą dwa psy tropiące i sprzęt termowizyjny. Będą przeczesywać teren znacznie dokładniej.
– To niech przeczesują. Ja idę dalej.
– Posłuchaj mnie. Powinieneś do nich dołączyć. Psy potrzebują rzeczy należącej do Hanser. Twoja obecność może też pomóc w ustaleniu miejsc, do których mogła próbować dotrzeć.
– Nie odejdę stąd.
– Nie proszę, żebyś zrezygnował. Chodzi tylko o kilka minut.
Cian wyrwał ramię z jego dłoni.
– Kilka minut? Wiesz, ile może znaczyć kilka minut dla rannego człowieka? Wiesz, co może wydarzyć się w ciągu kilku minut, kiedy ktoś leży samotnie w takim lesie?
– Rozumiem twoje emocje…
– Nie, nie rozumiesz! – przerwał mu Cian. – To nie twoja żona zaginęła. To nie matka twojego dziecka. Może leżeć gdzieś pod drzewem i czekać, aż ją odnajdziesz.
Koordynator zacisnął usta. Nie odpowiedział od razu. Pozwolił Cianowi wyrzucić z siebie gniew, wiedząc, że pod nim krył się paraliżujący strach.
– Nawet jeśli Hanser jest ranna, nie mogła odejść daleko – powiedział w końcu spokojniej. – Teren jest trudny. Jest tu dużo stromych zboczy, korzeni i gęstych krzaków. Musi być gdzieś w pobliżu. Znajdziemy ją.
– „Musi być” to za mało. Powiedz mi, że żyje.
Mężczyzna zamilkł.
– Powiedz mi, że na pewno żyje – powtórzył Cian, tym razem znacznie ciszej. W jego głosie nie było już gniewu. Została tylko bezradność.
Koordynator spuścił wzrok.
– Nie mogę ci tego obiecać.
Cian patrzył mu prosto w oczy jeszcze przez chwilę. Potem cofnął się o krok, jakby usłyszane słowa fizycznie go zabolały.
– W takim razie nie próbuj mnie zatrzymywać.
– Nie chcę cię zatrzymywać. Chcę tylko, żebyś działał rozsądnie.
– Rozsądnie? – Cian gorzko się roześmiał. – Moja żona została skrzywdzona. Zaginęła. Nie wiem, czy jest przytomna, czy oddycha, czy nie zamarza… A ty mówisz mi o rozsądku?
– Jeżeli sam się zgubisz albo zrobisz sobie krzywdę, będziemy musieli szukać dwóch osób.
– Nie zgubię się.
– Skąd możesz mieć pewność?
– Bo Hanser mnie poprowadzi.
Mężczyzna zmarszczył brwi, nie rozumiejąc.
Cian spojrzał w głąb lasu.
– Ona wie, że przyjdę. Obiecałem jej, że zawsze ją odnajdę. Bez względu na to, gdzie będzie i co nas rozdzieli, nie złamię tej obietnicy.
Nie czekając na odpowiedź, ominął koordynatora i ruszył dalej.