Panna młoda odc.

Tajar zna tajemnic pustego grobu i nieprzytomnej Jonsi. Cemil przygotowuje śniadanie, licząc, że choć na chwilę poprawi humor swojej żonie. Kiedy jednak otwiera drzwi sypialni, odkrywa, że Deria po raz kolejny zniknęła bez słowa.

Kobieta tymczasem przemierza obce ulice, desperacko poszukując tajemniczego domu oznaczonego numerem 89. Gdy wreszcie puka do jego drzwi, staje twarzą w twarz z Tajarem, człowiekiem, który doskonale pamięta wydarzenia z mrocznego lasu i pusty dół przypominający grób.

Wewnątrz domu na kanapie leży nieprzytomna Jonka, a jej obecność rodzi coraz więcej niepokojących pytań. Przed kim uciekała? Dlaczego Tajar ukrywa ją przed światem i co naprawdę wydarzyło się tamtej nocy w lesie? Deria próbuje odkryć prawdę, lecz każde jej pytanie wywołuje w gospodarzu coraz większe napięcie.

Tajar w końcu wypowiada ostrzeżenie, którego kobieta długo nie zapomni. Jeśli nadal będzie kierować się ciekawością i zacznie kopać kolejny dół, tym razem może zabraknąć człowieka, który pomoże jej się z niego wydostać. Czy Deria posłucha tej groźnej rady, czy też tajemnica domu numer 89 okaże się silniejsza od jej strachu?

Scena pierwsza. Puste mieszkanie.

Poranek dopiero zaczynał rozjaśniać wąskie uliczki dzielnicy. Blade światło przeciskało się przez ciężkie, wzorzyste zasłony i kładło na podłodze skromnego mieszkania nieregularne, szare smugi. W pomieszczeniu panowała cisza, która nie miała w sobie niczego kojącego. Była raczej ciężka, niespokojna, jakby ściany od wielu godzin czekały na coś, co nie chciało nadejść.

Zamek w drzwiach zazgrzytał. Po chwili do mieszkania wszedł Cemil. Miał na sobie ciemną, lekko przetartą kurtkę, a w prawej dłoni trzymał foliową siatkę z jeszcze ciepłym chlebem. Zatrzymał się w przedpokoju i na moment zamknął oczy. Wyglądał na człowieka, który nie spał dobrze od wielu nocy. Na jego twarzy widać było zmęczenie, lecz pod nim kryło się coś jeszcze — bezradność człowieka próbującego podtrzymać rodzinę, choć sam nie miał już siły stać prosto.

Wypuścił powietrze z płuc. „Każdy dzień zaczyna się tak samo” — mruknął do siebie. Zdjął kurtkę i powiesił ją na drewnianym wieszaku przy drzwiach. Wieszak zachwiał się niebezpiecznie, jakby nawet on nie był już w stanie udźwignąć kolejnego ciężaru.

Cemil poprawił go odruchowo, po czym przeszedł do niewielkiego salonu połączonego z kuchnią. Na stole stały dwa talerzyki. Na jednym leżały plasterki pomidora i ogórka, na drugim kilka kawałków białego sera. Obok znajdowały się dwie szklanki do herbaty, mały słoik oliwek oraz stary metalowy czajniczek.

Cemil spojrzał na przygotowane jedzenie i uśmiechnął się słabo. Wyszedł bardzo wcześnie, jeszcze zanim na ulicach pojawili się pierwsi przechodnie. Chciał kupić świeży chleb i przygotować żonie śniadanie. Wiedział, że Deria od wielu dni prawie nic nie jadła. Nosiła w sobie zbyt wiele lęku, zbyt wiele pytań i wspomnień związanych z własną matką.

Cemil nie znał wszystkich szczegółów. Deria unikała rozmów, zmieniała temat, a niekiedy zamykała się w sypialni i przez całe godziny siedziała w milczeniu. Mimo to próbował być cierpliwy.

Położył chleb na stole i delikatnie nacisnął dłonią chrupiącą skórkę. „Świeży, taki jaki lubisz” — powiedział, choć w pokoju nikogo nie było. „Może dzisiaj chociaż trochę zjesz?”

Przez chwilę stał nieruchomo, wpatrując się w drzwi sypialni. Następnie uśmiechnął się szerzej, jakby postanowił udawać, że wszystko jest w porządku.

— Deria! — zawołał głośno. — Deria, wstawaj. Spójrz, przygotowałem bardzo dobre śniadanie. Chodź, zjedzmy coś, zanim herbata wystygnie.

Nie odpowiedział mu żaden głos.

Cemil zaczekał, nasłuchując. Deria nadal milczała. Jego uśmiech powoli przygasł. Podszedł do stołu, przesunął jedną ze szklanek, a później spojrzał w stronę korytarza.

— Przecież nie mogłaś znowu zasnąć — mruknął. — W nocy prawie nie zmrużyłaś oka.

Ruszył do sypialni. Im bliżej znajdował się drzwi, tym bardziej zwalniał. Ogarnęło go znajome, nieprzyjemne przeczucie. To samo, które pojawiało się zawsze wtedy, gdy Deria wychodziła bez słowa i znikała na wiele godzin.

Zapukał delikatnie.

— Deria, wchodzę.

Nacisnął klamkę. Drzwi otworzyły się niemal bezszelestnie.

Cemil zajrzał do środka i natychmiast znieruchomiał. Łóżko było puste, kołdra leżała zsunięta na podłogę, a poduszka nosiła jeszcze ślad czyjejś głowy. Szafa była niedomknięta. Z wieszaka zniknął płaszcz Deryi.

Cemil wszedł głębiej.

— Nie…

Sprawdził łazienkę, zajrzał za drzwi, jakby dorosła kobieta mogła ukrywać się w kącie przed własnym mężem. Następnie wrócił do sypialni i spojrzał na nocny stolik. Telefon Deryi również zniknął.

Mężczyzna zacisnął szczęki.

— Znowu przepadła bez śladu.

Tym razem w jego głosie nie było wyłącznie złości. Było w nim przede wszystkim rozczarowanie. Cemil przez wiele lat uważał, że w małżeństwie można pokonać wszystko, jeśli ludzie będą ze sobą rozmawiać. Teraz zaczynał rozumieć, że Deria żyła w świecie, do którego nie chciała go wpuścić.

Podszedł do okna i odsunął firankę. Ulica była spokojna. Starsza kobieta zamiatała chodnik. Młody chłopak rozwoził pieczywo, a w oddali przejeżdżał stary autobus. Deryi nigdzie nie było.

Cemil sięgnął po telefon i wybrał jej numer. Przyłożył aparat do ucha. Jeden sygnał. Drugi. Trzeci. Wreszcie automatyczny komunikat poinformował go, że abonent jest chwilowo niedostępny.

— Oczywiście — powiedział gorzko.

Spróbował ponownie, choć wiedział, że niczego to nie zmieni.

— Gdzie ty jesteś, Deria? — zapytał cicho. — I dlaczego za każdym razem uciekasz, jakbyś bała się właśnie mnie?

Wrócił do salonu. Śniadanie, które kilka minut wcześniej wydawało mu się drobnym gestem miłości, teraz wyglądało żałośnie. Dwa talerze, dwie szklanki i świeży chleb przygotowany dla osoby, która po raz kolejny zniknęła bez wyjaśnienia.

Cemil usiadł przy stole i ukrył twarz w dłoniach.

Nie wiedział, że w tym samym czasie jego żona stała już przed domem, którego adres od wielu godzin nie dawał jej spokoju.

Domem oznaczonym numerem 89.

Scena druga. Poszukiwania Deryi.

Deria szła szybkim krokiem, niemal biegnąc. Jej płaszcz rozchylał się przy każdym gwałtownym ruchu, a włosy niedbale związane przed wyjściem opadały jej na twarz. Kilka razy próbowała je odgarnąć, lecz drżące palce odmawiały posłuszeństwa.

Ulica wyglądała zupełnie inaczej niż w jej wspomnieniach. Deria była pewna, że wcześniej widziała w tym miejscu mały sklep spożywczy, ale zamiast niego znajdował się zakład krawiecki. Spodziewała się starego muru. Tymczasem przed nią ciągnął się rząd niemal identycznych domów.

— Niech to szlag. Gdzie w ogóle jest ten dom?

Wyjęła z kieszeni złożoną kartkę. Adres był zapisany pospiesznie, nierównym charakterem pisma. Deria przeczytała go już tyle razy, że znała go na pamięć, a jednak wciąż patrzyła na litery, jakby mogły nagle zmienić znaczenie.

— Ulica powinna być właściwa. Musi być właściwa.

Zatrzymała się na skrzyżowaniu i rozejrzała. Po drugiej stronie zobaczyła starszego mężczyznę siedzącego przed warsztatem.

— Przepraszam!

Mężczyzna uniósł głowę.

— Czego pani szuka?

Deria podeszła bliżej i pokazała mu kartkę.

— Numeru 89. Powiedziano mi, że to gdzieś tutaj.

Starzec przyjrzał się adresowi, a potem wskazał ręką boczną ulicę.

— Proszę iść prosto, a potem skręcić za jasnym budynkiem. To będzie po lewej stronie.

— Jest pan pewien?

— Mieszkam tu od trzydziestu lat. Gdybym nie był pewien, nie odpowiadałbym.

— Dziękuję.

Deria ruszyła we wskazanym kierunku. Serce biło jej coraz szybciej. Z każdym krokiem powracały obrazy z minionej nocy: ciemny las, mokra ziemia, pusty dół, głos Tajara i przerażenie, którego nie potrafiła wyjaśnić nawet samej sobie.

Wiedziała, że powinna była opowiedzieć Cemilowi prawdę. Powinna była powiedzieć, dokąd idzie, z kim zamierza się spotkać i dlaczego boi się kobiety, której właściwie nie znała.

Nie potrafiła.

Deria skręciła za jasnym budynkiem. Wtedy zobaczyła tabliczkę z numerem 89. Zatrzymała się gwałtownie.

Przed nią stał dwupiętrowy dom otoczony niewysokim ogrodzeniem. Nie wyglądał groźnie. Fasada była jasna, okna czyste, a przed wejściem ustawiono dwie donice z wyschniętymi roślinami. Właśnie ta zwyczajność wydała jej się najbardziej niepokojąca.

— To tutaj — wyszeptała.

Przez chwilę walczyła ze sobą. Jedna część jej umysłu nakazywała wrócić do domu, przeprosić Cemila i zapomnieć o tym, co wydarzyło się w lesie. Druga mówiła, że jeśli teraz odejdzie, już nigdy nie dowie się prawdy.

Otworzyła furtkę. Zawiasy cicho zapiszczały. Deria przeszła krótką ścieżką i stanęła przed przeszklonymi drzwiami. Za szybą nie widziała nikogo. Wnętrze domu pogrążone było w półmroku.

Podniosła rękę, lecz zawahała się przed pukaniem.

— Przyszłaś aż tutaj. Nie możesz teraz uciec.

Zapukała raz. Potem drugi, mocniej.

Przez kilkanaście sekund nic się nie wydarzyło. Deria zaczęła podejrzewać, że dom jest pusty. Już miała zapukać po raz trzeci, gdy za matową szybą pojawił się cień. Zamek szczęknął.

Drzwi otworzyły się powoli.

W progu stanął Tajar. Miał na sobie ciemne spodnie, jasną koszulę i elegancką kamizelkę. Jego ubranie było schludne, niemal przesadnie staranne. Gdyby Deria spotkała go po raz pierwszy, mogłaby uznać go za spokojnego i uprzejmego człowieka. Teraz jednak widziała w jego oczach chłód przypominający ostrze ukryte pod kawałkiem jedwabiu.

Przez długą chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Tajar nie wydawał się zaskoczony. Jakby od samego rana wiedział, że Deria przyjdzie.

— Znalazłaś adres — powiedział w końcu.

— Nie było łatwo.

— Rzeczy, których nie powinnaś szukać, zazwyczaj trudno odnaleźć.

Deria przełknęła ślinę.

— Musimy porozmawiać.

— Ty musisz. Ja niekoniecznie.

— Chodzi o tę kobietę.

Na twarzy Tajara nie drgnął żaden mięsień, lecz jego spojrzenie stwardniało.

— Mówiłem ci, żebyś wróciła do domu.

— A ja mówiłam, że nie zostawię tej sprawy.

— Nie przypominam sobie, żebym pytał cię o zdanie.

Te słowa sprawiły, że Deria cofnęła się o pół kroku.

Przed oczami Tajara ponownie stanęła tamta noc.

Las tonął w niemal całkowitej ciemności. Zimny wiatr poruszał gałęziami, a każdy szelest brzmiał jak czyjś krok. Wilgotna ziemia pachniała deszczem i rozkładem.

Deria siedziała pod drzewem, obejmując kolana ramionami. Jej dłonie były brudne od ziemi, włosy splątane, a na policzkach lśniły łzy. Oddychała szybko, urywanymi haustami, jakby wciąż uciekała, mimo że od kilku minut pozostawała w miejscu.

Tajar kucnął obok niej.

— Spójrz na mnie.

Deria pokręciła głową.

— Spójrz na mnie, Deria.

Uniósł jej podbródek. Kobieta spojrzała na niego z przerażeniem.

— Ona tam była — wyszeptała. — Przysięgam, że tam była.

— Kto?

— Ta dziewczyna. Jonka. Leżała w dole. Widziałam ją.

— Było ciemno.

— Nie jestem ślepa.

— Ale jesteś przerażona. Strach potrafi pokazać człowiekowi rzeczy, których nie ma.

Deria zaczęła gwałtownie kręcić głową.

— Słyszałam jej głos. Wołała o pomoc. Powiedziała moje imię.

Tajar zamilkł. Przez moment uważnie obserwował jej twarz, jakby próbował ocenić, czy mówi prawdę, czy rzeczywiście traci kontakt z rzeczywistością.

Położył jej dłoń na ramieniu.

— Ty idź. Resztą ja się zajmę.

— Nie zostawię cię.

— Zostawisz.

— A jeśli ona żyje?

— Powiedziałem, że się tym zajmę.

— Tajar…

— Błagam, idź.

Po chwili złagodził ton.

— Posłuchaj mnie. Jesteś w szoku. Nie pomożesz ani jej, ani sobie. Wróć do domu, umyj twarz i zachowuj się tak, jakbyś nigdy tu nie była.

— Nie potrafię.

— Będziesz musiała.

Deria spojrzała w stronę ciemnego wykopu między drzewami.

— Obiecaj mi, że jej nie zostawisz.

— Obiecuję, że zrobię to, co trzeba.

Nie była to odpowiedź, której oczekiwała.

Mimo to podniosła się z ziemi. Zachwiała się, lecz Tajar chwycił ją za łokieć.

— Idź prosto do drogi. Nie odwracaj się i nie rozmawiaj z nikim.

— A ty?

— Ja zostanę.

— Dlaczego mi pomagasz?

Tajar uśmiechnął się bez cienia radości.

— Kiedyś ktoś nie zadał mi tego pytania. Dzięki temu przeżyłem. Teraz ty zrób dla mnie to samo.

Deria odeszła. Jej sylwetka szybko zniknęła między drzewami.

Tajar zaczekał, aż odgłos jej kroków całkowicie ucichnie. Następnie podniósł z ziemi latarkę i ruszył w stronę wykopu.

Dół był głęboki. Świeżo usypana ziemia tworzyła po bokach nieregularne kopce. Ktoś przygotował to miejsce z rozmysłem. Nie było to przypadkowe zagłębienie ani ślad po pracach leśnych. Kształt nie pozostawiał żadnych wątpliwości.

Przypominał grób.

Tajar stanął na krawędzi i skierował światło latarki w dół. Zmarszczył brwi.

Dół był pusty.

— Co jest do diabła?

Przesunął snop światła po ścianach wykopu. W ziemi widoczne były ślady dłoni, a na jednym z boków znajdowały się głębokie zadrapania. Na dnie leżał kawałek materiału, ale nie było tam ani ciała, ani rannej kobiety.

Tajar zeskoczył do środka, podniósł skrawek materiału i przyjrzał mu się. Był to fragment jasnej sukienki poplamionej błotem i krwią.

— Więc jednak tu byłaś…

Spojrzał w stronę lasu.

Jeśli Jonka zdołała wydostać się z wykopu, nie mogła odejść daleko. Była ranna, osłabiona i prawdopodobnie nieprzytomna.

Tajar wspiął się na powierzchnię.

— Ta dziewczyna chyba całkowicie oszalała — mruknął, mając na myśli Derię. — Słyszy głosy, widzi rzeczy, których nie potrafi wyjaśnić. Trzeba będzie doprowadzić ją do porządku, zanim ściągnie nam wszystkim kłopoty.

Chwycił porzuconą łopatę, lecz nie zaczął zasypywać dołu. Zamiast tego ruszył w stronę zarośli, podążając za ledwo widocznymi śladami krwi.

Po kilkunastu minutach znalazł Jonkę.

Leżała za przewróconym pniem, skulona i nieruchoma. Jej oddech był tak słaby, że Tajar przez chwilę sądził, iż przybył za późno.

Pochylił się nad nią.

— Otwórz oczy.

Brak reakcji.

Przyłożył palce do jej szyi. Poczuł słabe tętno.

— Narobiłaś dużo zamieszania. A nawet nie wiesz, ilu ludzi może przez ciebie zginąć.

Jonka poruszyła ustami. Z jej gardła wydobył się cichy jęk.

Tajar spojrzał w stronę, w którą odeszła Deria. Następnie zdjął płaszcz, okrył nim ranną kobietę i wziął ją na ręce.

Właśnie wtedy podjął decyzję, która miała wkrótce związać ich wszystkich węzłem strachu, tajemnic i kłamstw.

Scena czwarta. Dom Tajara.

Wspomnienie zniknęło. Tajar ponownie patrzył na Derię stojącą w progu domu.

— Wejdź do środka — rozkazał.

— Najpierw powiedz mi, czy ona żyje.

— Wejdź.

Deria zawahała się, ale przekroczyła próg.

Tajar rozejrzał się po ulicy, upewniając się, że nikt ich nie obserwuje. Dopiero wtedy zamknął drzwi i przekręcił klucz. Ten dźwięk sprawił, że Deria poczuła się jak w pułapce.

— Dlaczego zamykasz drzwi?

— Bo nie lubię nieproszonych gości.

— Ja też jestem nieproszonym gościem.

— Ty jesteś problemem, który sam wszedł do mojego domu.

Tajar ruszył korytarzem. Deria podążyła za nim, mijając starannie ustawione meble i ciemne obrazy wiszące na ścianach. W domu panował chłód, choć na zewnątrz nie było szczególnie zimno.

Weszli do salonu.

Deria od razu zobaczyła kobietę leżącą na błękitnej kanapie. Jonka była szczelnie przykryta grubym kocem. Spod materiału wystawała jedynie jej blada twarz i kosmyki rudych włosów. Wyglądała tak nieruchomo, że można było pomyśleć, iż nie oddycha.

— Jonka… — wyszeptała Deria.

Podeszła do sofy i usiadła na jej brzegu. Zdjęła płaszcz, położyła go obok siebie, a następnie ostrożnie dotknęła dłoni nieprzytomnej kobiety.

Skóra Jonki była chłodna.

— Czy ona wciąż nie otworzyła oczu?

Tajar usiadł w fotelu naprzeciwko.

— Nie. Ani razu. Poruszyła się w nocy. Wymamrotała kilka słów, których nie zrozumiałem.

— Co powiedziała?

— Właśnie powiedziałem, że nie zrozumiałem.

Deria przyjrzała się twarzy Jonki. Na jej skroni widniał siniec, na szyi kilka czerwonych śladów, a dolna warga była rozcięta.

— Ona potrzebuje lekarza.

— Nie.

Deria podniosła wzrok.

— Jak to: nie? Nie widzisz, w jakim jest stanie?

— Widzę lepiej niż ty.

— W takim razie zabierzmy ją do szpitala.

— Nigdzie jej nie zabierzemy.

— Może mieć wewnętrzne obrażenia. Może umrzeć.

— Nie umrze.

— Skąd możesz to wiedzieć?

— Bo jeszcze żyje.

Deria wstała gwałtownie.

— To nie jest odpowiedź.

Tajar uniósł na nią chłodne spojrzenie.

— Nie podnoś głosu w moim domu.

— A co mam robić? Siedzieć i patrzeć, jak ta kobieta umiera na kanapie? W lesie prawie pochowano ją żywcem. Ma rany na całym ciele. Jest nieprzytomna. A ty każesz mi nic nie robić?

— Dokładnie tak.

Deria odwróciła się w stronę drzwi.

— W takim razie zadzwonię po karetkę.

Tajar wstał. Nie krzyknął. Nie wykonał gwałtownego ruchu. Wystarczyło jednak, że stanął na jej drodze.

— Odłóż telefon.

— Odsuń się.

— Deria, nie zmuszaj mnie, żebym powtarzał dwa razy.

— Nie będziesz mi rozkazywał.

— Już to robię. A ty wciąż żyjesz tylko dlatego, że na razie mnie słuchasz.

Deria zamarła. Spojrzała mu prosto w oczy, próbując znaleźć w nich ślad żartu. Nie znalazła niczego poza ostrzeżeniem.

— Grozisz mi?

— Tłumaczę ci sytuację.

— To brzmi jak groźba.

— Groźby są dla ludzi, których chcę przestraszyć. Ty już jesteś przerażona.

Przez kilka sekund żadne z nich się nie odezwało. W salonie słychać było jedynie tykanie zegara oraz cichy, nierówny oddech Jonki.

Deria powoli schowała telefon do kieszeni.

— Dobrze. Nie zadzwonię. Ale musisz mi powiedzieć, co się wydarzyło.

— Niczego nie muszę.

— Tajar… Ona może się nie obudzić.

— Obudzi się, gdy jej ciało będzie gotowe. A jeśli nie, wtedy będziemy mieli inny problem.

Deria spojrzała na Jonkę, a potem ponownie na mężczyznę.

— Moglibyśmy ją przynajmniej przenieść gdzieś indziej. Jeśli nie chcesz szpitala, możemy zostawić ją przed przychodnią. Albo… odwieźć z powrotem tam, gdzie ją znalazłeś. Ktoś ją zauważy i wezwie pomoc.

Tajar roześmiał się cicho, lecz w tym śmiechu nie było rozbawienia.

— Wyrzucić ją na ulicę?

— Nie powiedziałam tego w ten sposób.

— Powiedziałaś dokładnie to. Najpierw chcesz ją ratować, a chwilę później proponujesz zostawić ją jak worek śmieci przed szpitalem. Zdecyduj, kim chcesz być.

— Chcę, żeby przeżyła.

— Nie. Chcesz pozbyć się wyrzutów sumienia.

Te słowa trafiły w Derię mocniej, niż chciała przyznać.

— Nie znasz mnie.

— Znam ludzi takich jak ty. Wchodzicie w cudze życie, bo ciekawość nie pozwala wam spać. Potem, kiedy robi się niebezpiecznie, nazywacie swój strach troską.

Deria ponownie usiadła.

— Więc powiedz mi, czego tak bardzo się boisz?

— Ja się nie boję.

— Każdy się czegoś boi.

— Ludzie, którzy pozwalają sobie na strach, długo nie żyją.

— To dlaczego ją uratowałeś?

Tajar odwrócił wzrok. Pytanie zawisło między nimi.

— W lesie powiedziałeś, że zajmiesz się resztą. Mogłeś odejść. Mogłeś zasypać dół i udawać, że niczego nie widziałeś. Zamiast tego zabrałeś ją tutaj. Dlaczego?

— Zrobiłem to, co uznałem za konieczne.

— Z litości?

— Nie używaj wielkich słów.

— Może jednak nie jesteś tak bezwzględny, jak próbujesz wyglądać?

Tajar natychmiast spojrzał na nią.

— Nigdy więcej nie próbuj mnie oceniać.

— W takim razie sam mi wyjaśnij.

Mężczyzna podszedł do okna. Przez chwilę obserwował wodę widoczną między budynkami. W oddali powoli przesuwał się statek, pozostawiając za sobą długą białą smugę.

— Jonka pracowała dla mnie.

Deria zmarszczyła brwi.

— Pracowała?

— Była stróżem.

— Stróżem? Ona?

— Dlaczego cię to dziwi?

— Wygląda na osobę, która ledwo potrafi się obronić.

— Wygląd często kłamie.

Tajar wrócił do fotela.

— Spotkałem ją kilka miesięcy temu. Siedziała na przystanku w deszczu. Nie miała pieniędzy, dokumentów ani miejsca, do którego mogłaby wrócić.

— I tak po prostu jej pomogłeś?

— Nie pomagam ludziom tak po prostu. Potrzebowałem kogoś do pilnowania magazynu. Ona potrzebowała dachu nad głową. Zawarliśmy umowę.

— Powiedziała ci, przed kim ucieka?

— Nie od razu.

— Przed mężem?

Tajar skinął głową.

— Jej mąż jest tyranem. Człowiekiem, który uważa, że żona jest jego własnością. Najpierw zabrał jej pieniądze, potem zabronił wychodzić z domu. Kiedy próbowała odejść, pobił ją tak mocno, że przez tydzień nie mogła wstać z łóżka.

Deria spojrzała na ślady na szyi Jonki.

— To on jej to zrobił?

— Prawdopodobnie.

— Przecież musisz wiedzieć.

— Nie widziałem, kto ją zaatakował.

— Ale podejrzewasz jej męża.

— Podejrzenia są bezpieczne tylko dopóty, dopóki nie wypowie się ich przy niewłaściwej osobie.

— Kim on jest? Jak się nazywa? Czy wie, gdzie mieszkasz?

Tajar pochylił się do przodu.

— Powiedziałem ci, że jeśli masz choć trochę rozumu, nie będziesz się w to mieszać.

— Już jestem w to zamieszana.

— Nie. Stałaś na skraju tej historii, ale wciąż mogłaś się wycofać. To ty przyszłaś tutaj i sama przekroczyłaś próg.

— Bo widziałam ją w grobie.

— Widziałabyś znacznie mniej, gdybyś nauczyła się patrzeć w inną stronę.

Related Posts

Badania medyczne dowodzą, że biologiczna matką skradzionego dziecka jest Yonca, a Beyza sfałszowała całą ciążę. Beyza zostaje aresztowana i wyprowadzona przez funkcjonariuszy, a niemowlę wraca do rąk…

Cihan próbuje ripostować i zarzuca Melihowi czerpanie korzyści z obecności Hanser, lecz Hanser odcina się, wytykając Cihanowi jego milczenie w chwila, gdy matka oferowała jej pieniądze za…

Badania medyczne dowodzą, że biologiczna matką skradzionego dziecka jest Yonca, a Beyza sfałszowała całą ciążę. Beyza zostaje aresztowana i wyprowadzona przez funkcjonariuszy, a niemowlę wraca do rąk…

Cihan próbuje ripostować i zarzuca Melihowi czerpanie korzyści z obecności Hanser, lecz Hanser odcina się, wytykając Cihanowi jego milczenie w chwila, gdy matka oferowała jej pieniądze za…

Panna Młoda – Mukadder Poznaje Prawdę o Ciąży Hançer! Jej Reakcja Zaskakuje Wszystkich!

Tymczasem Melih nadal igra z ogniem. Nawet jeśli uważa, że działa w dobrej wierze, każdy jego kolejny krok tylko pogarsza sytuację. Popełnia błąd za błędem. Krzywdzi Sinem…

Panna Młoda – 😱 Mukadder Poznaje Prawdę o Ciąży Hançer! Jej Reakcja Zaskakuje Wszystkich!

Tymczasem Melih nadal igra z ogniem. Nawet jeśli uważa, że działa w dobrej wierze, każdy jego kolejny krok tylko pogarsza sytuację. Popełnia błąd za błędem. Krzywdzi Sinem…

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

You cannot copy content of this page