
Hanser i Beza spadają z urwiska. Dla Bezy nie istnieją już żadne granice. Przebrana za lekarkę porywa Hanser ze szpitala i wywozi ją w odludne miejsce położone na skraju lasu. Tam rozpoczyna się bezlitosny pościg. Przerażona Hanser ucieka przed kobietą uzbrojoną w nóż, jednak każda kolejna ścieżka prowadzi ją coraz bliżej śmiertelnie niebezpiecznego urwiska.
W tym samym czasie w rezydencji Develioglu dochodzi do konfrontacji, która na zawsze odmieni los rodziny. Cihan oskarża Mukader o zniszczenie życia Sili i ujawnia, że Beza porwała jego żonę. Gdy matka odpowiada z lodowatą obojętnością, Cihan wypowiada słowa, których nigdy nie odważył się powiedzieć wcześniej. Chwilę później Metin również staje przeciwko niej, zrywając więź, która przez lata łączyła ich z matką.
Na szczycie urwiska Beza wyznaje, że dla Cihana jest gotowa zrobić wszystko. Gdy rzuca się z nożem na Hanser, między kobietami wybucha dramatyczna walka. Jeden nieostrożny ruch wystarcza, aby obie straciły równowagę i runęły w przepaść. Czy Hanser przeżyje upadek? Czy Cihan zdąży odnaleźć ukochaną? Czy właśnie nadszedł ostateczny koniec szaleństwa Bezy?
Biały samochód stał nieruchomo na wąskiej drodze biegnącej wzdłuż urwiska. Jego karoseria błyszczała w ostrym świetle dnia, zupełnie nie pasując do ponurej ciszy otaczającego lasu. Po jednej stronie drogi rosły wysokie drzewa, których gęste korony niemal całkowicie zasłaniały niebo. Po drugiej rozciągała się głęboka przepaść, z której dochodził jednostajny szum rzeki. Nie było słychać silnika ani ludzkich głosów. Tylko wiatr poruszał liśćmi i od czasu do czasu uderzał gałęziami o dach samochodu.
Nagle zza drzew wyłoniła się kobieta. Szła powoli, rozglądając się na wszystkie strony. Miała na sobie biały fartuch lekarski starannie zapięty pod szyją. Jej długie czarne włosy wyglądały jednak zbyt idealnie. Była to peruka. Pod maseczką chirurgiczną kryła się Beza. Jej oczy zdradzały wszystko. Nie było w nich ani spokoju, ani rozsądku. Płonęły gorączkowym blaskiem człowieka, który od dawna zatracił kontakt z rzeczywistością.
Beza zatrzymała się przy bagażniku samochodu i przez kilka sekund patrzyła na zamkniętą klapę, jakby to, co znajdowało się w środku, miało przypieczętować los kilku osób.
— Już prawie koniec — wyszeptała. — Jeszcze tylko jeden krok i wszystko wróci na swoje miejsce.
Wyjęła kluczyk i nacisnęła przycisk. Kierunkowskazy zamigotały, a cichy dźwięk odblokowanego zamka przeciął ciszę. Uniosła klapę bagażnika. W środku znajdowały się gaśnica, koc, kilka pustych opakowań po lekach oraz długi nóż.
Gdy wyciągnęła rękę po broń, ktoś nagle chwycił gaśnicę z drugiej strony. Beza odskoczyła zaskoczona. Ciężki zbiornik uderzył o krawędź bagażnika, a nóż spadł na asfalt z metalicznym brzękiem.
— Co robisz?! — krzyknęła.
W bagażniku leżała Hanser. Blada, wyczerpana, ale wciąż przytomna. Kurczowo trzymała uchwyt gaśnicy. Jeszcze chwilę wcześniej była związana i niemal pozbawiona sił, jednak zdołała poluzować więzy, gdy Beza zatrzymała samochód.
W oczach Hanser mieszały się strach i determinacja.
— Nie zbliżaj się do mnie!
Beza zdjęła maseczkę i uśmiechnęła się z pogardą.
— Naprawdę myślisz, że możesz przede mną uciec?
— Nie wiem, czego ode mnie chcesz, ale to już koniec.
Beza roześmiała się cicho.
— Nic się nie skończyło. Wszystko dopiero się zaczyna.
Hanser szarpnęła gaśnicę z całej siły. Beza straciła równowagę i uderzyła biodrem o zderzak samochodu. To wystarczyło. Hanser wyskoczyła z bagażnika, przeskoczyła nad leżącym na ziemi nożem i rzuciła się do ucieczki w stronę lasu. Biegła, nie oglądając się za siebie.
Za jej plecami rozległ się wściekły syk.
Beza podniosła nóż i ruszyła w pościg.
— Hanser! Stój!
Gałęzie smagały twarz uciekającej kobiety, ciężkie buty ślizgały się na mokrej ziemi, a serce biło tak mocno, że niemal zagłuszało wszystkie inne dźwięki. Mimo narastającego zmęczenia Hanser nie zwalniała ani na chwilę, wiedząc, że jeśli upadnie, Beza dopadnie ją bez najmniejszego wahania.
Hanser biegła przed siebie, nie wiedząc nawet, dokąd prowadzi leśna ścieżka. Wybierała jedynie miejsca, gdzie krzewy były rzadsze, mając nadzieję, że zdoła zgubić prześladowczynię. W myślach widziała twarz Cihana. Przypominała sobie jego spojrzenie, ostatnią rozmowę, wszystkie niewypowiedziane słowa i uczucia, których żadne z nich nie potrafiło już ukryć.
Znajdź mnie… Proszę, nie pozwól jej mnie zabić… – błagała w duchu.
Nagle potknęła się o wystający korzeń i z impetem upadła na kamienistą ziemię. Ból przeszył jej dłonie i kolana. Za plecami usłyszała znajomy śmiech.
— Mam cię, Hanser!
Nie czekając ani chwili, poderwała się z ziemi. Ostrze noża przecięło powietrze tuż obok jej ramienia.
— Jesteś szalona! — krzyknęła.
— To ty doprowadziłaś mnie do szaleństwa! Ty odebrałaś mi wszystko!
— Niczego ci nie odebrałam!
— Odebrałaś mi Cihana!
Głos Bezy odbijał się echem między drzewami.
Daleko od lasu, w rezydencji Develioglu, panowała ciężka cisza. Mukader siedziała w czerwonym fotelu przy oknie. W jednej dłoni trzymała papierosa, w drugiej filiżankę czarnej kawy. Wyglądała tak spokojnie, jakby tragedie ostatnich godzin dotyczyły zupełnie obcych ludzi.
Drzwi otworzyły się z hukiem.
Do pokoju wszedł Cihan.
Jego twarz była napięta, oczy zaczerwienione, a dłonie zaciśnięte w pięści. Przez całą drogę próbował opanować gniew, ale widok matki sprawił, że stracił resztki cierpliwości.
Mukader spojrzała na niego chłodno.
— Wreszcie wróciłeś. Zaczynałam się zastanawiać, czy jeszcze pamiętasz o swojej rodzinie.
Cihan zatrzasnął drzwi.
— Nie mów mi teraz o rodzinie.
Kobieta uniosła brwi.
— Dlaczego to słowo nagle stało się dla ciebie takie niewygodne?
— Bo ty sprawiłaś, że przestało cokolwiek znaczyć.
Mukader spokojnie zgasiła papierosa.
— Znowu przesadzasz. Wszystko przez tę dziewczynę.
— „Tę dziewczynę”? Mówisz o Sili? O kobiecie, której zniszczyłaś życie tylko dlatego, że chciałaś mieć rację?
Mukader nawet nie drgnęła.
— Terapia przyniosła oczekiwane rezultaty.
Cihan zamarł.
— Terapia?
— Tak. Czasami człowiek potrzebuje wstrząsu, żeby przejrzeć na oczy.
Mężczyzna zrobił krok w jej stronę.
— To nie była żadna terapia. Sprowadziłaś ją tutaj. Powiedziałaś jej rzeczy, których nigdy nie powinna usłyszeć. Zniszczyłaś cały jej świat, a teraz udajesz, że zrobiłaś to dla jej dobra.
— Nie odpowiadam za jej słabość.
— Ona była w ciąży!
Mukader przez chwilę milczała.
— Wiem.
To jedno słowo wystarczyło.
Cihan patrzył na matkę z niedowierzaniem.
— Wiedziałaś…
Sięgnęła po kolejnego papierosa, lecz Cihan wyrwał jej paczkę z ręki i rzucił nią o podłogę.
— Wiedziałaś!
— Nie podnoś na mnie głosu.
— Odpowiedz!
Mukader spojrzała mu prosto w oczy.
— Tak. Wiedziałam.
Cihan cofnął się o krok, jakby został uderzony. Przez kilka sekund nie potrafił wydobyć z siebie ani jednego słowa.
W końcu odezwał się cicho.
— Przez ciebie wczoraj straciła dziecko.
Mukader odwróciła wzrok.
— To było nieszczęśliwe wydarzenie.
— Nie! To była twoja wina! Upokorzyłaś ją. Odebrałaś jej poczucie bezpieczeństwa. Zostawiłaś ją samą wtedy, kiedy najbardziej cię potrzebowała.
Mukader westchnęła z irytacją.
— Emocje znowu przesłaniają ci rozsądek. Najpierw Hanser, teraz Sila. Każda kobieta staje się dla ciebie ważniejsza od własnej rodziny.
Cihan spojrzał na nią z bólem.
— Nie mów mi więcej o rodzinie…
— Wszystko, co robiłam, robiłam dla nazwiska Develioglu.
— Nie. Robiłaś to wyłącznie dla własnej władzy.
Między nimi zapadła ciężka cisza.
Po raz pierwszy Mukader dostrzegła w oczach syna coś, czego nigdy wcześniej tam nie widziała.
Nie był to już gniew.
To była całkowita utrata szacunku.
Mukader patrzyła na Cihana chłodno, jednak głęboko w jej oczach pojawił się pierwszy cień niepokoju. Nigdy wcześniej jej syn nie mówił do niej w taki sposób. Złościł się, sprzeciwiał, czasami odchodził, ale zawsze wracał. Zawsze istniała między nimi niewidzialna granica, której żadne z nich nie przekraczało.
Tym razem ta granica przestała istnieć.
— Wszystko, co robiłam, robiłam po to, żeby chronić tę rodzinę — powiedziała Mukader.
Cihan pokręcił głową.
— Nie chroniłaś rodziny. Chroniłaś własną władzę.
— To dzięki mojej władzy ten dom nadal istnieje.
— Ten dom istnieje tylko z zewnątrz. W środku od dawna jest pusty.
Cihan oddychał ciężko. Każde kolejne słowo sprawiało mu ból, ale wiedział, że nie może już milczeć.
Mukader patrzyła na niego nieruchomo.
— Coś się w tobie zmieniło.
— Tak. Zrozumiałem, że przez całe życie pozwalałem ci niszczyć ludzi.
Kobieta milczała.
— Myślałem, że za twoim chłodem kryje się miłość. Że twoje okrucieństwo jest tylko sposobem ochrony rodziny. Że kiedy ranisz innych, robisz to ze strachu.
Cihan zrobił krok bliżej.
— Ale myliłem się.
W pokoju zapadła cisza.
— Ty nie chronisz nikogo, mamo. Ty niszczysz każdego, kogo nie potrafisz kontrolować.
Mukader cofnęła się lekko.
— Uważaj na słowa.
— Przez całe życie uważałem na słowa. Milczałem, bo byłaś moją matką. Wmawiałem sobie, że pewnego dnia zrozumiem twoje decyzje.
Jego głos zaczął drżeć.
— Ale Hanser teraz walczy o życie, bo przez lata pozwalałaś Bezie wierzyć, że wszystko jej wolno. Sila straciła dziecko, bo chciałaś pokazać wszystkim, że tylko ty decydujesz, kto ma prawo należeć do tej rodziny.
Mukader patrzyła na niego z gniewem.
— Jestem twoją matką.
Cihan pokręcił głową.
— Nie. Matka nie patrzy spokojnie, kiedy jej dzieci cierpią. Matka nie wykorzystuje ich słabości. Matka nie buduje swojej pozycji na cudzym bólu.
Zapadła długa cisza.
— Wszystko, co masz, zawdzięczasz mnie — powiedziała Mukader.
Cihan spojrzał jej prosto w oczy.
— Być może. Ale wszystko, co straciłem, również zawdzięczam tobie.
Mukader zbladła.
— Ty jesteś czarną plamą w moim życiu.
Nie zdążyła odpowiedzieć.
Z korytarza dobiegł odgłos kroków.
W drzwiach pojawił się Metin.
Stał tam już od kilku chwil i słyszał znaczną część rozmowy. Jego twarz była spokojna, ale w oczach było widać decyzję, której nie można było już cofnąć.
Podszedł do brata i stanął obok niego.
Mukader spojrzała na starszego syna.
— Metin… porozmawiaj z nim.
— Nie.
Kobieta zmarszczyła brwi.
— Pozwolisz mu mówić do mnie w ten sposób?
Metin milczał przez chwilę.
— Po raz pierwszy mówi prawdę.
Mukader patrzyła na niego z niedowierzaniem.
— Ty też?
Metin westchnął.
— Przez lata usprawiedliwiałem twoje zachowanie. Powtarzałem sobie, że jesteś surowa, bo życie nie dało ci wyboru. Że kochasz nas na swój własny sposób.
Zrobił krótką przerwę.
— Myliłem się.
Mukader nie wierzyła własnym uszom.
— Jak śmiesz?
— Śmiem, bo przez nasze milczenie cierpieli niewinni ludzie. Hanser. Sila. Wszyscy.
Kobieta uniosła głowę.
— Stajecie przeciwko mnie z powodu obcych kobiet?
Metin odpowiedział spokojnie:
— One nie są obce.
Po chwili dodał:
— A nawet gdyby były, nadal zasługiwałyby na szacunek.
Mukader patrzyła na dwóch synów stojących przed nią.
— Jestem waszą matką.
Metin spojrzał jej prosto w oczy.
— Byłaś.
To jedno słowo sprawiło, że kobieta znieruchomiała.
— Dla nas już nie istniejesz. Wszystko się skończyło.
— Nie możecie tego zrobić…
— Właśnie to zrobiliśmy.
Mukader spojrzała najpierw na Metina, potem na Cihana.
Po raz pierwszy w jej twarzy pojawił się prawdziwy strach.
Nie strach przed policją.
Nie przed skandalem.
Nie przed utratą majątku.
Bała się samotności.
— Pożałujecie tego — wyszeptała.
Cihan wyjął telefon. Na ekranie pojawiła się wiadomość z lokalizacją Hanser.
— Jedyną rzeczą, której żałuję, jest to, że nie zrobiłem tego wcześniej.
Odwrócił się i ruszył do drzwi.
Metin położył mu dłoń na ramieniu.
— Jadę z tobą.
Obaj wyszli.
Mukader została sama w pustym pokoju.
Tymczasem daleko w lesie Hanser stała kilka kroków od krawędzi urwiska.
Za jej plecami nie było już drogi ucieczki.
Przed nią była tylko przepaść.
Hanser stała na skraju urwiska. Od krawędzi dzieliły ją zaledwie trzy kroki. Ziemia była wilgotna, nierówna i porośnięta niskimi krzewami. Daleko w dole znajdowały się skały i rzeka, która z tej wysokości wyglądała jak cienka srebrna linia.
Odwróciła się powoli.
Beza wyszła z lasu znacznie wolniej niż wcześniej. Jej biały fartuch był rozdarty, czarna peruka zsunęła się z głowy, odsłaniając prawdziwe włosy. W dłoni nadal trzymała nóż.
Wiedziała, że pościg dobiegł końca.
Przez chwilę patrzyła na Hanser z triumfem.
Wiatr uniósł poły jej fartucha. Beza zdjęła perukę i odrzuciła ją na ziemię.
— Co się stało? — zapytała z drwiącym uśmiechem. — Nie masz już dokąd biec, moja mała myszko.
Hanser spojrzała za siebie. Zobaczyła przepaść.
— Beza… posłuchaj mnie.
Próbowała opanować oddech.
— Nie musisz tego robić.
Beza roześmiała się cicho.
— Oczywiście, że muszę.
— Odłóż nóż. Możemy wrócić do samochodu. Nikt nie musi zostać ranny.
Uśmiech Bezy zniknął.
— Naprawdę myślisz, że po tym wszystkim po prostu wrócimy razem do samochodu?
— Pomogę ci. Ty potrzebujesz pomocy.
— Nie potrzebuję twojej litości.
— To nie litość.
Beza spojrzała na nią z niedowierzaniem.
— Więc co?
Hanser milczała przez chwilę.
— Chcę żyć.
Te słowa zawisły między nimi.
Uśmiech Bezy powoli zniknął.
— Ty zawsze chcesz wszystkiego — powiedziała. — Chcesz żyć. Chcesz być kochana. Chcesz mieć Cihana. Jego dom. Jego rodzinę. Jego dziecko.
— To nie chodzi o Cihana.
Beza prychnęła.
— Zawsze chodzi o Cihana.
— Nie dla mnie.
— Kłamiesz.
Beza zrobiła krok do przodu.
Hanser cofnęła się odruchowo, ale kamień pod jej butem osunął się i spadł w przepaść.
Beza spojrzała w dół, a potem znowu na nią.
— Słyszysz? — wyszeptała. — Nawet ziemia chce, żebyś zniknęła.
W tym samym czasie w rezydencji telefon Cihana zawibrował w kieszeni.
Mężczyzna natychmiast go wyjął.
Na ekranie pojawiło się nazwisko ochroniarza.
— Mów.
— Panie Cihan, znaleźliśmy nagranie z kamery przy szpitalu. Kobieta przebrana za lekarkę wyprowadziła panią Hanser tylnym wyjściem.
Cihan zamknął oczy.
Choć się tego spodziewał, usłyszenie tych słów sprawiło, że poczuł lodowaty ucisk w piersi.
— To była Beza?
— Prawdopodobnie tak. Samochód zarejestrowano na drodze prowadzącej w stronę lasów za miastem.
— Wyślijcie mi lokalizację natychmiast. Powiadomcie policję i jedźcie tam.
— Już ruszyliśmy.
Cihan rozłączył się.
Mukader obserwowała go w milczeniu.
— Co się stało?
Cihan spojrzał na nią.
— Beza porwała Hanser.
Przez chwilę w pokoju panowała całkowita cisza.
Mukader nawet nie drgnęła.
Nie zapytała, czy Hanser żyje.
Nie zapytała, gdzie jest.
Powiedziała tylko:
— Powinieneś był lepiej chronić swoją żonę.
Cihan poczuł, jak ostatnia nić łącząca go z matką pęka.
— Co powiedziałaś?
— Skoro wiedziałeś, że Beza jest niestabilna, twoim obowiązkiem było przewidzieć niebezpieczeństwo.
— Moim obowiązkiem?
Jego głos stał się lodowaty.
— To ty pozwalałaś jej wracać. Ty ukrywałaś jej kłamstwa. Ty usprawiedliwiałaś każde jej szaleństwo, dopóki było wymierzone w Hanser.
Mukader zacisnęła usta.
— Nie wiedziałam, że posunie się tak daleko.
Cihan podszedł bliżej.
— Wiedziałaś wszystko, czego nie chciałaś wiedzieć.
— Uważaj na słowa.
Mężczyzna zatrzymał się kilka centymetrów przed nią.
— Przez całe życie uważałem na słowa.
Jego głos drżał.
— Milczałem, bo byłaś moją matką. Wmawiałem sobie, że za twoim chłodem kryje się miłość. Że twoje okrucieństwo jest tylko sposobem ochrony rodziny.
Spojrzał jej prosto w oczy.
— Ale myliłem się.
Zapadła cisza.
— Ty nie chronisz nikogo.
Cihan zacisnął pięści.
— Ty niszczysz każdego, kogo nie potrafisz kontrolować.
Mukader cofnęła się o pół kroku.
— Hanser teraz walczy o życie, ponieważ przez lata pozwalałaś Bezie wierzyć, że wszystko jej wolno.
— Sila straciła dziecko, ponieważ chciałaś pokazać, że tylko ty decydujesz, kto ma prawo być częścią tej rodziny.
Cihan odwrócił wzrok.
— A ja pozwalałem ci na to za długo.
Mukader patrzyła na niego z mieszaniną gniewu i strachu.
Po raz pierwszy zrozumiała, że może naprawdę stracić swoich synów.