Koniec z groźbami Beyzy! Sinem pokazuje jej, kto tu naprawdę rządzi!

Sinem nie puszczała Beyzy. Jedną dłonią przyciskała ją do łóżka, drugą zaciskała boleśnie na jej włosach, zmuszając rywalkę do patrzenia sobie prosto w oczy. Beyza wiła się z bólu, ale tym razem była bezsilna. Nie mogła już obezwładnić Sinem jednym ze swoich jadowitych spojrzeń czy rzuconą od niechcenia obelgą. Potęga, którą dotąd dysponowała, właśnie rozsypywała się w pył.

— Milczałam przez cały ten czas nie dlatego, że jestem głupia — powiedziała Sinem niskim, drżącym od skrywanego gniewu głosem. — I nie dlatego, że się ciebie bałam. Milczałam, bo nie wiedziałam, jak powiedzieć o wszystkim Cihanowi. Nie chciałam, żeby stracił nad sobą panowanie. Nie chciałam, żeby przez ciebie zrobił coś, czego nie dałoby się już naprawić.

Nachyliła się nad Beyzą jeszcze niżej. Choć jej twarz była śmiertelnie blada, w oczach płonął prawdziwy ogień.

— Ale posłuchaj mnie uważnie: jeśli dziś wieczorem przez twoje gierki stracę córkę, ty stracisz Cihana. Przysięgam, że nie zawaham się ani przez chwilę.

Beyza zacisnęła zęby, rozpaczliwie próbując ukryć ból i upokorzenie.

— To puste groźby — wysyczała przez ściśnięte gardło. — Powiem Cihanowi, że rezydencja była prezentem od cioci. Zresztą jesteśmy mężem i żoną. Czy naprawdę ma znaczenie, czyje nazwisko widnieje na akcie własności?

Na ustach Sinem pojawił się gorzki, pozbawiony cienia radości uśmiech.

— Mężem i żoną? — powtórzyła cicho, zawieszając głos. — Naprawdę chcesz o tym rozmawiać?

Szarpnęła za włosy Beyzy znacznie mocniej. Kobieta jęknęła z bólu.

— Skoro tworzycie takie szczęśliwe małżeństwo, dlaczego wciąż nie śpicie w jednym łóżku? Dlaczego Cihan patrzy na ciebie jak na obcą osobę? Dlaczego za każdym razem, gdy na horyzoncie pojawia się Hancer, całkowicie tracisz zmysły?

Beyza zamarła. Słowa Sinem trafiły precyzyjnie w jej najczulszy punkt.

— Mówisz, że nazwisko na papierze nie ma znaczenia — kontynuowała Sinem bez cienia litości. — Dobrze. Zadaj sobie to samo pytanie w dniu, w którym Cihan w końcu od ciebie odejdzie. Zobaczymy, czy wtedy też będziesz taka pewna siebie.

Przez dłuższą chwilę w ciszy pokoju słychać było jedynie rwący się, świszczący oddech Beyzy.

— Zamiast tracić czas na walkę ze mną — dodała Sinem chłodno — lepiej zastanów się, jak rozliczysz się z Hancer. Bo to nie ja jestem twoim największym problemem. I doskonale o tym wiesz.

Po tych słowach gwałtownie puściła jej włosy, odpychając ją na materac. Beyza opadła na łóżko, oszołomiona i głęboko upokorzona. Leżała nieruchomo, nie potrafiąc pojąć, że ta cicha, uległa Sinem znalazła w sobie siłę, by tak bezwzględnie ją sparaliżować.

Sinem wyprostowała się, wygładziła ubranie i stanowczym gestem wskazała drzwi.

— A teraz wyjdź.

Beyza powoli uniosła głowę. W jej spojrzeniu tliła się czysta nienawiść, jednak po raz pierwszy zabrakło jej odwagi, by odpowiedzieć ripostą.

— Słyszałaś — powtórzyła Sinem twardym, nieznoszącym sprzeciwu tonem. — Wynoś się. I nigdy więcej nie wchodź do mojego pokoju bez pukania.

Beyza z trudem podniosła się z łóżka. Drżącymi dłońmi poprawiła potargane kosmyki, wyprostowała żakiet i podjęła żałosną próbę odzyskania resztek godności. Nie odezwała się ani słowem — nie dlatego, że nie chciała, ale dlatego, że po raz pierwszy zabrakło jej jakichkolwiek argumentów.

Wyszła na korytarz, czując, jak wściekłość wypala ją od środka. Została zmiażdżona przez kobietę, którą przez lata traktowała jak powietrze. Przez niewidzialną, ustępliwą Sinem, uważaną dotąd za zbyt słabą na jakikolwiek opór.

Teraz jednak zasady gry uległy zmianie. Sinem trzymała w dłoni broń — i Beyza wiedziała już, że jeśli posunie się o krok za daleko, ta broń wypali bez skrupułów.

Sila zmywała podłogę w niewielkim pokoiku, który Hancer oddała jej do dyspozycji. Poruszała mopem powoli, w niemal medytacyjnym rytmie, cicho nucąc pod nosem melodię. Przez uchylone okno wkradało się blade, popołudniowe światło, tańcząc po jasnych ścianach i skromnych meblach. Z boku wyglądała jak zwyczajna, wdzięczna dziewczyna, która proprostą pracą próbuje odwdzięczyć się gospodarzom za dach nad głową.

Jednak bijący od niej spokój był jedynie pozorem.

Kiedy skończyła, oparła mop o wiadro i sięgnęła po czarną torebkę leżącą na kanapie. Gdy chciała przełożyć ją na komodę, wyślizgujący się pasek sprawił, że torba spadła na podłogę. Z jej wnętrza wysunęło się niewielkie zawiniątko owinięte w poszarzały, biały materiał.

Sila zamarła. Nucona melodia nagle ucichła.

Uśmiech błyskawicznie zniknął z jej twarzy. Błyskawicznie rozejrzała się po pokoju, natężając słuch, by wyłowić jakikolwiek dźwięk z korytarza. W domu panowała jednak głucha cisza. Dopiero wtedy przykucnęła i ostrożnie uniosła pakunek.

Przez moment trzymała go w dłoniach, jakby przedmiot ważył znacznie więcej, niż wskazywałyby na to jego gabaryty. Wolno rozchyliła brzegi tkaniny.

W środku spoczywał ciężki, stalowy rewolwer.

Twarz Sili stężała. Z jej rysów wyparowało całe dotychczasowe zagubienie i dziecięca naiwność, które tak chętnie demonstrowała Hancer i Melihowi. Spojrzenie stało się chłodne, niezwykle skupione i nad wyraz dojrzałe. Chwyciła broń wprawnym, pewnym ruchem osoby nauczonej jej obsługi. Obróciła rewolwer w dłoni i skrupulatnie sprawdziła mechanizm.

Wypuściła wstrzymywane powietrze.

— Dzięki Bogu… — wyszeptała. — Nic mu się nie stało.

Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w stalowy profil broni. W jej oczach pojawił się cień strachu — nie przed samym rewolwerem, lecz przed konsekwencjami jego wykrycia.

— Nie mogę nosić go w torebce — mruknęła do siebie. — To prosta droga do wpadki.

Zawahała się, taktycznie taksując wzrokiem przestrzeń wokół: kanapa, komoda, dywan, szafka… Wszystko w tym pomieszczeniu należało do ludzi, którzy otworzyli przed nią drzwi, nie zadając trudnych pytań.

Sila mocno zacisnęła wargi.

— To dobrzy ludzie — powiedziała cicho, jakby chciała uspokoić własne sumienie. — Nie będą myszkować w moich rzeczach.

Ponownie starannie owinęła rewolwer białą tkaniną, zasłaniając każdy chłodny fragment metalu. Włożyła zawiniątko do foliowej reklamówki i podeszła do drewnianej komody. Przez chwilę stała nieruchomo z dłonią zamrożoną na mosiężnym uchwycie.

Otworzyła szufladę i wsunęła pakunek głęboko pod ubrania, przy samej tylnej ściance. Zamknęła ją powoli, dbając o to, by prowadnice nie wydały najmniejszego skrzypnięcia.

Dopiero wtedy wyprostowała się i odetchnęła głęboko. Napięcie jednak nie opuściło jej ciała. Spojrzała na zamknięty mebel ze świadomością, że wraz z bronią zdeponowała tam mroczną część swojej przeszłości.

Kim naprawdę była dziewczyna, której Hancer udzieliła schronienia? Przed kim uciekała? I jak wysoki rachunek za tę gościnność przyjdzie zapłacić nieświadomym niczego domownikom?

Yonca siedziała skulona na kanapie, wpatrując się tępym wzrokiem w przestrzeń za oknem. Świat na zewnątrz żył swoim zwyczajnym rytmem, lecz jej myśli krążyły wokół jednego celu. Obracała w dłoniach telefon, którego ciężar bezustannie przypominał jej o długiej i niebezpiecznej drodze do odzyskania dziecka.

W pewnym momencie do pokoju weszła Derya. Ściskała w ręku własny smartfon, a jej twarz promieniała podekscytowaniem kogoś, kto natrafił na genialny plan na łatwe pieniądze.

— Wiesz, na czym ludzie robią teraz kosmiczną kasę? — rzuciła od progu, nie dbając o to, czy Yonca w ogóle słucha. — Zbiera się zwykłe liście, maluje farbą, oprawia w ramkę ze sklepu po dwa złote i sprzedaje jako nowatorską sztukę! A ludzie to kupują! Wyobrażasz sobie?

Yonca nawet nie odwróciła głowy.

— Nie mam teraz głowy do liści, Deryo.

— A powinnaś mieć głowę do interesów — odparła Derya, bezceremonialnie siadając obok. — Bo jak Mukadder w końcu odpali nam dolę, musimy ten kapitał mądrze zainwestować. Możemy zostać influencerkami! Pomyśl tylko: tutoriale, markowe ciuchy, profesjonalny makijaż, stosy gotówki na stole… Ludzie będą zbierać szczęki z podłogi.

Yonca wolno odwróciła wzrok w jej stronę.

— Nie, Deryo. Ja po prostu zabiorę dziecko i zniknę.

Derya zamarła z otwartymi ustami.

— Co?

— To, co słyszysz. Zacznę wszystko od zera. Z dala od tego miasta, od tego bagna i od tych ludzi. Chcę tylko odzyskać dziecko i mieć wreszcie spokój.

Na twarzy Deryi natychmiast odmalował się niezadowolony grymas.

— Chcesz powiedzieć, że jak dostaniemy kasę, po prostu się rozjedziemy? Każda w swoją stronę?

— Tak. Mamy zupełnie inne priorytety.

— Inne priorytety? — powtórzyła Derya z wyraźną pretensją w głosie. — Ja planuję naszą przyszłość, a ty traktujesz te pieniądze jak zwykły bilet ucieczkowy!

— Bo dla mnie dokładnie tym są.

Yonca bez słowa podniosła się z kanapy.

— Idę zaparzyć herbatę — rzuciła chłodno i skierowała się do kuchni.

Derya odprowadziła ją wściekłym spojrzeniem. Kiedy została sama, chwyciła torebkę i zarzuciła ją na ramię.

— Ja tu wszystko organizuję, ja ryzykuję głową, ja wykonuję brudną robotę z Mukadder, a ona chce wziąć największy kawałek tortu i odjechać w stronę zachodu słońca? — mruczała pod nosem, wychodząc na zewnątrz. — Od początku powinnam postawić sprawę jasno: dzielimy się po równo albo wcale.

Zacisnęła palce na pasku torebki, pędząc przed siebie.

— Muszę znaleźć sposób, żeby wyciągnąć z tego układu znacznie więcej.

Szła miejskimi ulicami bez ładu i składu, całkowicie pochłonięta wizją wielkich pieniędzy. Popołudniowe słońce zalewało chodniki, wokół tętniło codzienne życie, lecz Derya patrzyła na otoczenie wyłącznie przez pryzmat potencjalnych zysków. Każdy luksusowy sklep czy elegancki szyld wydawał jej się obietnicą lepszego jutra.

Nagle jej wzrok przyciągnęła witryna ekskluzywnego salonu piękności.

Na szklanych drzwiach wisiała rzucająca się w oczy tabliczka informująca o likwidacji lokalu. Derya zwolniła, a po chwili podeszła bliżej. Przez czystą szybę dostrzegła wnętrze pełne klientek: na jednym fotelu fryzjerka układała wyszukaną fryzurę, przy stanowisku obok trwał manicure, a na skórzanej sofie kolejne kobiety przeglądały prasę, czekając na swoją kolej. Mjsce tętniło życiem.

— Zamykają? — mruknęła pod nosem. — Przy takim ruchu?

W tej samej chwili drzwi uchyliły się i ze środka wyszła zadbana, pewna siebie brunetka o nienagannym uśmiechu.

Derya natychmiast postanowiła wykorzystać okazję.

— Przepraszam — zaczęła, ostrożnie wskazując na wiszącą kartkę. — Zauważyłam informację o zamknięciu, ale w środku jest pełno ludzi. To nie wygląda na biznes, który przynosi straty.

Kobieta uśmiechnęła się ciepło.

— Bo nie przynosi. Sytuacja wygląda wręcz odwrotnie: mamy tak duży popyt, że musimy przenieść się do znacznie większego lokalu. Proszę wejść, sama pani zobaczy.

Derya nie dała się długo prosić i przekroczyła próg.

Wnętrze urządzono ze smakiem. Zapach luksusowych kosmetyków mieszał się ze stłumionym szumem suszarek i cichym gwarem rozmów. Wszystko sprawiało wrażenie perfekcyjnie naoliwionej machiny do zarabiania pieniędzy.

— Pierwszy raz widzę, żeby ktoś oddawał tak rentowny punkt — przyznała Derya, rozglądając się z wyraźnym zachwytem.

— Nie rezygnuję z powodu braku zysków — wyjaśniła właścicielka, opierając się o recepcję. — Po prostu wynajęłam większą przestrzeń w prestiżowej dzielnicy. Ten salon ma już wyrobioną markę, stałą bazę zamożnych klientek i zgrany personel. Szkoda byłoby to po prostu zamknąć. Szukam kogoś z wizją, kto przejąłby gotowy biznes.

Derya natychmiast podchwyciła temat.

— A jak wyglądają koszty? Opłaty, czynsz, wypłaty dla dziewczyn? Co zostaje na czysto?

Właścicielka zmierzyła ją wzrokiem z wyraźnym uznaniem.

— Widzę, że od razu przechodzi pani do konkretów. To cenne. Standardowo około jedna trzecia obrotu pokrywa koszty stałe: wynajem, rachunki, pensje i dostawy. Cała reszta to czysty zysk dla właściciela.

Derya poczuła, jak serce bije jej mocniej.

— Cała reszta?

— Dokładnie. A najszybszy pieniądz robi się na sprzedaży profesjonalnej pielęgnacji. Szampony, maski, oleje… Klientki schodzą z tym jak szalone. Narzuca się marżę sto procent i schodzi jak świeże bułeczki.

Kobieta sięgnęła na półkę po elegancką, szklaną butelkę i wręczyła ją Deryi.

— Proszę, to na zachętę.

Derya ujęła kosmetyk delikatnie, jakby trzymała w rękach przepustkę do wielkiego świata.

— Dziękuję, ale… — zaśmiała się z lekkim zmieszaniem — na ten moment nie dysponuję taką kwotą, żeby odkupić salon.

— Pieniądze to kwestia wtórna, zawsze można je zdobyć. Za to żyłki do interesów nie kupi pani za żadne skarby — odpowiedziała właścicielka, patrząc jej prosto w oczy. — A pani ma w sobie tę iskry i drapieżność, której szukam.

Derya odruchowo wyprostowała plecy.

— Naprawdę tak pani uważa?

— Jak najbardziej. Proszę wpaść jutro rano. Zrobimy pani pełen zabieg, napijemy się dobrej kawy i przeanalizujemy papiery. Na pewno znajdziemy rozwiązanie, które zadowoli obie strony.

Chwilę później Derya szła ulicą z markowym kosmetykiem w dłoni, a jej głowę zalewała fala gorączkowych myśli. Oczami wyobraźni widziała już siebie w roli szefowej: wydającej polecenia, odbierającej komplementy i podliczającej wieczorne utargi bez większego wysiłku.

Własny salon.

Prestiż.

Niezależność.

To było spełnienie jej najśmielszych marzeń. A jednak gdzieś z tyłu głowy pojawiła się cicha, niepokojąca wątpliwość.

Czy coś, co brzmi aż tak idealnie, naprawdę może być aż tak proste?

Engin wszedł do gabinetu Cihana, pozbawiony jednak dawnej swobody, z jaką od lat przekraczał próg tego pomieszczenia. Już od progu uderzył go przejmujący chłód — i nie chodziło tu o ascetyczny wystrój wielkiego pokoju, lecz o postawę człowieka siedzącego za dębowym biurkiem.

Cihan ledwo uniósł wzrok.

Krótkie, twarde spojrzenie wystarczyło, by Engin pojął, że jest tu niew Mile widziany. Gospodarz natychmiast wrócił do przeglądania dokumentów, demonstracyjnie dając do zrozumienia, że papierkowa robota ma dla niego większe znaczenie niż wyjaśnienia dotychczasowego przyjaciela.

Engin mimo to opanował wahanie, wszedł do środka i zajął fotel naprzeciwko. Przez moment panowała ciężka cisza. Cihan uporczywie ignorował jego obecność.

— Możemy porozmawiać? — odezwał się w końcu Engin.

Cihan powoli odłożył wieczne pióro. Zrobił to z niemal przesadną, przestudiowaną precyzją człowieka, który walczy z chęcią wybuchu.

— O czym? — zapytał głosem zimnym jak stal. — O tym, jak misternie uknułeś moją zdradę?

Engin przełknął ślinę.

— Cihanie…

— O nie, daruj sobie — Cihan uniósł dłoń, ucinając próbę tłumaczenia. — Naprawdę, gratulacje. Wspaniały spektakl. Ty, Hancer i Melih. Piękny tercet. Wbiliście mi nóż w plecy, a na dodatek wycieracie sobie usta wolą Yasemin.

— To nie tak wyglądało.

— A jak?! — Cihan gwałtownie uniósł głowę, a z jego oczu strzeliły błyskawice. — Jak inaczej mam to odczytać? Wszedłeś w to doskonale wiedząc, co przeżywam. Wiedziałeś, jak napięte są moje relacje z Hancer i że jej wejście do firmy zamieni moje życie w piekło. A mimo to przygotowałeś tę zasadzkę za moimi plecami!

Engin pochylił się w stronę biurka.

— Pozwól mi wreszcie przedstawić fakty.

Cihan uderzył dłonią w blat z taką siłą, że podskoczyły leżące na nim teczki.

— Tu nie ma miejsca na żadne fakty! Widziałem wszystko jak na dłoni! Najpierw jak gdyby nigdy nic wprowadzasz Hancer na zebranie zarządu, potem wyciągasz jako kartę przetargową oświadczenie Yasemin, a na koniec wyciągasz Meliha jak asa z rękawa! I śmiesz twierdzić, że to nie była zaplanowana akcja?

— To była dramatyczna próba ocalenia dziedzictwa mojej siostry!

— Nie zasłaniaj się Yasemin! — ryknął Cihan.

Słowa te przecięły powietrze niczym ostrze. Engin zesztywniał, lecz nie odpowiedział agresją. W jego oczach pojawił się jedynie głęboki, dojmujący żal.

Cihan wstał gwałtownie, odwrócił się plecami do rozmówcy i zaczął wpatrywać się w okno.

— Ale wiesz co? Może to i lepiej — powiedział po chwili znacznie cichszym, choć przesiąkniętym goryczą tonem. — Przynajmniej maseczki opadły. Teraz dokładnie wiem, kto gra w jakiej drużynie. I gwarantuję ci, że rozliczę się zarówno z nią, jak i z Melihem. Pożałują dnia, w którym postanowili tu wejść.

Engin bezradnie pokręcił głową.

— Cihanie, przecież to nie jest wojna…

— Dla mnie to jest wojna.

— Nie! To jest fundacja! — głos Engina wreszcie nabrał mocy. — Miejsce powołane do tego, by nieść pomoc skrzywdzonym kobietom i dzieciom. Yasemin przewróciłaby się w grobie, gdyby wiedziała, że jej dziedzictwo stało się pretekstem do twojej prywatnej zemsty!

Cihan parsknął gorzkim śmiechem.

— Nie będziesz mi mówił, co myślała moja żona.

— Będę! — Engin wstał z fotela, a jego postura nabrała twardości. — Bo to była moja siostra! Znałem ją najlepiej na świecie. I wiem jedno: szczerze szanowała Hancer. Wierzyła w nią. Widziała w niej wewnętrzną siłę, której ty ze swoją ślepotą nie potrafisz dostrzec.

Cihan zacisnął pięści.

— Ty też uległeś jej czarowi?

— Tak. Wierzę w nią — odparł Engin bez cienia wahania. — Wierzę, że Hancer zrobi dla tej fundacji więcej niż ktokolwiek inny. Teraz tego nie widzisz, bo złość przesłania ci obraz, ale przyjdzie dzień, kiedy przyznasz mi rację.

Cihan zmierzył go lodowatym spojrzeniem.

— Temat uważam za zamknięty.

Engin patrzył na przyjaciela przez dłuższą chwilę. Rozumiał, że cokolwiek teraz powie, trafi na podatny grunt wściekłości i tylko pogłębi rosnącą między nimi przepaść.

Obrócił się na pięcie w stronę wyjścia. Gdy dochodził do drzwi, zatrzymał się jednak. Przez moment walczył ze sobą, po czym odwrócił się z powrotem.

— Jest jeszcze jedna rzecz, o której musisz wiedzieć.

— Słucham — rzucił Cihan niechętnie.

— Melih zamierza jak najszybciej przekazać swoje udziały bezpośrednio Hancer.

Cihan zesztywniał.

— Co takiego?

— Słyszałeś. Nie chce ich dla siebie. Nie jest cwanym koniunkturalistą, za jakiego go uważasz. Nie wszedł w to dla wpływów ani pieniędzy. Zgodził się na ten manewr wyłącznie po to, by ochronić pozycję Hancer.

Cihan powoli wyszedł zza biurka i stanął tuż przed nim.

— Adwokatem Meliha też zostałeś?

Engin westchnął ciężko.

— Nie jestem jego adwokatem. Przedstawiam ci czyste fakty.

— A może to twój nowy przyjaciel?

— Nie jestem ani jego przyjacielem, ani pełnomocnikiem. Ale widzę jego motywacje. On nie dba o udziały. On dba o Hancer.

To zdanie zawisło w przestrzeni niczym wyzwanie.

Cihan zrobił krok w jego stronę, a napięcie w jego ciele sięgnęło zenitu.

— Hancer jeszcze przejrzy na oczy i zobaczy, kim on naprawdę jest — powiedział nisko przez zęby. — I ty również.

Engin nie wytrzymał tego presji i nie cofnął się ani o milimetr.

— Pożyjemy, zobaczymy.

Przez kilka długich sekund mierzyli się wzrokiem. Kiedyś w podobnej sytuacji wystarczyłoby jedno machnięcie ręką i wybuch śmiechu. Teraz dzielił ich mur wybudowany z żalu, nieufności i zranionego ego.

Engin jako pierwszy spuścił wzrok.

— Zrobiłem to, co uważałem za słuszne.

Odszedł bez dalszych słów. Drzwi gabinetu zamknęły się za nim ze stłumionym klinknięciem, które dla Cihana zabrzmiało jak bezpowrotne zatrzaśnięcie pewnego rozdziału.

Został sam w swoim perfekcyjnie zaprojektowanym królestwie. Jednak po raz pierwszy w życiu czuł, że kontrola, którą tak bardzo sobie cenił, nieubłaganie wymyka mu się z rąk.

Wieczorem Cihan wezwał Hancer do swojego domowego gabinetu. Dziewczyna czuła ogromny opór przed tą rozmową, jednak zdawała sobie sprawę, że jako nowa prezeska fundacji „Jedno Życie” nie może uchylać się od obowiązków.

Zapukała sucho i weszła do środka.

Cihan siedział przy ciężkim, dębowym biurku, przestudowując dokumenty z czerwoną okładką. Mroczny wystrój pomieszczenia — wypełnionego mosiężnymi rekwizytami, modelami dawnych okrętów i malowidłami przedstawiającymi sztorm na morzu — stanowił idealne tło dla nadchodzącej konfrontacji.

Hancer zatrzymała się po drugiej stronie blatu. Nie zamierzała siadać.

— Przypuszczam, że chodzi o sprawy fundacji — zaczęła bez wstępów.

Cihan nie podnosił wzroku przez dobrą chwilę. Dopiero po pauzie uniósł głowę.

— Dokładnie.

Przesunął w jej stronę gruby plik papierów.

— To zestawienie darczyńców z ostatnich pięciu lat. Historie wpłat, salda, harmonogramy, ewentualne zaległości… Pełny obraz sytuacji finansowej.

Hancer wzięła teczkę i przerzuciła pierwszą stronę.

— Dobrze.

— Oczekuję, że przygotujesz kompleksowy plan finansowy na bieżący rok — kontynuował Cihan twardym tonem. — Szacowane przychody, propozycje alokacji środków, priorytetowe cele i budżety operacyjne. Wszystko ma być przedstawione w sposób przejrzysty i czytelny.

Przerwał na moment, przeszywając ją wzrokiem.

— W formie profesjonalnego arkusza kalkulacyjnego.

Hancer uniosła brwi.

— Rozumiem. Zajmę się tym.

Odwróciła się na pięcie, chcąc wyjść, ale głos Cihana dogonił ją przy samym wyjściu.

— Termin mija jutro rano.

Zamarła z dłonią na klamce. Spojrzała na niego przez ramię.

— Jutro rano?

— Dokładnie tak.

— To nierealne.

Cihan odepchnął fotel i wstał.

— Dlaczego?

— Bo nigdy nie pracowałam na takich dokumentach — odparła, starając się zachować opanowanie. — Muszę najpierw przeanalizować te dane, wdrożyć się w system, opanować sam program…

— A więc nie miałaś pojęcia, na co się porywasz?

Podszedł do niej wolnym, pewnym krokiem. Jego głos brzmiał spokojnie, ale każda fraza była przemyślaną prowokacją.

— Kiedy zgłaszałaś swoją kandydaturę, chyba nie wydawało ci się, że ta funkcja to tylko reprezentacyjny tytuł i ładny fotel przy stole prezyzyjnym?

Hancer mocniej przycisnęła teczkę do piersi.

— Wiem, czym jest odpowiedzialność.

— Doprawdy? — Cihan stanął tuż przed nią, dominując wzrostem. — W takim razie uświadomię ci coś. Fundacja to nie piękne przemowy, wzniosłe hasła i wzruszające gesty. To twarda, mozolna praca: setki tabel, sprawozdania, kontrole skarbowe, negocjacje z sponsorami i odpowiedzialność za ludzi, którzy liczą na realną pomoc.

Patrzył na nią chłodno, bez cienia empatii.

— Jeden błąd w wyliczeniach może zniszczyć zaufanie budowane latami. Jedna zła decyzja może pozbawić potrzebujących wsparcia. Tu potrzeba twardych kompetencji, a nie dobrych chęci.

Hancer milczała, zaciskając zęby.

— Rozumiem mechanizm — ciągnął Cihan z satysfakcją. — Engin dał się ponieść emocjom przez testament Yasemin, Melih postanowił zagrać bohatera, a ty uwierzyłaś, że dasz radę. Szkoda tylko, że nikt nie uprzedził cię, jak wygląda proza tej pracy.

— Skończyłeś już?

— Nie.

Jego spojrzenie stało się jeszcze twardsze.

— Nie pozwolę, aby fundacja sygnowana nazwiskiem mojej rodziny stała się poletkiem doświadczalnym dla kogoś, kto dopiero uczy się obsługi arkusza kalkulacyjnego.

Te słowa uderzyły w jej dumę, ale nie dała po sobie poznać, jak bardzo bolały.

— Jeszcze możesz wyjść z tego z twarzą — dodał Cihan. — Odłóż dumę na bok, zrezygnuj i pozwól przejąć ster komuś, kto naprawdę się na tym zna.

W gabinecie zapadła ciężka, duszna cisza.

— I co? — zapytał po chwili. — Poddajesz się czy zamierzasz brnąć w tę farsa? Czekam na decyzję.

Hancer powoli wyprostowała sylwetkę. Uniosła podbródek. Nie miała zamiaru dawać mu satysfakcji ze swojej porażki. Nie dzisiaj. Nie po tym wszystkim, co przeszła, by stanąć w tym miejscu.

Spojrzała mu prosto w oczy.

— Dziękuję za cenna lekcję.

W oczach Cihana migotało zaskoczenie.

— Będę o niej pamiętać przy każdym kolejnym wyzwaniu — dodała wyważonym głosem. — A ponieważ zapewne popełnię jeszcze niepotrzebne błędy, twoje przestrogi z pewnością będą mi towarzyszyć.

Pewnie uchwyciła teczkę pod ramieniem.

— Raport będzie leżał na twoim biurku jutro rano.

Cihan zmrużył oczy.

— Jesteś tego pewna?

— Bezapelacyjnie.

Odwróciła się i wyszła, zatrzaskując za sobą drzwi, zanim zdążył zripostować.

Na korytarzu odetchnęła głęboko, próbując uspokoić przyspieszony tętno. Kiedy szła w stronę windy, drogę zaszła jej Beyza.

Stała oparta o ścianę w krwistoczerwonej bluzce, z założonymi rękami i uśmiechem pełnym wyższości.

— Co tak pędzisz? — zapytała ze sztuczną troską. — Czyżby stanowisko przerosło cię już pierwszego dnia?

Hancer zatrzymała się i zmierzyła ją wzrokiem.

— Przykro mi, Beyza, ale będziesz musiała jeszcze trochę poczekać, żeby zająć mój fotel.

Uśmiech Beyzy nieco przygasł.

— Naprawdę wydaje ci się, że dasz radę?

— Nie mam pojęcia — odparła Hancer z rozbrajającą szczerością. — Ale wiem jedno: twoja niemoc i nadzieja na moją porażkę dają mi wystarczająco dużo siły, by spróbować.

Beyza zacisnęła wargi. Hancer wymownie uniosła czerwoną teczkę.

— Dam ci znać, jeśli kiedykolwiek postanowię odpuścić.

Minęła ją bez słowa i poszła dalej.

Beyza odprowadzała ją wzrokiem. Dopiero po chwili zauważyła wykaligrafowany napis na okładce teczki: „Lista darczyńców”.

W jej oczach zapaliła się niebezpieczna iskra. To nie była już zwykła wściekłość czy zazdrość.

To było olśnienie.

Na ustach Beyzy powoli wykwitł podstępny uśmiech. Hancer właśnie nieświadomie podsunęła jej do ręki broń, która mogła stać się kluczem do jej ostatecznego upadku.

Related Posts

Marta Nawrocka zachwyciła w Manili. Postawiła na kolor, który uchodzi za synonim luksusu

Polska para prezydeпcka w poпiedziałek wyleciała пa wizytację пa Filipiпy. Karol Nawrocki miał okazję porozmawiać z tamtejszym prezydeпtem пa temat współpracy gospodarczej, a Marta Nawrocka po raz…

Hanser jest przekonana, że po słowach Ciana między nimi naprawdę wszystko się skończyło. Siedzi sama, próbuje powstrzymać łzy i wraca myślami do zdania, które zabolało bardziej, niż…

W poprzednim odcinku serialu Panna młoda Beyza zjawiła się w firmie, by pogodzić się z Cihanem. Teraz kobieta powróci do rezydencji z podniesioną głową. Zacznie planować wystawne…

Osierocona i nieznająca rodziców Hancer wcześnie nauczyła się stawiać czoła życiowym wyzwaniom. Mając tylko chorego brata, stała się silną, niezależną młodą kobietą, gotową zrobić wszystko, by go…

Osierocona i nieznająca rodziców Hancer wcześnie nauczyła się stawiać czoła życiowym wyzwaniom. Mając tylko chorego brata, stała się silną, niezależną młodą kobietą, gotową zrobić wszystko, by go…

“Panna młoda” – Odcinek 227: Sıla przyłapuje Beyzę na tajemniczym spotkaniu! Zdjęcia trafiają do Cihana (streszczenie)

Osierocona i nieznająca rodziców Hancer wcześnie nauczyła się stawiać czoła życiowym wyzwaniom. Mając tylko chorego brata, stała się silną, niezależną młodą kobietą, gotową zrobić wszystko, by go…

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

You cannot copy content of this page