
Mukader przyznaje, że dziecko nie jest wnukiem. Co mówi Mukader: „Nie mam już matki”.
Cong od dawna czuł, że jego matka ukrywa przed nim coś niezwykle ważnego. Mukader przez lata żądała od niego męskiego potomka. Zmusiła go do rozstania z ukochaną Hanser i popchnęła z powrotem w ramiona Bey. Dlaczego więc po narodzinach wyczekiwanego chłopca nie chciała nawet na niego spojrzeć?
Gdy rozwścieczony Cą wchodzi do sypialni matki, spokojna rozmowa szybko zamienia się w pełną bólu konfrontację. Każde jego pytanie coraz bardziej przygniata Mukader, aż kobieta nie jest już w stanie dłużej milczeć.
W końcu wypowiada słowa, które w jednej chwili niszczą wszystko. Dziecko Bey nie jest wnukiem Mukader i nie jest biologicznym synem Ciana. Cą zamiera, uświadamiając sobie, że poświęcił miłość swojego życia dla kłamstwa.
Hanser została mu odebrana. Jego małżeństwo rozpadło się, a upragniony potomek okazał się częścią okrutnej intrygi. Mukader błaga syna o przebaczenie, lecz w jego sercu pozostały już tylko gniew, rozczarowanie i poczucie zdrady.
Kiedy Cią wypowiada lodowate słowa: „Nie mam już matki”, Mukader rozumie, że jej obsesja doprowadziła do nieodwracalnej tragedii. Czy C zdoła odnaleźć Hanser i naprawić wyrządzone jej krzywdy? Kim naprawdę jest ojciec dziecka Bey i jaką cenę zapłaci Mukader za kłamstwo, które zniszczyło jej rodzinę?
Krótka prawda, która zniszczyła wszystko.
W rezydencji panowała cisza, lecz nie była to cisza przynosząca spokój. Przeciwnie, wisiała nad domem jak ciężka, ciemna chmura zapowiadająca burzę, której nikt nie był już w stanie powstrzymać.
Z korytarza nie dochodził nawet najcichszy odgłos rozmów służby. Drzwi kolejnych pomieszczeń pozostawały zamknięte, a mieszkańcy domu zdawali się unikać siebie nawzajem, jakby każdy przeczuwał, że coś strasznego wkrótce wyjdzie na jaw.
W sypialni Mukader zasłony były częściowo zaciągnięte. Do środka przedostawało się jedynie blade światło popołudnia, które padało na eleganckie meble, ciężką narzutę i stojącą przy łóżku szklankę wody.
Sama Mukader leżała wsparta na kilku poduszkach. Jej twarz była blada, oczy opuchnięte od płaczu, a dłonie wyraźnie drżały. Podniosła szklankę do ust, lecz zanim zdążyła się napić, z korytarza dobiegły szybkie, zdecydowane kroki.
Kobieta znieruchomiała. Rozpoznała ten chód. „Cio…” – wyszeptała, a jej głos zadrżał.
Drzwi otworzyły się gwałtownie, uderzając o ścianę. Cong wszedł do środka jak człowiek, który od wielu godzin walczył sam ze sobą i właśnie przegrał tę walkę. Jego twarz była napięta, szczęki mocno zaciśnięte, a w oczach płonął gniew pomieszany z bólem. Nie był to jednak zwyczajny gniew. Była to wściekłość człowieka, który nagle zaczął rozumieć, że przez całe miesiące mógł być oszukiwany przez najbliższe mu osoby.
Mukader spróbowała usiąść prościej. „Synu, co się stało? Dlaczego tak patrzysz?” – zapytała drżącym głosem. Cą nie odpowiedział od razu. Zamknął za sobą drzwi i stanął kilka kroków od łóżka. Przez chwilę wpatrywał się w matkę w całkowitym milczeniu. To milczenie było dla niej bardziej przerażające niż krzyk.
„Co się stało?” – powtórzył w końcu cicho. W jego głosie zabrzmiała tak głęboka gorycz, że Mukader opuściła wzrok. „Pytasz mnie, co się stało? Naprawdę masz jeszcze odwagę zadawać mi takie pytanie?”
„Cio, ja nie rozumiem.”
„Nie rozumiesz?” – wybuchnął. „Oczywiście, że rozumiesz. Rozumiesz wszystko lepiej ode mnie. To ty zawsze wiedziałaś, czego mam chcieć, z kim mam żyć, kogo mam poślubić i jakie dziecko ma się urodzić w tej rodzinie.”
Mukader mocniej zacisnęła palce na szklance. „Proszę cię, nie podnoś głosu. Nie czuję się dobrze.”
Cą zaśmiał się krótko, lecz w tym śmiechu nie było ani odrobiny radości. „Ty nie czujesz się dobrze? A jak twoim zdaniem ja się czuję, matko? Czy choć raz zadałaś sobie to pytanie? Czy choć raz pomyślałaś o tym, co zrobiłaś z moim życiem?”
„Wszystko, co robiłam, robiłam dla ciebie.”
„Nie waż się tego mówić!” Jego głos rozdarł ciszę pokoju. Mukader drgnęła i niemal wypuściła szklankę z rąk. Cą podszedł bliżej.
„Przez lata słyszałem jedno i to samo. Wnuk, dziedzic, syn, który będzie nosił nasze nazwisko. Męski potomek rodu Deoglu. Powtarzałaś te słowa każdego dnia jak modlitwę, jak rozkaz, jak wyrok. Nie obchodziło cię, czy jestem szczęśliwy. Nie obchodziło cię, czy kocham kobietę, z którą mam mieć to dziecko. Liczyło się tylko nazwisko i twoja obsesja.”
„To nie była obsesja” – zaprotestowała słabo Mukader. „Chciałam zabezpieczyć przyszłość naszej rodziny.”
„Rodziny?” Cą pokręcił głową. „Ty nazywasz to rodziną? Rodziną, w której matka zmusza syna do porzucenia kobiety, którą kocha. Rodziną, w której uczucia nie mają żadnego znaczenia. Rodziną, w której dziecko jest traktowane jak narzędzie do przedłużenia nazwiska.”
Mukader odwróciła twarz w stronę okna. „Hanser nie mogła dać ci tego, czego potrzebowałeś.”

Na dźwięk imienia ukochanej Cą zacisnął pięści. „Nie mów o niej. Powiedziałem, żebyś nie mówiła o Hanser.” W jego oczach pojawiły się łzy, lecz nie pozwolił im wypłynąć. „Wyrwałaś ją z mojego życia. Zrobiłaś wszystko, żeby uwierzyła, że nie ma przy mnie miejsca. Codziennie przypominałaś jej, że jest niewystarczająca, że nie może dać tej rodzinie dziecka, że nigdy nie będzie prawdziwą panią tego domu. A kiedy próbowałem ją chronić, stawiałaś mnie przed wyborem.”
Mukader spojrzała na niego z rozpaczą. „Nie kazałam ci jej porzucać.”
„Nie musiałaś mówić tego wprost!” – krzyknął. „Wystarczyło, że zatruwałaś każdy dzień. Wystarczyło, że patrzyłaś na nią jak na intruza. Wystarczyło, że wciąż wychwalałaś Beyzę i przypominałaś mi, że to ona może dać mi syna.”
Mukader zacisnęła usta. Cion zrobił kolejny krok. „I w końcu dostałaś to, czego chciałaś. Hanser odeszła. Ja wróciłem do Beyzy. Urodził się chłopiec, twój wymarzony wnuk, dziedzic rodu Deelioglu.”
Mukader zadrżała.
„Więc powiedz mi, matko.” Jego głos stał się nagle spokojny, niemal lodowaty. „Dlaczego nawet na niego nie spojrzałaś?”
W pokoju zapadła cisza. Mukader poruszyła ustami, lecz nie wydobył się z nich żaden dźwięk.
„Pytam cię” – powtórzył Cą. „Dlaczego nie przyszłaś zobaczyć dziecka, o którym mówiłaś przez całe moje życie?”
„Byłam chora.”
„Kłamiesz.”
„Naprawdę źle się czułam.”
„Kłamiesz!”
Cą uderzył dłonią w stojącą obok komodę. Szklanka zadrżała, a kilka kropel wody spadło na blat. „Nie zadzwoniłaś nawet do mnie. Ani razu nie zapytałaś, czy chłopiec jest zdrowy. Nie zapytałaś, jak się czuje. Nie zażądałaś zdjęcia, nie wybrałaś dla niego ubrania, nie przygotowałaś pokoju, nie urządziłaś przyjęcia. Ty, Mukader Deelioglu, która przez lata mówiła wszystkim, że narodziny wnuka będą najważniejszym dniem w jej życiu.”

Kobieta zaczęła cicho szlochać. „Nie chciałam, żebyś pokłócił się z wujem.”
Cą zmarszczył brwi. „Co?”
„Nuśret był zdenerwowany. W domu było już wystarczająco dużo napięcia. Pomyślałam, że najlepiej będzie, jeśli na jakiś czas się wycofam.”
„Nie zasłaniaj się moim wujem. On tylko próbował chronić rodzinę.”
„Przed czym? Przed kim?”
„Przede mną?”
Mukader unikała jego spojrzenia. Cion zaczął powoli chodzić po pokoju. Każdy jego krok był ciężki, pełen tłumionej furii.
„Najpierw wuj, potem Beyza, teraz ty. Wszyscy milczycie. Wszyscy zachowujecie się tak, jakbyście bali się, że wypowiedziane na głos słowo zburzy cały ten dom. Co ukrywacie?”
„Niczego nie ukrywamy.”
„Spójrz mi w oczy i powiedz to jeszcze raz.”
Mukader nie podniosła głowy.
„Matko, proszę cię…”
„Zostaw mnie samą.”
„Nie wyjdę, dopóki nie powiesz mi prawdy.”
„Nie mam ci nic do powiedzenia.”
Cą pochylił się nad nią. „Dlaczego odwróciłaś się od swojego wnuka?”
„Powiedziałam ci już…”
„Nie interesują mnie kolejne wymówki.”
Mukader przycisnęła dłoń do ust, próbując stłumić szloch.
„Dlaczego jesteś na mnie obrażona?” – naciskał Cą. „Dlaczego nie możesz spojrzeć mi w twarz? To nie jest zwykła kłótnia z wujem. W tę sprawę zamieszani są Nuśret, Beyza i dziecko, którego sama tak bardzo pragnęłaś. Nie wmówisz mi, że to przypadek.”
„Cą… błagam.”
„O co błagasz? Żebym nadal żył w kłamstwie? Żebym nie zadawał pytań? Żebym udawał szczęśliwego ojca, kiedy wszyscy wokół mnie znają jakąś tajemnicę?”
Mukader zamknęła oczy. Łzy popłynęły po jej policzkach. Cong patrzył na nią z rosnącym przerażeniem. Im bardziej milczała, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że jego podejrzenia są słuszne. Coś było nie tak. Coś znacznie poważniejszego, niż początkowo sądził.
„Czy Beyza coś zrobiła?” – zapytał.
„Czy dziecko jest chore?”
Mukader potrząsnęła głową.
„Czy Nuśret ci groził?”
Kobieta milczała.
„Czy chodzi o pieniądze? O nazwisko? O jakiś skandal?”
„Przestań…”
„Nie przestanę.”
Con chwycił się za głowę, jakby próbował uporządkować chaos myśli. „Przez miesiące słuchałem, jak mówisz, że ten chłopiec będzie ratunkiem dla naszej rodziny. A kiedy wreszcie się urodził, zachowujesz się tak, jakby jego istnienie było przekleństwem. Dlaczego?”
Mukader zaczęła szlochać jeszcze głośniej.
„Nie mogę…”
„Możesz. I powiesz mi to teraz.”
„Ta prawda cię zniszczy.”
Cą znieruchomiał. Po raz pierwszy Mukader przyznała, że rzeczywiście istnieje jakaś prawda.
„Mnie już zniszczono” – odpowiedział cicho. „Teraz chcę tylko wiedzieć, kto to zrobił.”
Mukader podniosła na niego oczy. W jej spojrzeniu widać było strach, wstyd i rozpacz.
„Czasami człowiek popełnia błąd, myśląc, że chroni tych, których kocha.”
„Nie próbuj się usprawiedliwiać, zanim jeszcze usłyszę prawdę.”
Mukader odwróciła twarz w stronę okna. Twierdziła, że Hançer nie mogła dać Cihanowi tego, czego naprawdę potrzebował. Na dźwięk imienia ukochanej Cihan zacisnął pięści i natychmiast jej przerwał. Poprosił, by nigdy więcej nie mówiła o Hançer. W jego oczach pojawiły się łzy, lecz nie pozwolił im spłynąć. Powiedział, że to właśnie matka wyrwała Hançer z jego życia. Każdego dnia wmawiała jej, że nie zasługuje na miejsce w rodzinie, że nie może urodzić dziecka i nigdy nie stanie się prawdziwą panią domu. Gdy próbował chronić ukochaną, Mukader zawsze stawiała go przed wyborem.
Kobieta rozpaczliwie tłumaczyła, że nigdy nie kazała mu porzucać Hançer. Cihan odpowiedział jednak, że nie musiała wypowiadać takich słów wprost. Wystarczyło, że każdego dnia zatruwała atmosferę, patrzyła na Hançer jak na intruza i nieustannie wychwalała Beyzę jako jedyną kobietę zdolną dać mu syna. W końcu osiągnęła swój cel – Hançer odeszła, on wrócił do Beyzy, a na świat przyszedł chłopiec, którego wszyscy uznali za upragnionego dziedzica rodu.
Po chwili Cihan zadał pytanie, które od dawna nie dawało mu spokoju. Skoro Mukader przez całe życie marzyła o wnuku, dlaczego po narodzinach chłopca nawet na niego nie spojrzała? W pokoju zapadła ciężka cisza. Kobieta próbowała coś powiedzieć, ale nie potrafiła wydobyć z siebie słów. Tłumaczyła się chorobą, jednak Cihan natychmiast zarzucił jej kłamstwo. Uderzył dłonią w komodę i przypomniał, że nie zadzwoniła nawet zapytać, czy dziecko jest zdrowe, nie przygotowała pokoju, nie kupiła ubranek ani nie urządziła żadnego przyjęcia, choć przez lata powtarzała wszystkim, że narodziny wnuka będą najszczęśliwszym dniem jej życia.
Mukader próbowała zrzucić winę na napiętą sytuację w rodzinie i konflikt z Nusretem, ale Cihan nie uwierzył ani jednemu słowu. Zaczął chodzić po pokoju, coraz bardziej przekonany, że wszyscy coś przed nim ukrywają. Najpierw wuj, potem Beyza, a teraz także własna matka. Każde ich zachowanie wyglądało tak, jakby bali się wypowiedzieć prawdę na głos. Domagał się odpowiedzi, lecz Mukader błagała tylko, by zostawił ją samą. On jednak odmówił. Nie zamierzał wyjść, dopóki nie pozna całej prawdy.
Każde kolejne pytanie sprawiało, że kobieta coraz bardziej się załamywała. Cihan pytał, czy Beyza coś zrobiła, czy dziecko jest chore, czy chodzi o pieniądze, nazwisko albo jakiś rodzinny skandal. Mukader wciąż milczała. To milczenie było dla niego najgorszą odpowiedzią. Przypomniał, że przez wiele miesięcy słuchał zapewnień, iż narodziny chłopca uratują rodzinę, tymczasem teraz wszyscy zachowywali się tak, jakby jego istnienie było przekleństwem.
W końcu Mukader wyznała, że prawda zniszczy Cihana. On odpowiedział spokojnie, że jego życie już zostało zniszczone i chce jedynie wiedzieć, kto za tym stoi. Kobieta przyznała, że próbowała chronić najbliższych, ale wszystko wymknęło się spod kontroli. Cihan nie pozwolił jej się usprawiedliwiać i ponownie zapytał, dlaczego nie była w stanie spojrzeć na dziecko, dla którego poświęciła jego małżeństwo.

Nagle Mukader krzyknęła, że nie mogła patrzeć na chłopca. Jej mur milczenia runął. Ze łzami w oczach wyznała, że nie mogła nazwać go swoim wnukiem, ponieważ ten chłopiec nie jest jej wnukiem. Cihan zamarł. Cały świat przestał dla niego istnieć. Z niedowierzaniem poprosił, by matka powtórzyła swoje słowa. Wtedy Mukader wypowiedziała jeszcze bardziej wstrząsające wyznanie – dziecko nie jest biologicznym synem Cihana.
Na twarzy Cihana zniknął gniew, zastąpił go paraliżujący szok. Błagał matkę, by powiedziała, że kłamie, że chce go tylko zranić. Mukader nie potrafiła jednak zaprzeczyć. Powiedziała, że chłopiec naprawdę nie jest jego dzieckiem. Mężczyzna zachwiał się i oparł o komodę. Przed oczami przesunęły mu się wszystkie wydarzenia ostatnich miesięcy – łzy Beyzy, jej zapewnienia o ciąży, naciski matki, rozpacz Hançer i własna decyzja o odejściu od kobiety, którą naprawdę kochał. Zrozumiał, że każda z tych decyzji została oparta na kłamstwie.
Drżącym głosem zapytał, kto jest prawdziwym ojcem dziecka. Mukader odpowiedziała, że nie wie. Przyznała jednak, że Beyza z pewnością zna prawdę. Cihan wybuchnął gorzkim śmiechem, który szybko zamienił się w pełen bólu jęk. Następnie zapytał, od kiedy matka zna tę tajemnicę. Jej milczenie wystarczyło, by zrozumiał, że wiedziała jeszcze przed narodzinami chłopca.
Mukader wyznała, że Nusret przekonywał ją, iż najpierw trzeba zdobyć dowody. Cihan odkrył wtedy, że wszyscy wiedzieli o oszustwie oprócz niego. Zarzucił matce, wujowi i Beyzie, że ludzie najgłośniej mówiący o honorze i rodzinie uczynili z niego największego naiwniaka. Kobieta próbowała tłumaczyć, że również została oszukana przez Beyzę, która wykorzystała jej obsesję na punkcie wnuka i świadomie zmanipulowała całą rodzinę.
Mukader przyznała, że każdego dnia pali ją wstyd. Nie mogła spojrzeć na dziecko, ponieważ za każdym razem widziała przed oczami odchodzącą Hançer, syna wracającego do Beyzy i własne ręce, które popchnęły go w tę pułapkę. Cihan odpowiedział, że właśnie przez milczenie naprawdę go straciła. Kobieta błagała o przebaczenie, lecz usłyszała tylko, że zrujnowała jego życie.
Ze łzami w oczach Cihan wspominał Hançer. Powiedział, że stała przed nim i czekała tylko na jedno słowo, które mogło wszystko zmienić. Gdyby wiedział prawdę, nigdy by jej nie pozwolił odejść. Milczał jednak, bo wierzył, że dziecko Beyzy jest jego i że ma obowiązek wrócić do dawnej rodziny. To właśnie słowa matki o obowiązku i nazwisku zagłuszyły głos jego serca.
Mukader obiecała, że powie wszystkim prawdę, wyrzuci Beyzę z domu i pomoże odnaleźć Hançer. Cihan spojrzał na nią z bólem i odpowiedział, że niektórych rzeczy nie da się już naprawić. Kobieta błagała, by jej nie opuszczał, przypominając, że mimo wszystkiego nadal jest jego matką.
Przez długą chwilę Cihan patrzył na nią w milczeniu. W jego oczach nie było już gniewu, lecz całkowite rozczarowanie. W końcu wypowiedział słowa, które złamały Mukader bardziej niż wszystkie wcześniejsze oskarżenia: „Nie mam już matki.”
Po tych słowach odwrócił się i skierował do drzwi. Mukader próbowała za nim pobiec, ale nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Upadła na łóżko i wyciągnęła rękę w stronę syna, błagając, by jej nie zostawiał. Cihan nie obejrzał się ani razu. Drzwi zamknęły się za nim, a kobieta została sama w pokoju. Dopiero wtedy zrozumiała, że w pogoni za marzeniem o wnuku straciła własnego syna. Ukryła twarz w dłoniach i powtarzała z rozpaczą jedno pytanie: „Boże… co ja zrobiłam własnemu dziecku?”
Widziała małego Cihana, który biegał po ogrodzie i z radością wołał swoją matkę. Przypomniała sobie chłopca wtulającego się w jej ramiona po pierwszym dniu szkoły, a potem młodego mężczyznę, który po śmierci ojca obiecał, że nigdy jej nie opuści. Teraz jednak straciła go na zawsze. Nie przez Beyzę, nie przez Nusreta ani przez Hançer, lecz przez własną dumę i obsesję.
Nagle drzwi ponownie się otworzyły. Mukader gwałtownie podniosła głowę. W progu stanął Cihan. Przez krótką chwilę uwierzyła, że wrócił, aby ją przytulić i wybaczyć słowa wypowiedziane w gniewie. Drżącym głosem wyszeptała jego imię. Cihan wszedł do pokoju, zamknął drzwi i zatrzymał się przed nią. Nie przyszedł jednak po to, by ją pocieszyć. Z bólem na twarzy zapytał, czy wie, co w całej tej tragedii jest najgorsze.
Mukader otarła łzy i przyznała, że popełniła błąd. Cihan natychmiast zaprzeczył. To nie był zwykły błąd, lecz świadomy wybór powtarzany każdego dnia. Każdego dnia przedkładała własne pragnienia nad jego szczęście. Przez nią nie potrafił powiedzieć Hançer, żeby została. Nie zatrzymał jej, nie pobiegł za nią, choć całe jego serce krzyczało, aby to zrobić. Stał bez ruchu, podczas gdy ona odchodziła, czekając tylko na jedno słowo, które mogło odmienić ich los.
Mukader błagała, by przestał rozdrapywać stare rany. Przyznała, że skrzywdziła zarówno Hançer, jak i własnego syna. Wyjaśniła, że za wszelką cenę pragnęła wnuka i wierzyła, iż narodziny dziecka naprawią wszystkie problemy rodziny. Cihan odpowiedział spokojnie, że dziecko nigdy nie jest lekarstwem na brak miłości. Kobieta ze łzami przyznała, że zrozumiała to dopiero teraz, ale było już za późno.
Nie chciała jednak całkowicie się poddać. Poprosiła syna, aby odnalazł Hançer i powiedział jej całą prawdę. Była przekonana, że Hançer wciąż go kocha, bo widziała, jak na niego patrzyła. Cihan odparł, że on również pamięta tamto spojrzenie, ale pamięta także chwilę, gdy odchodziła. Miłość może przetrwać wiele, lecz zaufanie potrafi umrzeć w jednej chwili.
Mukader wyciągnęła rękę, chcąc pomóc synowi naprawić wszystko. Cihan pokręcił jednak głową. Odpowiedział, że nie potrzebuje już jej pomocy, ponieważ każda próba pomocy z jej strony kosztowała go zbyt wiele. Zapowiedział, że zamierza poznać całą prawdę – od Beyzy, od Nusreta i od wszystkich, którzy uczestniczyli w tym wielkim oszustwie.
Mukader ostrzegła go, że Beyza jest zdesperowana i może zrobić wszystko, aby ukryć prawdę. Cihan odpowiedział chłodno, że o niego nie musi się martwić. Powinna była martwić się znacznie wcześniej, zanim zniszczyła jego życie. Kobieta spuściła głowę i powiedziała, że ma pełne prawo jej nienawidzić.
Po dłuższej chwili milczenia Cihan odparł, że nawet nie chce jej nienawidzić. Nienawiść oznaczałaby, że wciąż poświęca jej swoje uczucia. On po prostu nie chce już niczego od niej. Te słowa zabolały Mukader bardziej niż wszystkie wcześniejsze oskarżenia. Prawda wyszła na jaw zbyt późno – za późno dla niego, dla Hançer i dla wszystkiego, co mogło ich jeszcze połączyć.
Cihan odwrócił się i ruszył w stronę drzwi. Cicho zapytała, czy jeszcze kiedyś ją odwiedzi. Zatrzymał się na chwilę przy wyjściu, ale nawet się nie obejrzał. Mukader z drżeniem w głosie spytała, czy kiedykolwiek znowu nazwie ją matką. Po długiej ciszy odpowiedział tylko: „Dzisiaj nie potrafię.”
Otworzył drzwi. Za jego plecami rozległ się cichy szept. Mukader przepraszała za każdy dzień, w którym nazwisko i rodzinna duma były dla niej ważniejsze niż szczęście syna. Przepraszała za to, że nie pozwoliła mu wybrać własnej drogi, i przede wszystkim za krzywdę wyrządzoną Hançer.
Cihan stał nieruchomo przez kilka sekund. W jego oczach pojawiły się łzy, ale nie odwrócił głowy. Powiedział tylko, że to nie jego powinna przepraszać. Jeśli Hançer kiedykolwiek zechce jej wysłuchać, wtedy będzie mogła poprosić o wybaczenie. Po tych słowach wyszedł po raz drugi. Tym razem jego kroki stopniowo ucichły w głębi korytarza.
Mukader wsłuchiwała się w ten dźwięk, aż zapadła całkowita cisza. Miała wrażenie, że z każdym oddalającym się krokiem traci kolejną część własnego życia. Została sama na wielkim łóżku pośród luksusu, o który walczyła przez tyle lat. Miała bogactwo, nazwisko, rezydencję i wysoką pozycję, ale nie miała już syna, upragnionego wnuka ani nawet prawa nazywać tego miejsca prawdziwym domem.
Położyła dłoń na piersi i rozpłakała się bez żadnych prób powstrzymywania łez. Opłakiwała utraconą miłość syna, cierpienie Hançer oraz własną ślepotę. Wreszcie zrozumiała, że człowiek może tak bardzo pragnąć szczęścia dla swojej rodziny, iż własnymi rękami doprowadzi ją do całkowitego zniszczenia.
Tymczasem Cihan szedł długim korytarzem, nie widząc niczego wokół siebie. W jego głowie wciąż rozbrzmiewało jedno zdanie: „To dziecko nie jest twoim synem.” Zatrzymał się przy schodach i mocno zacisnął dłonie na balustradzie. Całe jego ciało drżało. Przed oczami ponownie pojawiła się Hançer – jej łzy, milczenie i ostatnie spojrzenie.
Cicho wyszeptał pytanie, które rozdzierało mu serce: „Co ja ci zrobiłem?” Po jego policzku spłynęła samotna łza. Nie wiedział jeszcze, czy Hançer będzie potrafiła mu wybaczyć. Nie wiedział, gdzie jej szukać ani czy zgodzi się z nim porozmawiać. Jedno było jednak pewne – kłamstwo, które odebrało mu ukochaną kobietę, przestało mieć nad nim władzę. A ci, którzy je stworzyli, już wkrótce mieli przekonać się, jak wygląda gniew człowieka, któremu odebrano wszystko.