Mężczyźni powoli zasypywali grób Yasemin. Każda spadająca grudka ziemi zdawała się ostatecznie zamykać rozdział jej życia.
Hancer stała nieruchomo, ze spuszczonym wzrokiem. Miała zaczerwienione oczy i pobladłą twarz. Obok niej kobiety cicho szlochały, próbując podtrzymywać się nawzajem.
Wtedy z tłumu wyłoniła się Beyza.
Powoli podeszła do Hancer i zatrzymała się tuż obok niej. Na jej twarzy malował się smutek, ale w spojrzeniu kryło się coś chłodnego, trudnego do odczytania.
— Moje kondolencje — wyszeptała cicho.
Hancer ledwie skinęła głową. Beyza przez chwilę patrzyła na świeży grób.
— Nie potrafię cię teraz nienawidzić — dodała po chwili. — To ty ją znalazłaś… Nie mogę sobie nawet wyobrazić, co wtedy przeżyłaś. Jaki to musiał być szok.
Hancer zamknęła oczy, jakby same wspomnienia sprawiały jej ból.
— Wciąż mam ten obraz przed oczami… — powiedziała drżącym głosem. — Ciągle o tym myślę.
Beyza westchnęła teatralnie i spojrzała na nią z pozornym współczuciem.
— Życie bywa okrutne, prawda? — szepnęła. — Rano człowiek widzi kogoś po raz ostatni i nawet o tym nie wie. Może tamtego dnia nie zdążyłyście sobie powiedzieć nawet zwykłego „dzień dobry”… A kilka godzin później wszystko się kończy.
Hancer poczuła, jak łzy ponownie napływają jej do oczu.
— Rano odprowadziła mnie do drzwi — odpowiedziała łamiącym się głosem. — Miała tylko dokończyć pracę i przyjechać do sądu. Czekałam na nią… ale nigdy się nie pojawiła.
Spojrzała na grób i zacisnęła drżące dłonie.
— Wygląda na to, że było mi przeznaczone zobaczyć ją taką po raz ostatni.
Beyza uważnie obserwowała jej twarz. Powoli odetchnęła z ulgą.
A więc Yasemin nic jej nie powiedziała. Nie zdążyła.


















