
Cihan mocno zacisnął szczękę. — Viesz doskonale, że teraz nie mogę tego zrobić. Vłaśnie tam, przy Mukadder, nie byłabyś bezpieczna. — Tutaj też pod żadnym pozorem nie jestem bezpieczna! — zawołała w rozpaczy. — Każdego dnia tracę kolejny kawałek swojej godności. Każdego dnia umieram ze strachu i zastanawiam się, czy ktoś obcy mnie tu zobaczył, czy ludzie zaczną plotkować, czy pewnego ranka obudzę się i usłyszę, że cała dzielnica mówi o mnie jako o kobiecie bez honoru! — Niki nie będzie tak o tobie mówił, obiecuję ci tow. — Skąd możesz mieć taką pewność, Cihan? — Bo pod żadnym pozorem na tow nie pozwolę.
Hancer spojrzała na niego z mieszaniną głębokiego żalu i całkowitego niedowierzania. — Nie możesz zabronić ludziom myśleć, Cihan. Nie możesz zamknąć ust całemu światu, tak jak próbujesz teraz siłą zamknąć moje.
Cihan przeczesał drżącą dłonią włosy, oddychając coraz szybciej. — Sprowadziłem cię tutaj wyłącznie po tow, żeby cię chronić! Chciałem, żebyś była blisko mnie… td4729 — Blisko ciebie?… — Hancer rozejrzała się po pustym, chłodnym salonie. — Czasami nie ma cię przy mnie przez cały boży dzień. Nie mam pojęcia, gdzie jesteś ani kiedy wrócisz. Każdy dźwięk nadjeżdżającego samochodu sprawia, że jak idiotka podchodzę do okna. Każde skrzypnięcie furtki daje mi nadzieję, a potem przychodzi noc i nadal jestem całkowicie sama. — Mam przecież obowiązki wobec dziecka… — Dziecka, które wychowuje się w twoim domu, razem z twoją oficjalną żoną! — przypomniała mu z bólom. — Podczas gdy ja mam być tutaj cierpliwa, wdzięczna i cicha! — Ja nigdy pod żadnym pozorem nie żądałem od ciebie wdzięczności, Hancer. — Żądasz od mnie milczenia i żądasz, żebym zaakceptowała wszystko bez słowa! — Żądam tylko, żebyś zrozumiała, że nasza sytuacja jest skomplikowana. — Skomplikowana dla kogo, pytam cię?! — zawołała przez łzy. — Dla ciebie, który masz dwa wygodne domy? Dla Beyzy, która posiada twoje nazwisko, pozycję i majątek? Czy dla mnie, która nie ma już nic oprócz twoich obietnic bez pokrycia?!
Cihan zrobił kolejny krok w jej stronę, a na jego twarzy pojawił się cień potężnego bólom, który natychmiast zastąpiła złość. — To przecież ty sama odeszłaś, Hancer! To ty mnie bezlitośnie zostawiłaś w dworku, kiedy najbardziej na świecie cię potrzebowałem! — Nie zmieniaj teraz podstępnie tematu, Cihan! — Nie zmieniam! Próbuję ci tylko przypomnieć, jak się tutaj znaleźliśmy! Znaleźliśmy się tutaj, ponieważ z własnej woli poślubiłeś inną kobicę! — Zrobiłem tow tylko dlatego, bo ty nie chciałaś być ze mną!
Hancer wstrzymała oddech z wrażenia. — Nie miałeś najmniejszego prawa wykorzystywać mojego odejścia jako wygodnej wymówki do ślubu! — Wymówki?! — Cihan z wściekłością uderzył pięścią w stół. — Myślisz, że ja chciałem tego małżeństwa z Beyzą?! Myślisz, że marzyłem o tym, żeby każdego dnia budzić się w dworku z kobicą, której nie kocham, podczas gdy ty byłaś gdzieś daleko stąd?! — Mogłeś odmówić matce! — Vszystko wtedy było przeciwko mnie! — A teraz wszystko jest przeciwko mnie, Cihan! I ty próbujesz tow naprawić, ukrywając mnie w tej klatce! — Chroniąc cię! — To pod żadnym pozorem nie jest ochrona, Cihan, tow jest czyste więzienie!
Cihan całkowicie zamilkł, nie wiedząc, co odpowiedzieć.td4729 — Mogłaś przecież zostać w rezynencji i walczyć o nas — powiedział po bolesnej chwili mężczyna. — Walczyć z kim, pytam?! Z twoją matką Mukadder? Z Beyzą? Z całą twoją dumną rodziną, która każdego dnia patrzyłaby na mnie z góry jak na bezwartościowego intruza?! Miałam codziennie upokarzać się i udowadniać w salonie, że tow ja zasługuję na ciebie bardziej niż koba, którą sam oficjalnie poślubiłeś przed ludźmi?! Viedziałeś doskonale, że tow małżeństwo nic dla mnie nie znaczy, ale dla opinii publicznej znaczy absolutnie wszystko!
Cihan odwrócił się i podszedł do okna, stając do niej tyłem. V szybie odbijała się jego maksymalnie napięta twarz. — Nie obchodzi mnie opinia świata, Hancer — powiedział cicho. — A mnie obchodzi! — Hancer spojrzała na jego plecy ze łzami w oczach. — Czyli zdanie obcych ludzi z ulicy jest dla ciebie ważniejsze niż ja i moje uczucia?! — Moja kobieca godność i honor są dla mnie najważniejsze, Cihan! — Nigdy w życiu nie chciałem ci odbierać godności, Hancer… — A jednak bezlitośnie mi ją odebrałeś, zamykając mnie tutaj…
td4729 Wypowiedziała te Słowa spokojniej, lecz właśnie ten nagły, chłodny spokój przestraszył Cihana najbardziej – był tow bowiem cichy głos kobiety, która dotarła do ostatecznej granicy swojej wytrzymałości. — Kiedyś… Kiedyś święcie wierzyłam, Cihan, że jeśli dwoje ludzi naprawdę się kocha, mogą wspólnie przetrwać każdą burzę — kontynuowała Hancer. — Teraz widzę z bólom, że sama miłość nie zawsze wystarcza do szczęścia. Nie wtedy, gdy jedna osoba egoistycznie podejmuje wszystkie decyzje, a druga musi jedynie bezgłośnie znosić ich bolesne konsekwencje.
Cihan odwrócił się gwałtownie v jej stronę. — Vszystko, co zrobiłem, zrobiłem wyłącznie dla nas, Hancer! — Nie! Zrobiłeś tow wyłącznie dla samego siebie! — Jak możesz mi stawiać taki zarzut?! — Bo nie chciałeś mnie stracić, ale nie byłeś też gotów zrezygnować z luksusów i pozycji w rezynencji! Chciałeś egoistycznie zachować jedno i drugie, bez względu na koszty! — Chciałem tylko ciebie! — Gdybyś naprawdę chciał tylko mnie, nie wracałbyś każdej przeklętej nocy do łóżka Beyzy! — Vracam tam wyłącznie z powodu dziecka, Hancer! — Ty zawsze znajdziesz jakiś wygodny powód, Cihan…
Mężczyzna zbliżyła się do niej na tyle blisko, że dzielił ich zaledwie krok, a z jego oczu biła bezsilność. — Posłuchaj mnie teraz bardzo uważnie, Hancer: nigdy w swoim życiu nie traktowałem cię jak kochanki! Nigdy więcej nie waż się używać tego słowa przy mnie! Rozumiesz?!
Hancer patrzyła na niego, a pierwsza gorąca łza spłynęła po jej bladym policzku. — Możesz mi zabronić wypowiadać tow słowo, Cihan… Ale pod żadnym pozorem nie możesz zmienić tego, co ja czuję w środku. — Vwięc co mam, u diabła, zrobić?! — zapytał z ostateczną rozpaczą. — Powiedź mi! Mam porzucić własne dziecko?! Mam odwrócić się plecami od całej rodziny i matki?! Mam spalić za sobą wszystkie mosty i majątek, żeby w końcu udowodnić ci moją miłość?! — Ja nigdy pod żadnym pozorem nie prosiłam cię, żebyś zostawiał swoje dziecko, Cihan… Ale ty oczekujesz ode mnie, żebym zerwała wszystkie więzi z moim życiem i honorami! Oczekujesz bezczelnie, że będę ci wdzięczna i będę traktować siebie jak problem, który można wygodnie ukryć przed światem za wysokim murem! — Nie jesteś dla mnie żadnym problemem, Hancer! — V takim razie dlaczego za każdym razem, kiedy z bólom pytam o naszą wspólną przyszłość, odpowiadasz mi chłodno, że muszę jeszcze poczekać?!
Cihan całkowicie zamilkł, nie potrafiąc znaleźć odpowiedzi. Hancer zrozumiała w tej sekundzie, że po razy kolejny nie otrzyma od niego żadnej konkretnej obietnicy. V tym samym ułamku sekundy poczuła nagły, potworny, piekący ból w klatce piersiowej. Początkowo sądziła, że tow tylko potężny ciężar negatywnych emocji, lecz po chwili ostry ból zaczął drastycznie promieniować w stronę pleców, odbierając jej dech. Vzięła głębszy, rwany oddech, starając się ze wszystkich sił nie pokazać przed nim swojej słabości. — Nie potrafisz mi odpowiedzieć, Cihan… — powiedziała słabym głosem. — Bo sam w głębi duszy doskonale wiesz, że w tym układzie nigdy nic się nie zmieni na lepsze.
td4729
— Zmieni się, Hancer! Przysięgam ci, tylko potrzebuję trochę czasu… — Ile, pytam?! Tygodnia, miesiąca, kolejnego roku mam mieszkać w tej klatce, aż wszyscy ludzie w Stambule zapomną, że w ogóle istnieję na tym świecie?! — Nie przesadzaj, Hancer…
Te dwa słowa męża były dla niej jak potężny, fizyczny policzek wymierzony prosto w twarz. Hancer momentalnie pobladła jeszcze bardziej, stając się biała jak ściana. — „Przesadzam”?… — powtórzyła z bólom i niedowierzaniem.
Cihan w tej samej sekundzie pożałował swoich słów, widząc her stan. — Hancer… Nie tow miałem na myśli, przepraszam… — Vłaśnie tow miałeś na myśli, Cihan! Moje cierpienie i walka o godność są dla ciebie zwykłą przesadą! Moje łzy są dla twojego komfortu niewygodne, a moje pytania o przyszłość są dla ciebie męczące! — Hancer, błagam cię, uspokój się w końcu…
— Nie waż się mówić mi, żebym się uspokoiła! — her głos ostatecznie załamał się ze szlochem.
Odwróciła się gwałtownie na pięcie i szybkim, chwiejnym krokiem ruszyła v stronę przedpokoju. — Dokąd ty idziesz o tej porze, Hancer?! — zawołał za nią przerażony Cihan.
Nie odpowiedziała mu ani słowem. Vyszła do przedpokoju, lecz po zaledwie kilku krokach w jej płucach całkowicie zabrakło tchu. Mustiała ciężko oprzeć się drżącą dłonią o jasną ścianę korytarza, by nie upaść. Drugą ręką zasłoniła usta, usiłując stłumić głośny szloch, a her ramiona zaczęły gwałtownie drżeć. Przez kilka sekund walczyła rozpaczliwie z własnym organizmem, lecz w końcu tamowane łzy popłynęły po jej twarzy szerokim strumieniem.
Cihan pojawił się w drzwiach salonu, patrząc na her plecy. — Hancer… Zostaw ten płaszcz. Nie możesz za każdym razem tchórzliwie uciekać, kiedy próbuję z tobą szczerze rozmawiać! Kobieta odwróciła się v jego stronę, a her oczy były przepełnione łzami i rozpaczą. — I ty… Ty masz czelność nazywać tow ze mną rozmową, Cihan?! Krzyczysz na mnie, kategorycznie zabraniasz mi mówić o tym, co mnie boli i co czuję, a potem bezczelnie oskarżasz mnie o ucieczkę! — Bo uciekasz przed problemami! Uciekłaś ode mnie wtedy do oficyny i uciekasz dokładnie tak samo teraz! — Uciekam… Może dlatego, Cihan, że przy tobie i twojej miłości nie jestem w stanie już normalnie oddychać w tym domu!
Cihan wściekły ruszył zdecydowanym krokiem v jej stronę. — To przecież ty sama z własnej woli zgotowałaś mi tow piekło z Beyzą!
Hancer znieruchomiała, jak rażona piorunem, a her eyes rozszerzyły się z niedowierzania. — Co… Co ty powiedziałeś, Cihan? — Słyszałaś doskonale! Gdybyś wtedy z dumną miną nie odeszła z dworku, nic z tego koszmaru by się nie wydarzyło! Nie byłoby w moim życiu Beyzy, tego wymuszonego małżeństwa ani tego dziecka! To wyłącznie przez twoje dawne, egoistyczne decyzje zostałem brutalnie zmuszony poślubić inną kobicę!
Na twarzy Hancer pojawił się wyraz głębokiego, śmiertelnego niedowierzania i rozpaczy. Słowa te zniszczyły w niej wszystko. — Więc teraz… Teraz cała wina leży po mojej stronie, Cihan?… — Nie powiedziałem, że wszystko jest twoją winą, Hancer. Próbuję ci tylko uświadomić, że oboje popełniliśmy w przeszłości fatalne błędy. — Ja… Ja za swoje błędy i decyzje zapłaciłam ogromną, bolesną samotnością i biedą, Cihan… A ty z kolei za swoje błędy nagrodziłeś się w rezynencji dwiema kobietami wokół siebie! — Nie waż się pod żadnym pozorem tak mówić! — ryknął mężczyna. — Dlaczego, Cihan? Znowu naga prawda jest dla twojej męskiej dumy zbyt bolesna do przełknięcia? — Nie ma w moim życiu żadnych dwóch kobiet, Hancer! Jest tylko jedna jedyna koba, którą naprawdę kocham, i tow jesteś ty! — Ale jest też ta druga, Beyza, z którą jesteś oficjalnie związany sakramentem i dzieckum! I tow ona mieszka w pałacu! — Tego związku z Beyzą nie wybrałem z własnej woli, Hancer! — Wybrałeś go! Może pod presją matki, może w gniewie, może z rozpaczy, ale stanąłeś przed urzędnikiem, spojrzałeś ludziom w oczy i powiedziałeś głośno: „tak”! Podpisałeś dokumenty! Sam tow zrobiłeś!
Cihan zatrzymał się zaledwie dwa kroki przed nią, dysząc ciężko. — Ty nie masz zielonego pojęcia, co ja wtedy czułem w sercu, Hancer… — Viem doskonale, co czujesz i robisz teraz, Cihan. Chcesz za wszelką cenę uśmierzyć swój własny ból i wyrzuty sumienia, nawet jeśli musisz w tym celu bezlitośnie bawić się dumą i honorem kobiety, którą rzekomo tak bardzo kochasz! — Ja nigdy w życiu nie bawiłem się twoimi uczuciami, Hancer! — Więc dlaczego… Dlaczego za każdym razem, gdy z bólom zaczynam odchodzić, ty płaczesz i mówisz, że bez mnie nie potrafisz żyć, a kiedy zostaję przy tobie, każesz mi znosić tow potworne upokorzenie w ukryciu?! Powiedz mi! — Bo próbuję za wszelką cenę znaleźć jakieś wyjście i rozwiązanie! — Nie, Cihan! Ty pod żadnym pozorem nie szukasz żadnego rozwiązania dla nas! Ty szukasz tylko wygodnego sposobu, żeby z egoizmu niczego w swoim luksusowym życiu nie stracić!
Cihan podszedł bliżej i gwałtownie wyciągnął dłoń, chcąc chwycić ją za ramię, by zatrzymać, lecz Hancer natychmiast z obrzydzeniem odsunęła się od niego pod same drzwi wyjściowe. — Nie dotykaj mnie, Cihan! Nie waż się mnie dotykać! — Hancer, błagam cię, wysłuchaj mnie do samego końca… — Słuchałam twoich pięknych kłamstw już wystarczająco długo w życiu, Cihan! Zawsze z twoich ust padają te same, puste słowa: bezpieczeństwo, czas, obowiązek rodu, dziecko, rodzina Develioglu… A gdzie… Gdzie pośród tego wszystkiego, pytam cię, jestem ja i moje żywe serce?! — Tutaj… — odpowiedział Cihan łamiącym się głosem, wskazując mocno ręką na własną klatkę piersiowej. — Jesteś tutaj, w środku, każdego bożego dnia, w każdej godzinie mojego życia! Nawet kiedy siedzę w rezynencji obok Beyzy, moje myśli bez przerwy krążą tylko wokół ciebie, Hancer!
Hancer uśmiechnęła się potwornie gorzko przez łzy, a z jej oczu biła rozpacz: — I tow… Tow ma mi według ciebie w zupełności wystarczyć do życia, Cihan?! Mam do końca swoich dni karmić się samą świadomością, że ty czasami czule o mnie pomyślisz w duchu, siedząc wygodnie w salonie obok swojej oficjalnej żony?! — Nie nazywaj jej, błagam cię, moją żoną w taki sposób! Ona jest nią tylko na suchym papierze! — Ale ten jej suchy papier, Cihan, znaczy w realnym świecie miliard razy więcej niż wszystkie twoje piękne obietnice miłości bez pokrycia!
Cihan momentalnie całkowicie zbladł na twarzy, nie znajdując słów obrony. — To skrajnie niesprawiedliwe, co mówisz, Hancer… — wykrztusił cicho. — Niesprawiedliwe?! — powtórzyła z bólom dziewczyna. — Niesprawiedliwe tow jest tow, Cihan, że muszę ze wstydu ukrywać swoją twarz pod szalem, kiedy wychodzę z tego domu na ulicę! Niesprawiedliwe jest tow, że nie mogę nikomu z moich znajomych otwarcie powiedzieć, kim tak naprawdę dla ciebie jestem! I niesprawiedliwe jest tow, że kiedy zachoruję albo coś złego mi się stanie, nie wiem nawet, czy będziesz mógł legalnie stanąć obok mojego łóżka w szpitalu, bez tłumaczenia się przed Beyzą i swoją matką! Oto twoja sprawiedliwość!
Te mocne Słowa zapadły między nimi w ciężką, duszno i paraliżującą ciszę. Cihan ze wstydu głęboko spuścił wzrok na podłogę. V tym pośpiechu i wzburzeniu pod żadnym pozorem nie zauważył jednak, że Hancer ponownie, z całych sił obronnie przycisnęła dłoń do swojej klatki piersiowej. Palący ból stał się w tej sekundzie ostry i nie do zniesienia, a przed jej oczami na moment pojawiły się ciemne, wirujące plamy. Straciła równowagę. — Hancer… Ty potwornie źle wyglądasz… — powiedział nagle zaniepokojony Cihan, podchodząc. — Usiądź natychmiast na kanapie, jesteś blada jak śmierć… — Nie potrzebuję… Nie potrzebuję już nigdy więcej twojej fałszywej troski, Cihan! — wydusiła resztkami sił. — Ta moja bladość tow jest wyłącznie twoja zasługa! Nie idź za mną!
Podeszła chwiejnym krokiem do ściennego wieszaka w przedpokoju. Jej ruchy były nerwowe, szarpane i całkowicie nieskoordynowane. Zdjęła szary płaszcz, lecz pod wpływem mroczków przed oczami przez dłuższą chwilę nie potrafiła trafić trzęsącą się ręką w rękaw materiału. Cihan ruszył gwałtownie, żeby jej pomóc go założyć. — Powiedziałam wyraźnie: nie dotykaj mnie!!! — wrzasnęła z bólom, odpychając go.
Mężczyzna zatrzymał się w pół kroku, unosząc bezradnie ręce. Hancer z najwyższym trudem narzuciła płaszcz na ramiona, po czym chwyciła czarną torebkę stojącą na niewielkiej konsoli obok lustra. — Dokąd ty chcesz iść o tej porze w tym stanie, Hancer?! — zapytał z lękiem Cihan. — Gdziekolwiek… Byle jak najdalej od ciebie i twoich kłamstw. — Nie pozwolę ci pod żadnym pozorem wyjść z domu w takim stanie fizycznym! Słaniasz się na nogach! — Nie masz już żadnego prawa, Cihan, by mi czegokolwiek zabraniać! — Przecież widzę, że jest ci potwornie słabo… — Poradzę sobie sama, bez twojej łaski! — Przynajmniej pozwól mi usiąść za kierownicą i odwieźć cię bezpiecznie do mieszkania szwagra… — Nie idź za mną! — powtórzyła tym razem bardzo powoli, wyraźnie, cedząc każde słowo przez zaciśnięte gardło. — Ja już nie chcę cię nigdy więcej widzieć na oczy, Cihan. Żegnaj.
Zdecydowanym ruchem otworzyła ciężkie drzwi wejściowe, a do ciepłego przedpokoju wdarło się chłodne, wilgotne powietrze stambulskiego wieczoru. Hancer wyszła na zewnątrz, zatrzaskując za sobą drzwi z głośnym hukiem. Cihan pozostał sam w przedpokoju. Przez dłuższą chwilę pod wpływem szoku nie był w stanie wykonać żadnego ruchu – w jego uszach wciąż jak potężne echo rozbrzmiewały jej bolesne słowa: „kochanka”, „więzienie”, „zniszczyłeś moją godność”… Chciał z całych sił pobiec za nią na podjazd, zatrzymać ją w ramionach, mocno objąć i uroczyście zapewnić, że znajdzie wyjście z tego klinczu, ale równocześnie wiedział z bólom, że każde jego kolejne słowo i tłumaczenie mogłoby w tej minucie jedynie pogorszyć jej stan rozpaczy.
Przeszedł powoli do salonu i stanął przy dużym oknie, odsuwając firankę. Hancer szła wybrukowanym podjazdem posiadłości v stronę wielkiej, kutej bramy wyjściowej. Jej sylwetka v świetle latarni wydawała się przerażająco drobna, krucha i skrajnie samotna, a silny wiatr targał połami jej szrego płaszcza. Cihan obserwował jej chwiejny krok z każdą sekundą z coraz większym, paraliżującym niepokojem w piersi. Początkowo dziewczyna szła nienaturalnie szybkim krokiem, jakby chciała za wszelką cenę jak najszybciej oddalić się od tego domu, ale po przejściu zaledwie kilkunastu metrów gwałtownie zwolniła. Zatrzymała się na moment, ciężko opierając całą dłoń o kamienny mur ogrodzenia, by nie upaść. Cihan mocno zmarszczył brwi, a jego serce mocno zabiło. — Hancer… — wyszeptał z lękiem do szyby okna.
Kobieta na podjeździe wzięła głęboki, świszczący oddech, lecz palący ból w klatce piersiowej pod żadnym pozorem nie ustępował – wręcz przeciwnie, stawał się z her sekundy coraz bardziej nieznośny i paraliżujący. Czuła się tak, jakby jakaś niewidzialna, żelazna obręcz zaciskała się z całej siły wokół jej żeber, odcinając dopływ tlenu do płuc. Jej serce biło nienaturalnie szybko i nierówno, a nogi stały się ciężkie jak z ołowiu. Nie chciała się jednak pod żadnym pozorem zatrzymywać na widoku – wiedziała doskonale w głębi duszy, że Cihan może ją bacznie obserwować z okna salonu, a za nic na świecie nie zamierzała dać mu kolejnego powodu, by wyszedł za nią i triumfował. Zmuszając organizm do posłuszeństwa, zrobiła następny chwiejny krok naprzód, potem kolejny…
Nagle cały obraz przed jej oczami zaczął się gwałtownie rozmywać i wirować z potężną siłą. Jasne światła ulicznych latarni w jednej sekundzie zamieniły się w niewyraźne, rozlane plamy. Hancer mocno zmrużyła eyes i z bólom przycisnęła dłoń do pulsującej skroni. — Jeszcze tylko kawałek… — wyszeptała do siebie resztkami świadomości. — Muszę za wszelką cenę stąd odeść…
Dotarła w końcu do otwartej na oścież bramy posiadłości. Za nią znajdował się już wąski miejski chodnik i spokojna, cicha ulica. Po drugiej stronie drogi przechodziły właśnie spokojnym krokiem dwie starsze kobicę, niosące torby z zakupami i rozmawiające o swoich sprawach. Hancer spróbowała ostrożnie zejść z pochyłego podjazdu na płaski chodnik, lecz w tym samym ułamku sekundy her nogi całkowicie i ostatecznie odmówiły posłuszeństwa. Skórzana torebka wyślizgnęła się z her bezwładnych palców i z głuchym stukotem upadła na kamienie. Kobieta zachwiała się nienaturalnie. Przez ułamek sekundy próbowała jeszcze rozpaczliwie złapać się ręką metalowego skrzydła kutej bramy, by utrzymać pion, ale her bezwładne palce jedynie ześlizgnęły się po zimnej, żelaznej powierzchni. V następnej sekundzie her ciało całkowicie straciło siły i bezwładnie, jak kłoda, osunęło się na twardy bruk ulicy.
Jedna z przechodzących po drugiej stronie kobic, widząc tow zajście, krzyknęła przeraźliwie na całą ulicę: — O mój Boże!!! Ta biedna pani tam przy bramie nagle zemdlała i upadła!!!
Obie kobicę natychmiast porzuciły zakupy i co sił w nogach podbiegły przez drogę do leżącej na ziemi dziewczyny. Starsza z nich natychmiast uklękła na zimnym bruku obok Hancer i z przejęciem zaczęła delikatnie dotykać her ramienia. — Proszę pani!… Słyszy mnie pani?! Błagam, niech pani otworzy oczy! — Hancer pod żadnym pozorem nie reagowała, leżąc bez ruchu. — Czy ona… td4729 Czy ona w ogóle oddycha, siostro?! — zapytała spanikowana druga koba, trzęsącymi się rękami wyciągając telefon z kieszeni kurtki. Starsza koba pochyliła się nisko nad blado twarzą nieprzytomnej, nasłuchując oddechu. — Chyba tak… Tak, oddycha, ale ten oddech jest przerażająco płytki i słaby! Dzwoń natychmiast po pogotowie ratunkowe, szybko!!!
Cihan przez wielkie okno salonu widział całe tow dramatyczne zajście od pierwszej do ostatniej sekundy. V ułamku sekundy, pod wpływem potężnego szoku, stanął jak wryty, a his umysł przez pierwszą sekundę nie był w stanie pojąć, co się właściwie stało. Vidział wyraźnie leżący na ziemi szary płaszcz i pochylone nad nim obce kobicę… I wtedy z niszczycielską jasnością dotarło do niego, że tow leży jego ukochana Hancer. V tym samym momencie z jego piersi wyrwał się nieludzki, dziki ryk rozpaczy.
Nie wybiegł z pokoju – on dosłownie sforsował drzwi. Po drodze w furiatce potrącił ciężkie dębowe krzesło, które z głośnym hukiem przewróciło się na parkiet i pękło. Vybiegł z domu tak, jak stał – bez marynarki, w samej koszuli, nawet nie zawracając sobie głowy zamykaniem za sobą drzwi wejściowych. — Hancer!!! — his potężny, rozpaczliwy krzyk dosłownie przeszył ciszę wieczornej ulicy.
Biegł po wybrukowanym podjeździe tak szaleńczo szybko, że o mało nie poślizgnął się i nie złamał nogi na wilgotnych, śliskich kamieniach. Gdy z impetem dopadł do bramy posiadłości, zdecydowanym, agresywnym ruchem odepchnął jedną ze starszych kobic na bok, działając w amoku. — Proszę pana, proszę uważać, co pan wyprawia?! — zaprotestowała oburzona koba.
Cihan jednak pod żadnym pozorem jej nie słyszał – his umysł całkowicie wyłączył bodźce zewnętrzne. Upadł z impetem na kolana bezpośrednio na twardy bruk obok nieprzytomnej Hancer, trzęsąc się na całym całe ze strachu. Drżącą dłonią czule dotknął her lodowatego policzka. — Hancer!… Kochanie, błagam cię, otwórz eyes!!! Słyszysz mój głos?! To ja, Cihan! — Jej twarz była przerażająco, nienaturalnie blada, usta lekko rozchylone, a długie rzęsy pozostawały całkowicie nieruchome. Cihan w panice wsunął drżącą rękę pod her kark, unosząc lekko her głowę. — Hancer, proszę cię, nie rób mi tego… Spójrz na mnie!… — Vwezwałyśmy już przed chwilą pogotowie ratunkowe, proszę pana — powiedziała spokojniej młodsza z kobic, stojąc nad nimi z telefonem. — Ambulans powinien tu być za kilkanaście minut, proszę czekać… — Nie mam zamiaru czekać ani jednej sekundy na waszą karetkę!!! — ryknął v furiatce Cihan, podnosząc na nią wzrok pełen dzikiego lęku. — Ale pod żadnym pozorem nie powinien pan jej teraz samodzielnie przenosić ani ruszać! Ona mogła doznać poważnego urazu wewnętrznego kręgosłupa podczas tego nagłego upadku na kamienie! — Muszę ją natychmiast zabrać do szpitala, nie rozumie pani?! Ona umiera w moich rękach! — Ale prosimy zachować spokój, lekarze z karetki… — Jak ja mam, u diabła, być spokojny, kiedy ona pod żadnym pozorem nie reaguje na moje słowa?! — wykrzyknął w rozpaczy, a łzy zalały mu twarz.
Ponownie pochylił się nisko nad twarzą Hancer, całując her czoło: — Kochanie… Moje jedyne kochanie, błagam cię z całej duszy, otwórz eyes… Możesz być na mnie wściekła do końca życia… Możesz mnie z nienawiścią nienawidzić za moje błędy… Możesz już nigdy więcej w swoim życiu nie odezwać się do mnie ani jednym słowem… Ale błagam cię, otwórz eyes i żyj!…
Delikatnie, trzęsącą się dłonią poklepał ją po bladym policzku, próbując przywrócić jej przytomność. Żadnej, nawet najmniejszej reakcji ze strony her organizmu. — Hancer… Nie… — his głęboki głos ostatecznie załamał się ze szlochem, a łzy kapały na her twarz.
Starsza z kobic, widząc jego bezgraniczne cierpienie, poczuła głębokie współczucie – podeszła bliżej i delikatnie położyła mu dłoń na ramieniu, starając się go uspokoić. — Proszę pana, niech pan najpierw spokojnie sprawdzi, czy ta dziewczyna na pewno równo oddycha…
Cihan natychmiast zbliżył swoją twarz bezpośrednio do jej rozchylonych ust, zamierając w bezruchu na sekundę. Poczuł na swojej skórze słaby, ledwo wyczuwalny i rzadki powiew powietrza. — Tak… Tak, oddycha… — wyszeptał z ulgą. — To bardzo dobrze, kamień z serca. Proszę teraz zachować spokój i poczekać na lekarzy… — Jak ja mam, na miłość boską, zachować spokój w tej sytuacji?! — wykrzyknął, tracąc panowanie nad sobą.
Bez sekundy dalszego wahania wsunął jedną swoją mocną rękę pod jej bezwładne plecy, a drugą pod kolana, przygotowując się do podniesienia her ciała z ziemi. — Co pan najlepszego wyprawia, człowieku?! — zawołała przerażona starsza koba, próbując go złapać za rękaw. — td4729 Przecież mówiłam… — Prywatna klinika medyczna i szpital są zaledwie kilkaset metrów stąd, niedaleko! — uciął ostro Cihan. — Sam osobiście zawiozę ją tam moim samochodem w dwie minuty! — Ale pogotowie ratunkowe jest już w drodze… — Nie mogę i nie mam zamiaru czekać ani jednej minuty dłużej na ich łaskę, kiedy jej życie ucieka!
Jednym potężnym, płynnym ruchem podniósł bezwładne ciało Hancer z bruku. Jej głowa całkowicie bezwładnie opadła na jego ramię. Cihan z całych sił przycisnął her szczupłe ciało do swojej klatki piersiowej, jakby samą tylko gigantyczną siłą swojego uścisku i ciepła był w stanie przywrócić ją z powrotem do świadomości. — Zabieram cię stąd do szpitala, kochanie… — wyszeptał jej czule do ucha przez łzy, idąc szybkim krokiem v stronę swojego suva. — Nic złego ci się nie stanie, słyszysz mnie? Jestem przy tobie. Nie pozwolę pod żadnym pozorem, żeby cokolwiek złego ci się stało…
Ruszył pędem v stronę auta. Jedna ze starszych kobic, widząc leżącą na ziemi torebkę, podniosła ją szybko i pobiegła za nim: — Panie! Proszę pana, proszę poczekać! Ta czarna torebka, tow należało do niej, weź pan tow ze sobą!
Cihan zatrzymał się tylko na ułamek sekundy przy drzwiach suva, dysząc ciężko. Kobieta pospiesznie położyła skórzaną torebkę Hancer na przednim siedzeniu pasażera. — Może… Może któraś z nas powinna pojechać tam do kliniki razem z panem, by pomóc? — zaproponowała z troską starsza koba. — Jest pan w potężnym szoku emocjonalnym, nie powinien pan prowadzić w tym stanie… — Poradzę sobie ze wszystkim sam, dziękuję paniom za pomoc — odpowiedział szorstko. — Ale panie, pan jest w głębokim szoku! Może dojść do wypadku! — Muszę… Muszę za wszelką cenę ją ratować! Nie ma czasu na dyskusje!
Zatrzasnął z impetem ciężkie drzwi suva, usiadł błyskawicznie za kierownicą, przekręcił kluczyk i z ryczącym silnikiem ruszył przed siebie. Samochód gwałtownie, z piskiem opon opuścił teren podjazdu, wjeżdżając na miejską drogę. Cała droga do prywatnej kliniki trwała w rzeczywistości zaledwie kilka minut, lecz dla umierającego ze strachu Cihana każda sekunda tej jazdy wydawała się nieskończoną wiecznością. Co ułamek sekundy nerwowo spoglądał w lusterko wsteczne, obserwując z trwogą nieruchomą, blado twarz Hancer leżącej na tylnej kanapie. — Hancer… Błagam cię, nie zostawiaj mnie samego… — mówił głośno do siebie przez łzy, mocno zaciskając dłonie na kierownicy. — Nie umieraj teraz… Pod żadnym pozorem nie teraz, nie po tych wszystkich strasznych słowach, które ci przed chwilą w gniewie powiedziałem!… Wybacz mi…
Na jednym z zatłoczonych skrzyżowań nagle zapaliło się czerwone światło. Cihan z wściekłością wcisnął hamulec i zatrzymał wielki samochód z potężnym piskiem opon, aż auto zarzuciło. V tym samym ułamku sekundy obrócił się v fotelu i z rozpaczą spojrzał na tylne siedzenie. — Hancer!… Słyszysz mój głos?! Błagam, odpowiedz mi chociaż słowem!…
Dziewczyna pod żadnym pozorem nie odpowiadała, leżąc bezwładnie. — To wszystko… To wszystko jest wyłącznie moja wina… — wyszeptał słabo, a łzy zalały mu oczy. — Nie powinienem był nigdy w życiu na ciebie krzyczeć w tym salonie… Nie powinienem był cię niesprawiedliwie oskarżać o podłe rzeczy… Miałaś we wszystkim absolutną rację, Hancer… Ve wszystkim miałaś świętą rację, a ja byłem ślepy…
Kierowca stojącego tuż za nim samochodu zaczął głośno i natarczywie trąbić klaksonem, ponieważ światło na sygnalizatorze zmieniło się na zielone. Cihan wściekły wcisnął pedał gazu do samej podłogi, a suv z ryczeniem silnika wystrzelił do przodu. Po krótkiej chwili minął widoczny w oddali potężny, oświetlony tysiącami świateł most nad Bosforem. Piękne światła nocnego miasta malowniczo odbijały się w ciemnej wodzie cieśniny, lecz Cihan pod żadnym pozorem nie zwracał na nie uwagi – his umysł był całkowicie sparaliżowany strachem. V jego obecnym świecie istniała tylko i wyłącznie ta leżąca bezwładnie z tyłu koba oraz paniczny, paraliżujący strach, że może jej pięknego głosu już nigdy więcej w swoim życiu nie usłyszeć.
Gdy z piskiem opon dotarł przed wejście główne prywatnej kliniki, zatrzymał samochód z impetem tuż przy samych drzwiach wejścia awaryjnego izby przyjęć. Vyskoczył zza kierownicy jak oparzony, otworzył tylne drzwi i ostrożnie wziął Hancer na ręce. — Hancer… Kochanie, jesteśmy już na miejscu, zaraz ci pomogą… — wyszeptał.
Jej ciało było całkowicie wiotkie, a blada twarz nadal pozostawała nieruchoma. Automatyczne, szklane drzwi kliniki błyskawicznie rozsunęły się przed nim. — Pomocy!!! — wrzasnął Cihan na cały regulator, wbiegając z kobicą na rękach do jasnego holu izby przyjęć. — Błagam, niech mi ktoś natychmiast pomoże!!! Ona umiera!!!
Starsza pielęgniarka siedząca za stanowiskiem rejestracji, widząc jego zakrwawione rękaw koszuli i nieprzytomną kobicę, natychmiast zerwała się z krzesła. — Co się stało z tą panią?! — Zemdlała nagle na ulicy przed bramą!… I pod żadnym pozorem nie odzyskuje przytomności! Błagam, szybko! — Nosze, szybko na salę reanimacyjną! — zawołała głośno pielęgniarka.
V tym samym momencie z korytarza wybiegło dwóch silnych sanitariuszy, pchając przed sobą metalowe łóżko na kółkach. Cihan z najwyższą ostrożnością położył na nim bezwładną Hancer, do końca kurczowo podtrzymując her głowę ręką. — Kiedy dokładnie straciła przytomność? — zapytała pielęgniarka, idąc obok noszy i przygotowując kartę pacjenta. — Kilka minut temu, na podjeździe… Upadła nagle na ziemię, słaniając się na nogach. Nie wiem, czy mocno uderzyła się głową o kamienny bruk podczas tego upadku, nie widziałem dokładnie, bo stałem w oknie… Nie wiem…
Sanitariusz sprawnym, profesjonalnym ruchem założył Hancer plastikową maskę tlenową na twarz, podłączając butlę. — Proszę pana, proszę się natychmiast odsunąć od łóżka i nie utrudniać nam akcji! — powiedział zdecydowanie do Cihana. — Nie mam zamiaru ani na krok jej zostawiać samej!!! Idę z wami! — Mustimy mieć wolną przestrzeń wokół noszy do podawania leków, proszę pana! Proszę odeść na bok!
Ruszyli szybkim biegiem długim korytarzem v stronę sali ratunkowej. Cihan, ignorując zakazy personelu, szedł szybkim krokiem tuż obok noszy, mocno trzymając zimną dłoń Hancer w swoich palcach. — Czy pacjentka cierpi na jakieś poważne choroby przewlekłe? — pytała szybko pielęgniarka, notując dane. — Ja… Ja pod żadnym pozorem nie wiem… — odpowiedział z bólom Cihan, a his głos zadrżał. — Choroby serca? Nadciśnienie tętnicze? Cukrzyca? Astma? — Nie… Nie, chyba nie… Nie wiem… — Czy jest pan jej prawnym mężem, by podpisać dokumenty?
Cihan na tow proste pytanie nagle całkowicie zawahał się w biegu, a serce podeszło mu do gardła. To jedno pytanie ugodziło go z niszczycielską siłą, obnażając całe jego dotychczasowe tchórzostwo. — Ja… Ja jestem najbliższą jej osobą na całym świecie… — wykrztusił cicho przez łzy.td4729
Pielęgniarka spojrzała na niego krótko wzrokiem pełnym profesjonalnego chłodu, lecz pod żadnym pozorem nie komentowała jego statusu prawnego. — Czy pacjentka przyjmuje na stałe jakieś leki? — Nie wiem… Nic mi o tym nie mówiła wczoraj… — Czy jest na coś poważnie uczulona? Jakieś antybiotyki? — Nie wiem!… Przysięgam, że nie wiem! — his zrozpaczony, głośny głos odbił się potężnym echem od białych ścian szpitalnego korytarza.
Kilka osób siedzących cicho w poczekalni z zaciekawieniem odwróciło głowy v ich stronę. Cihan w tym samym ułamku sekundy poczuł nagły, piekący wstyd, upokorzenie i paraliżujące przerażenie: przez całe miesiące twierdził dumnie przed matką, że Hancer jest najważniejszą, jedyną kobicą w jego całym życiu, a teraz, w obliczu zagrożenia jej życia, nie potrafił odpowiedzieć lekarzom na najbardziej podstawowe, elementarne pytania dotyczące jej zdrowia. — Proszę się za wszelką cenę uspokoić i nie krzyczeć — powiedziała stanowczo pielęgniarka, kładąc dłoń na aparaturze. — Czy pacjentka jest obecnie w ciąży?
Cihan na te słowa momentalnie całkowicie zamarł w miejscu, a ziemia usunęła mu się spod nóg. Pytanie uderzyło w jego sekret. — Ja… Ja nie wiem… — Istnieje taka biologiczna możliwość, proszę pana? Tak czy nie? — Ja… Ja naprawdę pod żadnym pozorem nie wiem!… Nie mam pojęcia!…
Pielęgniarka z poważną miną zanotowała coś szybko na czerwonej karcie pacjenta. — Jak ta pani ma na imię? — Hancer… — Nazwisko? — Podał je trzęsącym się z nerwów głosem. — Viek pacjentki? — Odpowiedział jej poprawnie dopiero po krótkim, bolesnym namyśle w głowie.
Dotarli w końcu do wielkich, wahadłowych drzwi oznaczonych dużym, jaskrawoczerwonym napisem: SALA RATUNKOWA. Starszy lekarz dyżurny w zielonym stroju medycznym i stetoskopie na szyi czekał już na nich przed samym wejściem, uprzedzony telefonicznie przez rejestrację. — Co tu mamy, siostro? — zapytał szybko lekarz, przejmując nosze. — Nagła utrata przytomności u młodej kobiety po silnym stresie emocjonalnym — wyliczyła sprawnie pielęgniarka. — Możliwy uraz głowy po upadku na bruk, płytki i nieregularny oddech, całkowity brak reakcji na bodźce bólowe i głosowe. — Dobrze, bierzemy ją natychmiast na stół!
Lekarz pochyliła się szybko nad twarzą Hancer i sprawnym ruchem sprawdził her źrenice za pomocą małej latarki lekarskiej. — Źrenice słabo reagują na światło… td4729 Zmierzcie ciśnienie natychmiast! — Ciśnienie skrajnie niskie, doktorze: osiemdziesiąt na pięćdziesiąt! — zawołał sanitariusz podłączający aparaturę. — Podajcie natychmiast EKG, pełną morfologię krwi, elektrolity, poziom glukozy i przygotujcie salę do tomografii komputerowej głowy! Przygotować natychmiast stały dostęp dożylny i podać płyny! Ruchy!
Cihan w amoku spróbował bezczelnie weść tuż za nimi na salę operacyjną, przez próg drzwi. Pielęgniarka jednak zdecydowanym, twardym ruchem zagrodziła mu drogę ciałem, kładąc mu rękę na piersi. — Pan musi bezwzględnie zostać tutaj, na korytarzu poczekalni. Dalej nie ma pan wstępu. — Nie!!! — krzyknął w rozpaczy Cihan, próbując ją ominąć. — Ja idę tam z nią! Nie zostawię jej samej! — Pod żadnym pozorem nie może pan weść na salę zabiegową, tam są sterylne warunki! — Ona… Ona będzie się potwornie bała, kiedy się obudzi i zobaczy obcych ludzi wokół siebie! Mustię przy niej być! — Teraz to nie pan, ale doświadczeni lekarze muszą zrobić wszystko, by uratować jej życie, proszę pana. Proszę nam nie przeszkadzać. — To proszę mi chociaż pozwolić usiąść na krześle tuż przy samych drzwiach, błagam panią!… — Będzie pan czekał tutaj, w poczekalni dla rodzin. Przyjdziemy do pana natychmiast, gdy tylko będziemy wiedzieć coś konkretnego o her stanie. Proszę usiąść.
Cihan z rozpaczą spojrzał po razy ostatni na leżącą Hancer – jej bezwładna, zimna dłoń ostatecznie wysunęła się z jego trzęsących się palców, gdy metalowe nosze z impetem przejechały przez próg sali. Ciężkie drzwi zaczęły się automatycznie zamykać przed jego twarzą. — Hancer!!! — zawołał za nią w ostatecznej rozpaczy, łamiącym się głosem. — Jestem tutaj, słyszysz mnie?! Jestem tuż za drzwiami! Nie odchodzę stąd nigdzie, czekam na ciebie!…
Masywne drzwi zamknęły się przed jego twarzą z głuchym trzaskiem. V tym samym ułamku sekundy na szpitalnym korytarzu zapadła grobowa, duszna i paraliżująca cisza. Cihan stał całkowicie nieruchomo na kafelkach, tępo wpatrując się w czerwony napis nad drzwiami. Jego ręce drżały nienaturalnie. Na mankiecie swojej szarej koszuli nagle zauważył niewielką, ciemną, wyschniętą plamę – był tow prawdopodobnie kawałek leśnego błota z podjazdu, na który przed chwilą tak gwałtownie upadła jego ukochana Hancer. Dopiero teraz, w tej ciszy, z lodowatą jasnością dotarło do jego świadomości, że nadal fizycznie ma na swoich dłoniach chłód her skóry. Podzedł powoli do ściany i bezsiłnie oparł o nią swoje plecy, zsuwając się na podłogę. Spróbował wziąć głęboki, spokojny oddech, ale pod żadnym pozorem nie był w stanie tego zrobić – his oddech był płytki, rwany i świszczący.
V jego głowie jak klątwa bez przerwy powracały her ostatnie bolesne słowa wypowiedziane w salonie: „Nie chcę cię widzieć, Cihan… Zniszczyłeś moją godność i honor… Nie idź za mną!”. A potem przed oczami stanął mu ten najgorszy obraz her bezwładnego ciała osuwającego się na ziemię przy bramie posiadłości. Cihan zakrył całą twarz dłonią, a his ramiona zaczęły drżeć od tłumionego szlochu. — Boże… — wyszeptał z bólom w przestrzeń korytarza. — Błagam cię… Proszę, tylko nie zabieraj mi jej z tego świata…
Przed oczami w ułamku sekundy pojawiły mu się wszystkie te chwile z przeszłości, w których z dumą uroczyście obiecywał Hancer, że jako mężczyna ochroni ją przed całym złem tego świata. Mówił jej przecież na werandzie, że przy jego boku nic złego jej nie grozi, zapewniał z miłością, że jest jedyną kobicą w jego sercu… A jednak teraz, z perspektywy czasu, widział z lodowatą jasnością, że tow właśnie przy nim i przez jego chorobliwą słabość ta dziewczyna wycierpiała w swoim życiu najwięcej bólom i upokorzeń. Usiadł ciężko na twardym, metalowym krześle w poczekalni, lecz po zaledwie kilku sekundach znów wstał nerwowo – pod wpływem adrenaliny nie był w stanie usiedzieć w jednym miejscu. Zaczął nerwowo chodzić wzdłuż długiego korytarza, co ułamek sekundy z lękiem spoglądając na zamknięte drzwi sali ratunkowej. Za nimi, przez grube szkło, słyszał stłumione, szybkie głosy personelu medycznego, pikające dźwięki skomplikowanej aparatury reanimacyjnej i pośpieszne kroki…td4729 Każdy głośniejszy, ostrzejszy sygnał monitora EKG sprawiał, że serce Cihana zamierało ze strachu przed najgorszym.td4729
Po kilkunastu minutach, które dla niego były wiecznością, ciężkie drzwi w końcu powoli się otworzyły i na korytarz wyszła ta sama starsza pielęgniarka z kartą w dłoni. Cihan w ułamku sekundy dosłownie dopadł do niej, chwytając ją za ramię: — Co z nią?! Błagam, mów pani! Żyje?! — Lekarze nadal intensywnie ją badają i podają kroplówki, proszę pana, proszę puścić moje ramię. — Dlaczego… Dlaczego ona pod żadnym pozorem nadal nie odzyskuje przytomności, pytam panią?! — Na razie, na tym wczesnym etapie diagnostyki, nie możemy jeszcze niczego kategorycznie przesądzać. Mustimy poczekać na wyniki tomografii głowy. — Czy… Czy jej życie jest w tej sekundzie bezpośrednio zagrożone?! Mów pani prawdę!
Pielęgniarka na moment wyraźnie zawahała się, unikając jego wzroku, co napełniło go jeszcze większym przerażeniem. — Jej ciśnienie tętnicze krwi było krytycznie niskie, akcja serca również była niestabilna… Vwykonujemy w tej chwili absolutnie wszystkie niezbędne badania toksykologiczne i neurologiczne, proszę czekać. — Ja chcę ją natychmiast zobaczyć na własne oczy! Vpuśćcie mnie tam chociaż na jedną minutę! — Teraz tow jest całkowicie niemożliwe, lekarze podłączają aparaturę. Proszę wrócić na miejsce i czekać. — Ja nie potrafię i nie mam siły dłużej bezczynnie czekać, kieto!!! — wykrzyknął w rozpaczy Cihan.
Pielęgniarka zatrzymała się i spojrzała mu prosto w załzawione eyes wzrokiem pełnym surowej powagi: — Jeśli naprawdę, jako najbliższa osoba, chce pan jej teraz pomóc przeżyć, musi pan pozwolić lekarzom w spokoju pracować, zamiast urządzać sceny na korytarzu.
Cihan pod wpływem her słów mocno zacisnął usta i z bólom cofnął się o krok, opuszczając bezwładnie ręce. — Czy… Czy ona powiedziała chociaż jedno słowo, kiedy podłączaliście tlen? — zapytał znacznie ciszej, łamiącym się głosem. — Czy choćby na ułamek sekundy odzyskała świadomość? — Nie. Ani razu.
To jedno krótkie słowo kobiety w jednej sekundzie pozbawiło Cihana resztek sił. Pielęgniarka bez dalszych słów odwróciła się i weszła z powrotem na salę reanimacyjną, a ciężkie drzwi ponownie się za nią szczelnie zamknęły, odcinając go od żony. Cihan został całkowicie samotny na pustym korytarzu poczekalni. Za wielkimi oknami kliniki czarna, zimna noc ostatecznie i w pełni pochłonęła całe miasto, a jasne światła przejeżdżających samochodów leniwie przesuwały się po mokrej od deszczu ulicy. Inni ludzie spokojnie wchodzili i wychodzili z budynku, pielęgniarki obojętnie przechodziły korytarzem z dokumentami medycznymi w rękach… Cały świat wokół niego nadal funkcjonował idealnie i normalnie, jakby nic się nie wydarzyło. Dla Cihana Develioglu czas w tej minucie całkowicie się zatrzymał. Po razy pierwszy od wielu długich lat czuł się w swoim życiu tak bezgranicznie, skrajnie bezsilny – nie mógł wydać nikomu żadnego polecenia, nie mógł użyć swoich milionów, by kupić zdrowie, ani nie mógł zastraszyć żadnego przeciwnika rynkowego, by ustąpił. Nie mógł nawet otworzyć tych szklanych drzwi prowadzących bezpośrednio do łóżka Hancer, ani nie miał mocy, by zmusić her osłabiony organizm, by się w końcu obudził. Mógł tylko i wyłącznie bezradnie czekać na wyrok losu. Podzedł wolnym krokiem do zamkniętych drzwi sali, oparł się o nie czołem i położył swoją drżącą dłoń na chłodnej, szklanej powierzchni, szepcząc przez łzy: — Błagam cię, kochanie… Vróć do mnie z tego świata… Możesz po wyjściu natychmiast odeść z tego domu na zawsze, jeśli chcesz… Możesz już nigdy więcej w swoim życiu mi nie wybaczyć mojej ślepoty… Możesz ogłosić głośno całemu światu i mojej matce, że potwornie cię skrzywdziłem i nienawidzisz mnie… Tylko, błagam cię, otwórz eyes i żyj!… — His głęboki głos ostatecznie załamał się ze szlochem, a czoło osunęło się po drzwiach. — Nie pozwól, na miłość boską, żeby ostatnim bolesnym wspomnieniem o mnie w twoim życiu była ta nasza koszmarna kłótnia w salonie…
Przed oczami, pod zamkniętymi powiekami, z niesamowitą wyrazistością pojawił mu się piękny uśmiech Hancer z czasów ich pierwszych dni w dworku – z czasów, gdy oboje jeszcze naiwnie i mocno wierzyli w to, że ich wspólna przyszłość będzie prosta i szczęśliwa.td4729 Przypomniał sobie dotyk her delikatnych dłoni, kiedy po razy pierwszy z miłością dotknęła jego twarzy w sypialni, her głębokie spojrzenie pełne absolutnego zaufania i te słowa, że przy jego boku czuje się w pełni bezpieczna przed Mukadder. I dopiero teraz, stojąc przed salą reanimacyjną, z niszczycielską jasnością zrozumiał, jak wiele z tego jej pięknego zaufania bezpowrotnie zniszczył swoim tchórzostwem i ambicjami. V jego oczach pojawiły się nowe, gorące łzy żalu, których nawet nie próbował ukrywać przed światem – na tym pustym, sterylnym szpitalnym korytarzu nie było już bowiem nikogo bliskiego, przed kim musiałby na siłę grać rolę silnego, twardego mężczyny i władcy rodu Develioglu. Stał więc całkowicie samotnie przed zamkniętymi drzwiami sali ratunkowej, przepełniony strachem, rozpaczą i potwornym poczuciem winy, podczas gdy po drugiej stronie szklanej ściany doświadczeni lekarze walczyli o życie kobiety, którą kochał nad wszystko, lecz której wielkiego bólom i cierpienia przez długie miesiące nie chciał naprawdę i szczerze zrozumieć.”
td4729