Cihan westchnął, odkładając marynarkę obok siebie.
— Od początku mówiłem ci, żebyś zrezygnowała z tej pracy.
— Mówiłeś?
— Tak.
— Nie, Cianie. Ty nie mówiłeś, ty rozkazywałeś.
W celi ponownie zapadła cisza, ale tym razem była cięższa, pełna niewypowiedzianych pretensji. Hancer nachyliła się lekko w jego stronę.
— Nie potrafisz poprosić. Nie potrafisz wyjaśnić. Nie potrafisz powiedzieć: „Hancer, martwię się o ciebie” albo „Hancer, chciałbym, żebyś tego nie robiła”. Ty przychodzisz i oznajmiasz, co mam zrobić. Jakbym była jednym z twoich pracowników. Jakbym należała do ciebie.
Twarz Cihana stężała.
— Nie chodziło o to, że jesteś sprzątaczką.

— Oczywiście, zawsze masz jakieś wzniosłe wytłumaczenie.
— Nie chciałem, żebyś pracowała w miejscu, w którym nie jesteś szanowana.
— A kto powiedział, że nie byłam tam szanowana?
— Widziałem sposób, w jaki się do ciebie odnosili.
— Jeden człowiek zachował się wobec mnie źle. Jeden. Poradziłam sobie z nim.
— Nie musiałaś sobie radzić sama.
— Ale chciałam!
Głos Hancer odbił się od betonowych ścian. Na korytarzu ktoś na moment ucichł, lecz po chwili rozmowy funkcjonariuszy rozbrzmiały ponownie. Cihan spojrzał na nią ostrzej.
— I właśnie to jest twój problem. Chcesz wszystko robić sama. Nawet wtedy, gdy nie musisz. Nawet wtedy, gdy ktoś stoi obok i próbuje ci pomóc.
— Ty nie pomagasz. Ty przejmujesz kontrolę, ponieważ inaczej nie słuchasz, a ty nie rozumiesz, że nie masz prawa decydować za mnie.
Cihan przesunął dłonią po twarzy, próbując zachować spokój.
— Ostrzegałem cię. Powiedziałem, że ta praca sprowadzi na ciebie problemy.
— A kiedy nie posłuchałam, postanowiłeś sprawić, żebym za to zapłaciła.
— Nikt nie sprawił, że zapłaciłaś.
— Jesteś w tym mistrzem — rzuciła Hancer. — Doskonale wiesz, jak zmusić ludzi, by ponieśli konsekwencje swoich decyzji. Zwłaszcza wtedy, gdy te decyzje nie są zgodne z twoją wolą.
Cihan prychnął cicho.
— A ty jesteś mistrzynią uporu.
— To nie jest upór. To godność.
— Nazywaj to, jak chcesz. — Spojrzał jej prosto w oczy. — Możesz się kłócić, krzyczeć, uciekać i robić wszystko, żeby postawić na swoim. Ale ostatecznie i tak zrezygnujesz z tej posady.
— Posady, z której właśnie mnie wyrzucono?
— Znajdziesz inną, podobną pracę tylko po to, żeby udowodnić mi, że możesz.
— Może właśnie tak zrobię.
— A ja ci na to nie pozwolę.
Słowa te padły spokojnie, lecz kryła się w nich siła, która sprawiła, że Hancer poczuła falę gniewu.
— Nie pozwolisz? Nie zamierzasz mnie zamknąć w domu?
— Jeżeli będzie trzeba, dopilnuję, żebyś nie narażała się więcej na podobne sytuacje.
— Dopilnujesz?!
Sprzątanie ławki i komiczny zwrot akcji
Hancer zerwała się z ławki. Jej ruch był tak nagły, że Cihan odruchowo wyprostował się i spojrzał na nią zaskoczony. Kobieta podeszła do krat i zacisnęła dłonie na zimnych, metalowych prętach.
— Memur bey! — zawołała głośno. — Panie funkcjonariuszu!
Cihan uniósł brwi.
— Co ty robisz, Hancer?

Nawet się nie odwróciła.
— Memur bey, czy ktoś może tu podejść?
— Przestań krzyczeć. — Cihan wstał i zrobił krok w jej stronę. — Czy ty oszalałaś?
— Nie bardziej niż człowiek, który właśnie oświadczył, że będzie mnie zatrzymywał siłą.
— Nie powiedziałem czegoś takiego.
— Powiedziałeś, że mi nie pozwolisz.
— To była przenośnia.
— W twoich ustach każda przenośnia brzmi jak groźba.
Na korytarzu pojawił się młody policjant. Zatrzymał się przed celą i popatrzył na nich z wyraźnym znużeniem. Najwyraźniej od chwili, gdy zostali zatrzymani, zdążył już zrozumieć, że ta dwójka nie będzie należała do najspokojniejszych aresztantów.
— Co się dzieje? — zapytał.
Cihan rozłożył ręce.
— Właśnie próbuję się tego dowiedzieć.
Hancer odsunęła się od krat tylko na tyle, by móc spojrzeć funkcjonariuszowi w twarz.
— Potrzebuję pańskiej pomocy.
Policjant zerknął na Cihana, potem ponownie na nią.
— Stało się coś?
— Tak.
Cihan westchnął. — Nic się nie stało.
— Nie pytam pana — odpowiedział funkcjonariusz, a Cihan spojrzał na niego z lekkim niedowierzaniem.
Hancer wykorzystała moment.
— Czy mógłby mi pan przynieść kawałek szmatki?
Policjant zamrugał. — Słucham?
— Szmatkę, niewielką. Może być stara.
Funkcjonariusz spojrzał na nią tak, jakby nie był pewien, czy dobrze usłyszał. Cihan zamknął oczy i potrząsnął głową.
— Wiedziałem, że to będzie coś absurdalnego.
— Po co pani szmatka? — zapytał policjant.
Hancer wskazała na drewnianą ławkę.
— Żeby ją wyczyścić.
Zapadała cisza. Młody policjant popatrzył na ławkę, następnie na Hancer, a potem na Cihana. Ten ostatni przewrócił oczami i odwrócił głowę, jakby nie chciał mieć nic wspólnego z całą sytuacją.
— Wyczyścić ławkę? — powtórzył funkcjonariusz.
— Tak, jest bardzo brudna.
— To jest cela.
— Zauważyłam.
— W celi raczej nie przeprowadza się sprzątania na życzenie zatrzymanych.
— Nie proszę pana, żeby pan sprzątał. Sama to zrobię.
Policjant westchnął.
— Proszę usiąść i nie utrudniać nam pracy.
— Nie mogę usiąść.
— Przecież przed chwilą pani siedziała.
— I był to wielki błąd.
Cihan podszedł bliżej.
— Hancer, przestań robić cyrk.
— Nie robię żadnego cyrku.
— Wołasz policjanta, żeby przyniósł ci ścierkę do sprzątania celi?
— Ponieważ ta ławka jest brudna.
— To areszt, a nie hotel.
— Nie wymagam świeżych kwiatów ani jedwabnej pościeli. Chcę tylko usiąść na czymś, czego nie pokrywa warstwa kurzu.
Policjant zacisnął usta, najwyraźniej próbując powstrzymać uśmiech. Cihan zauważył to i posłał mu chłodne spojrzenie.
— Niech pan jej nie zachęca.
— Nie potrzebuję zachęty — oznajmiła Hancer. — Cierpię na obsesję na punkcie czystości.
Cihan popatrzył na nią z niedowierzaniem.
— Od kiedy?
— Od zawsze.
— Mieszkałem z tobą wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że to nieprawda.
Hancer odwróciła się do niego.
— A jednak nie znałeś mnie wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że nie pozwolę ci kierować swoim życiem.
— To nie ma nic wspólnego z ławką.
— Dla mnie ma.
Policjant uniósł dłoń.
— Dobrze, wystarczy. Nie mam szmatki i nie mogę pani niczego przynieść. Proszę spokojnie czekać.
Ruszył korytarzem, lecz Hancer natychmiast ponownie zbliżyła się do krat.
— Chwileczkę, panie funkcjonariuszu!
Mężczyzna zatrzymał się niechętnie. — Co jeszcze?
— Może chociaż chusteczki nawilżane? Albo ręcznik papierowy?
— Nie prowadzimy tutaj sklepu.
— Zwykła papierowa chusteczka też wystarczy. Proszę pana, tylko kilka sztuk. Naprawdę nie proszę o wiele. Przetrę ławkę i nie będę już panu przeszkadzać.
Cihan parsknął.
— Nie wierz jej. Będzie przeszkadzać bez względu na wszystko.
Hancer rzuciła mu ostrzegawcze spojrzenie.
— Niezależnie od tego, nikt pana nie pytał.
— Próbuję ochronić funkcjonariusza przed rozczarowaniem.
Policjant popatrzył na nich oboje i ciężko westchnął.
— Zaczekajcie. — Odszedł.
A Hancer odwróciła się z triumfalnym uśmiechem.
— Widzisz? Można coś osiągnąć, prosząc uprzejmie.
— To nie była uprzejma prośba, to było oblężenie.
— Przynajmniej nie groziłam mu, że kupię komisariat.
— Nigdy nie powiedziałem, że kupię komisariat.
— Jeszcze nie.
Cihan wrócił na ławkę i usiądź, odsuwając się od najbardziej zakurzonego miejsca.
— Jesteś niemożliwa.
— A jednak ciągle za mną chodzisz.
Słowa te sprawiły, że na moment oboje zamilkli. Hancer natychmiast odwróciła wzrok. Cihan natomiast przyglądał się jej dłużej, jakby chciał odpowiedzieć, lecz nie znalazł odpowiednich słów. Po chwili funkcjonariusz wrócił z kilkoma papierowymi chusteczkami. Przecisnął je przez kraty.
— Proszę. I teraz naprawdę proszę o spokój.
— Dziękuję — powiedziała Hancer z wyraźną wdzięcznością.
Policjant już miał odejść, kiedy kobieta spojrzała na liczbę chusteczek.
— Czy mogłabym dostać jeszcze jedną?
Cihan jęknął.
— Hancer, ta ławka nie jest aż tak długa.
Funkcjonariusz popatrzył na nią surowo, ale ostatecznie wyciągnął jeszcze jedną chusteczkę i podał jej bez słowa.
— Bardzo dziękuję — powiedziała Hancer.
— To ostatnia, rozumiem. — Policjant odszedł, kręcąc głową.
Prawdziwe intencje i wyznanie udręki
Hancer uklękła przy ławce i zaczęła rozkładać chusteczki. Jedną z nich rozerwała na dwie części, drugą złożyła kilkukrotnie, tworząc prowizoryczną ściereczkę. Cihan obserwował ją przez chwilę.
— Nie wierzę, że naprawdę zamierzasz to zrobić.
Nie odpowiedziała. Przesunęła papierem po drewnie. Na jasnej powierzchni chusteczki natychmiast pojawił się ciemny ślad. Hancer uniosła ją w jego stronę.
— Widzisz?
— Widzę brudną chusteczkę.
— Czyli przyznajesz, że ławka jest brudna.
— Przyznaję, że jesteśmy w areszcie. To nie znaczy, że mamy siedzieć w kurzu.
Zaczęła wycierać ławkę z coraz większym zaangażowaniem. Przesuwała dłonią po drewnie, dociskając papier do wszystkich nierówności. Kiedy pierwsza chusteczka się zużyła, sięgnęła po następną. Cihan patrzył na nią z rosnącym niedowierzaniem.
— Naprawdę nie potrafisz przez pięć minut zachowywać się normalnie?
— A co według ciebie oznacza normalność?
— Na przykład siedzenie w ciszy.
— Ty siedziałeś w ciszy i jakoś nie wyglądałeś normalnie.
— Nie prowokuj mnie.
— Ja ciebie prowokuję? Od chwili, gdy tu trafiliśmy, zachowujesz się tak, jakbyś był właścicielem tej celi.
— Przynajmniej nie próbuję jej remontować.
Hancer zignorowała tę uwagę. Wyciągnęła niewielką butelkę wody, odkręciła ją i wylała kilka kropel na drewno. Cihan niemal natychmiast podniósł się z miejsca.
— Co ty robisz?!
— Zwilżam powierzchnię.
— To jest nasza jedyna woda!
— Zostało wystarczająco dużo.
— Hancer, przestań.
— Nie skończyłam. Za chwilę ta ławka będzie mokra, wyschnie, a jeśli nas wypuszczą wcześniej, wtedy nie będziemy musieli na niej siedzieć.
— A jeżeli nie?
— Usiądziemy, kiedy wyschnie.
Cihan zrobił krok w jej stronę, ale Hancer zasłoniła ręką czyszczony fragment.
— Nie dotykaj.
— Nie zamierzam dotykać ławki. Mówię o chusteczkach.
— Nie chcę twoich chusteczek.
— To dobrze, są moje.
Cihan patrzył na nią przez kilka sekund, jakby zastanawiał się, czy rzeczywiście znajduje się w policyjnym areszcie, czy może przeżywa wyjątkowo absurdalny sen. W końcu usiadł na drugim końcu ławki.
— Do przebywania z tobą potrzeba anielskiej cierpliwości.
— Nikt cię nie zmusza, żebyś ze mną przebywał.
— W tej chwili drzwi są zamknięte. Mówię ogólnie.
— Ogólnie? — roześmiał się gorzko. — Gdybyś za każdym razem odchodził, kiedy mnie odpychasz, dawno nie byłoby mnie w twoim życiu.
Ręka Hancer na moment się zatrzymała.
— Może właśnie tak powinno być.
Cihan spoważniał.
— Naprawdę tego chcesz?
Hancer ponownie zaczęła wycierać drewno.
— Chcę, żebyś przestał traktować mnie jak problem, który trzeba rozwiązać.
— Nie traktuję cię jak problem.
— Więc jak mnie traktujesz?
— Jak osobę, która sama ściąga na siebie kłopoty, a później udaje, że wszystko jest w porządku.
— Nie udaję.
— Udajesz przez cały czas.
Hancer wyprostowała się powoli. W dłoni nadal trzymała zabrudzoną chusteczkę.
— To ty udajesz.
— Co takiego?
— Że chodzi o moje bezpieczeństwo. Że próbujesz mnie chronić. Że wszystkie twoje decyzje są podejmowane dla mojego dobra.
— Bo tak jest.
Nie, pokręciła głową.
— Tobie nie przeszkadza moja praca. Tobie przeszkadza to, że nie możesz jej kontrolować.
— To nieprawda.
— Gdyby chodziło o samo sprzątanie, nie śledziłbyś mnie. Nie wysyłałbyś za mną ludzi. Nie ingerowałbyś w każde miejsce, w którym próbuję zacząć od nowa.
— Nie śledziłem cię dla przyjemności.
— Właśnie w tym rzecz. Ty wszystko usprawiedliwiasz troską.
Cihan wstał.
— Bo się o ciebie martwię!
— Nie masz prawa zamieniać troski w więzienie. — Jej ostatnie słowo zabrzmiało szczególnie mocno w miejscu otoczonym kratami.
Cihan spojrzał na metalowe drzwi, potem ponownie na nią.
— To dość dramatyczne porównanie.
— A jednak trafne.
— Gdybyg chciał cię uwięzić, nie musiałbym robić tego w policyjnej celi.
— Wiem. Zbudowałbyś dla mnie piękny dom, zatrudnił ochronę i powiedział, że wszystko robisz dla mojego dobra.
Cihan zacisnął szczękę.
— Naprawdę tak o mnie myślisz?
— Myślę, że nie potrafisz kochać bez kontrolowania.
Słowo „kochać” zawisło między nimi. Hancer najwyraźniej sama zorientowała się, co powiedziała, bo natychmiast odwróciła wzrok i powróciła do sprzątania. Jej ruchy były jednak mniej pewne, dłoń lekko jej drżała. Cihan patrzył na nią z mieszaniną gniewu, bólu i bezradności.
— Niedługo przez ciebie trafię do szpitala psychiatrycznego — powiedział ciszej.
Hancer prychnęła.
— W takim razie przynajmniej będziesz mógł rozkazywać lekarzom.
— Mówię poważnie.
— Ja również. Doprowadzasz mnie do szaleństwa, dlatego że nie robię tego, czego ode mnie oczekujesz. Dlatego, że jednego dnia pozwalasz mi podejść blisko, a następnego zachowujesz się, jakbym był twoim największym wrogiem.
Hancer poderwała głowę.
— Nie pozwalam ci podchodzić blisko.
— Właśnie o tym mówię.
— Co sugerujesz? Że próbujesz wymazać wszystko, co wydarzyło się między nami?
— Nie ma czego wymazywać.
Cihan roześmiał się bez radości.
— Naprawdę nie było żadnych rozmów? Żadnych spojrzeń? Żadnej chwili, w której przestałaś przede mną uciekać?
— Były błędy.
— Czyli ja byłem błędem.
Hancer nie odpowiedziała. Wyrzuciła zużytą chusteczkę na podłogę, po czym podniosła następną i zaczęła wycierać ostatni fragment ławki. Cihan zbliżył się do niej.
— Odpowiedz mi.
— Nie mam obowiązku odpowiadać na każde twoje pytanie.
— Nie masz obowiązku, ale możesz zdobyć się na szczerość.
Hancer odwróciła się gwałtownie. Stali teraz niemal twarzą w twarz.
— Ty chcesz szczerości? Dobrze, powiem ci prawdę: nie chodzi ci o moją pracę. Nigdy o nią nie chodziło.
— Więc o co?
— Czerpiesz satysfakcję z tego, że możesz mnie dręczyć.
Cihan zmrużył oczy. — Dręczyć?
— Tak! Lubisz pojawiać się wszędzie, gdzie próbuję ułożyć sobie życie. Lubisz przypominać mi, że masz pieniądze, władzę i wpływy. Lubisz sprawiać, że czuję się bezsilna.
— Nigdy nie chciałem, żebyś czuła się bezsilna.
— A jednak dokładnie to robisz.
— Próbuję cię chronić.
— Nie potrzebuję ochrony przed całym światem. Potrzebuję ochrony przed tobą.
Te słowa uderzyły go boleśniej, niż mogła przypuszczać. Cihan cofnął się o pół kroku. Jego twarz pozostała nieruchoma, lecz w oczach pojawiło się coś, czego Hancer nie potrafiła od razu nazwać – nie był to gniew, raczej zawód: głęboki i prawdziwy. Przez kilka sekund żadne z nich się nie poruszyło. Potem Hancer odwróciła się, wyrzuciła ostatnią chusteczkę i usiadła na wyczyszczonym fragmencie ławki. Przesunęła dłonią po drewnie, sprawdzając, czy zdążyło wyschnąć.
— Gotowe — powiedziała chłodno.
Cihan nadal stał naprzeciwko niej.
— Gratuluję. Wygrałaś walkę z kurzem.
— Przynajmniej to była uczciwa walka.
— W przeciwieństwie do naszej?
— Między nami nigdy nie było uczciwie, ponieważ masz pieniądze. Ponieważ nie przyjmujesz odmowy.
— Przyjmuję ją każdego dnia.
Hancer uniosła głowę. — Co masz na myśli?
Cihan nie odpowiedział od razu. Usiadł obok niej. Tym razem nie wybrał drugiego końca ławki – zajął miejsce tak blisko, że ich ramiona niemal się zetknęły. Hancer natychmiast zesztywniała.
— Odsuń się — powiedziała.
Cihan pozostał na miejscu. — Dlaczego?
— Bo tak mówię.
— Widzisz? Ty również wydajesz rozkazy.
— To nie jest to samo.
— Oczywiście: kiedy ty czegoś żądasz, nazywasz to granicami. Kiedy ja czegoś chcę, nazywasz to kontrolą.
Hancer przesunęła się nieco, lecz dotarła do końca oczyszczonego fragmentu. Cihan pochylił się w jej stronę.
— Powiedziałaś, że cię dręczę. Bo tak jest, nie? — Jego głos stał się cichy, niemal szeptany. — Znęcanie się nie wygląda w ten sposób.
Hancer spojrzała mu w oczy. Był tak blisko, że mogła dostrzec napięcie w jego szczęce, zmęczenie ukryte pod powiekami i emocje, które zazwyczaj maskował chłodnym spokojem.
— To, co ty robisz, to jest okrucieństwo — powiedział.
Hancer otworzyła usta, by odpowiedzieć, ale Cihan delikatnie chwycił ją za nadgarstek. Nie zacisnął palców mocno – jego dotyk nie przypominał gestu człowieka, który chciał ją zatrzymać siłą. Był ostrożny, niemal niepewny, zupełnie inny od Cihana, którego przed chwilą oskarżała o władczość. Kobieta spojrzała na jego dłoń.
— Puść mnie.
— Gdybym naprawdę chciał cię krzywdzić, nie siedziałbym tutaj i nie błagał, żebyś mnie wysłuchała.
— Ty nigdy nie błagasz.
— Przy tobie robię wiele rzeczy, których wcześniej nie robiłem.
— To nie jest moja wina.
— Nie powiedziałem, że to twoja wina.
Cihan przesunął kciukiem po jej skórze. Hancer mogła wyrwać rękę – wystarczyłby jeden gwałtowny ruch. Z jakiegoś powodu jednak tego nie zrobiła.
— Wiesz, co jest prawdziwym okrucięstwem? — zapytał.
Milczała.
— To, że jesteś tak blisko, a jednocześnie pozostajesz dalej niż ktokolwiek inny.
W celi zapanowała głęboka cisza. Nawet odgłosy z korytarza zdawały się na chwilę ucichnąć.
— Cihan, pozwól mi skończyć. Choć raz nie uciekaj, zanim usłyszysz wszystko.
Hancer wzięła powolny oddech. — Słucham.
— Jesteś na wyciągnięcie ręki. — Lekko uniósł jej dłoń, jakby chciał podkreślić znaczenie swoich słów. — Mogę cię dotknąć, mogę na ciebie patrzeć. Mogę wypowiedzieć twoje imię, a mimo to mam wrażenie, że nie dociera do ciebie ani jedno moje słowo.
— Dociera.
— Nie. Słyszysz tylko to, co chcesz usłyszeć: rozkaz, groźbę, próbę kontroli. We wszystkim widzisz najgorszą wersję mnie.
— Dałeś mi powody.
Być może jego szczerość zaskoczyła ją bardziej niż jakakolwiek obrona.
— Popełniłem błędy — kontynuował. — Wiem o tym. Próbowałem decydować za ciebie. Wydawało mi się, że jeżeli mam możliwość usunąć przeszkodę z twojej drogi, powinienem to zrobić.
— Nawet bez pytania mnie o zdanie?
— Tak. I to było niewłaściwe.
td4729
Hancer patrzyła na niego podejrzliwie.
— Dlaczego nagle to przyznajesz?
— Ponieważ jestem zmęczony walką, w której oboje udajemy, że nie chodzi o nas.
— Nie wiem, o czym mówisz.
— Właśnie o tym. — W jego głosie pojawił się ból. — Zawsze mówisz, że nie wiesz. Nie wiesz, dlaczego przychodzę? Nie wiesz, dlaczego się martwię? Nie wiesz, dlaczego nie potrafię zostawić cię samej? Naprawdę tego nie rozumiesz?
Hancer spuściła wzrok.
— Rozumienie czegoś nie oznacza, że muszę to zaakceptować.
— Nie proszę, żebyś zaakceptowała wszystkie moje decyzje.
— Więc o co prosisz?
— Żebyś przestała udawać, że jestem ci obojętny.
Kobieta zesztywniała.
— Nie masz prawa wymagać ode mnie takich słów.
— Nie wymagam.
— Właśnie to robisz.
— Chcę jedynie wiedzieć, czy każda chwila między nami była dla ciebie kłamstwem.
— To skomplikowane.
— Dla ciebie wszystko, co dotyczy uczuć, jest skomplikowane.
— A dla ciebie jest proste: wchodzisz w czyjeś życie, przewracasz je do góry nogami, a potem oczekujesz, że ta osoba będzie ci wdzięczna.
— Nie oczekuję wdzięczności.
— Czego więc oczekujesz?
Cihan pochylił się jeszcze bliżej.
— Ciebie.
Jedno krótkie słowo wystarczyło, by Hancer zamilkła. Jej serce zaczęło bić szybciej, choć próbowała zachować nieruchomą twarz. Cihan patrzył na nią bez uśmiechu, bez ironii i bez charakterystycznej pewności siebie. Po raz pierwszy tego dnia nie przypominał człowieka przyzwyczajonego do zwycięstw – wyglądał jak ktoś, kto ryzykuje wszystko, nie mając pewności, czy nie zostanie odrzucony.
— Nie powinieneś tego mówić — wyszeptała.
— Dlaczego?
— Bo niczego to nie zmienia.
— Dla mnie zmienia wszystko.
— Jutro znowu będziesz próbował kierować moim życiem.
— Być może znowu popełnię błąd. Ale przynajmniej wiesz, dlaczego tak trudno mi się odsunąć.
— Ponieważ nie znosisz przegrywać.
— Pokręcił głową. — Ponieważ nie znoszę myśli, że coś może ci się stać. Świat jest pełen zagrożeń.
— Nie ochronisz mnie przed każdym z nich.
— Wiem.
— Nie możesz sprawdzać każdego miejsca, do którego idę.
— Wiem.
— Nie możesz wybierać ludzi, z którymi rozmawiam.
td4729
Cihan zawahał się.
— Nad tym punktem będziemy jeszcze negocjować.
Hancer spojrzała na niego surowo, ale w jej oczach po raz pierwszy pojawił się cień rozbawienia.
— Jesteś niemożliwy.
— Ty też.
Na moment atmosfera stała się lżejsza, lecz Cihan szybko ponownie spoważniał.
— Każda noc jest dla mnie udręką — powiedział.
Uśmiech zniknął z twarzy Hancer.
— Nie przesadzaj.
— Nie przesadzam. Leżę i zastanawiam się, gdzie jesteś, czy jesteś bezpieczna, czy rano pójdziesz do pracy w miejsce, o którym nic nie wiem. Czy spotkasz kogoś, kto potraktuje cię źle?
— Potrafię o siebie zadbać.
— Wiem, że potrafisz. To nie uspokaja myśli.
— To twój problem, nie mój.
— Tak. — Przytaknął bez wahania. — To mój problem, ale ty jesteś jego przyczyną.
— Bardzo romantyczne.
— Nie próbuję być romantyczny.
— Więc czym to jest?
— Prawdą.
Hancer popatrzyła na ich dłonie. Cihan nadal trzymał ją za nadgarstek, lecz teraz jego palce przesunęły się niżej i delikatnie objęły jej dłoń.
— Każdego ranka zastanawiam się, dokąd pójdziesz — mówił dalej. — Kogo spotkasz? Czy ktoś cię skrzywdzi? Czy będziesz potrzebowała pomocy, ale z dumy nie zadzwonisz? A najbardziej boję się tego, że pewnego dnia znikniesz z mojego życia i uznasz, że nie musisz mi nawet powiedzieć, dokąd odchodzisz.
Hancer uniosła na niego wzrok.
— Dlaczego miałabym ci mówić?
— Ponieważ chciałbym być kimś, komu mówi się takie rzeczy.
W jego głosie nie było rozkazu, nie było żądania – była jedynie cicha prośba, która poruszyła ją bardziej, niż chciała przyznać.
— Nie wiem, czy potrafię ci zaufać — powiedziała.
— Wiem.
— Zraniłeś mnie.
— Wiem.
— Samo przyznanie tego nie naprawi wszystkiego.
— Nie oczekuję, że naprawi.
— Więc czego oczekujesz?
— Szansy.
Hancer potrząsnęła głową.
— Szansa nie oznacza, że będę robiła to, czego chcesz.
— Dobrze, nie oznacza.
— Że zrezygnuję z pracy.
Cihan zacisnął usta.
— Z tej konkretnej pracy powinnaś zrezygnować.
— Cianie…
— Dobrze. — Uniósł wolną dłoń w geście kapitulacji. — Spróbuję nie wydawać rozkazów.
— Właśnie wydałeś kolejny.
— To była sugestia.
— Brzmiała jak rozkaz.
— Muszę poćwiczyć ton.
Wbrew sobie Hancer uśmiechnęła się lekko. Cihan zauważył ten uśmiech i przez moment patrzył na nią tak, jakby była jedyną jasną rzeczą w całej ponurej celi. Wreszcie powiedział:
— O, uśmiechnęłaś się do mnie.
— Nie uśmiechnęłam się.
— Widziałem.
— To był grymas.
— Bardzo ładny grymas.
Hancer spróbowała zabrać dłoń, ale Cihan przytrzymał ją odrobinę mocniej.
— Powiedziałam, żebyś mnie puścił.
— Tym razem powiedziałaś to mniej przekonująco.
— Cihan, dobrze. — Rozluźnił palce.
Hancer mogła natychmiast odsunąć rękę – zamiast tego przez krótką chwilę pozostawiła ją w jego dłoni. Ten drobny gest nie umknął uwadze Cihana, ale mężczyzna nie skomentował go, obawiając się, że jednym nieostrożnym słowem zniszczy kruche porozumienie. W końcu Hancer powoli cofnęła rękę.
— Nadal jestem na ciebie zła. Wiem i nadal uważam, że przyczyniłeś się do tego, że straciłam pracę.
— Nie przyczyniłem się.
— Nie wierzę ci.
— W takim razie udowodnię to.
— Nie musisz.
— Muszę. Inaczej będziesz mi to wypominała przez następne dziesięć lat.
— Nie zakładaj, że będziemy rozmawiać ze sobą przez następne dziesięć lat.
Cihan spojrzał na nią spokojnie.
— Będziemy.
— Znowu wydajesz rozkazy przyszłości.
— Nie, tym razem ją przewiduję.
Hancer westchnęła i odwróciła głowę, lecz jej twarz nie była już tak chłodna jak wcześniej.
Koniec zatrzymania i niespełnione pragnienia
Po drugiej stronie krat rozległy się kroki. Funkcjonariusz zbliżył się do celi i spojrzał na nich podejrzliwie. Najpierw zauważył wyczyszczoną ławkę, potem porozrzucane na podłodze zużyte chusteczki.
— Mieliście nie sprawiać problemów.
— Nie sprawiamy — odpowiedziała Hancer.
— A te śmieci?
Cihan wskazał na nią.
— Proszę zapytać specjalistkę do spraw czystości.
Hancer natychmiast posłała mu ostrzegawcze spojrzenie.
— Posprzątam je. — Schyliła się, by zebrać papierowe resztki, ale Cihan zrobił to pierwszy: podniósł wszystkie chusteczki i podał je funkcjonariuszowi przez kraty. Policjant spojrzał na niego zaskoczony.
— Dziękuję — powiedziała cicho Hancer.
— Nie przyzwyczajaj się — odpowiedział Cihan, lecz w jego głosie pobrzmiewała łagodność.
Funkcjonariusz odszedł, a oni ponownie zostali sami. Tym razem jednak cisza nie była już wroga. Siedzieli obok siebie na niewielkim, starannie wyczyszczonym fragmencie drewnianej ławki. Ich ramiona prawie się stykały. Hancer patrzyła przed siebie, a Cihan spoglądał na nią od czasu do czasu, jakby upewniał się, że naprawdę nadal tam jest.
— Co? — odezwała się po chwili.
— Tak?
— Jeżeli jeszcze raz wyślesz za mną człowieka, który będzie mnie śledził, sama przyprowadzę cię na komisariat.
— Przecież już tu jestem.
— Następnym razem zostaniesz dłużej.
— Czy to groźba?
— Sugestia.
Cihan uśmiechnął się.
— Musisz poćwiczyć.
— Ton.
Hancer przewróciła oczami, lecz nie odsunęła się od niego. Kilka chwil później chłodne wnętrze celi zaczęło powoli rozpływać się w delikatnym świetle. Obraz przeszedł płynnie w romantyczny kadr, jakby rzeczywistość ustępowała miejsca temu, czego oboje jeszcze nie mieli odwagi wypowiedzieć.
Cihan stał w eleganckim, idealnie dopasowanym garniturze. Jego twarz nie wyrażała już gniewu ani frustracji – była spokojna, pełna czułości i pewności, której Hancer tak często się obawiała, ale której jednocześnie nie potrafiła całkowicie odrzucić. Kobieta wtulała się w niego, opierając głowę o jego pierś. Jego ramię obejmowało ją mocno, lecz tym razem gest nie przypominał więzienia – był schronieniem. W tle delikatnie falował biały materiał, poruszany łagodnym podmuchem wiatru. Światło przenikało przez jego cienką powierzchnię, otaczając parę niemal nierzeczywistą poświatą.
Muzyka narastała. Cihan pochylił głowę w stronę Hancer, jakby chciał wyszeptać jej coś, czego nie mógł powiedzieć w zimnej celi. Ona zamknęła oczy. Przez jedną krótką chwilę nie było między nimi gniewu, oskarżeń ani dumy. Nie było pracy, konfliktów i ludzi próbujących ich rozdzielić – pozostało jedynie uczucie, przed którym oboje uciekali, choć każde kolejne spotkanie prowadziło ich coraz bliżej siebie.